Listopad 2006 r.
Przełęcz Legionów - Ukraina
Znalazłem kolejna wyprawę 4x4.
Ponownie na stronie
http://www.rajdy4x4.pl/
Tym razem - Ukraina.
Przełęcz Legionów - brzmi dumnie.
Kilka osób próbuje mi to wybić z głowy - bezskutecznie.
Dzień pierwszy - 09.11.2006 r. - Czwartek
Przychodzę rano do pracy.
Ale oczekiwanie na wyjazd rozbija mi cały dzień.
Uwijam się jak tylko mogę najszybciej, pakuję samochód i wyjeżdżam do pierwszego punktu zbornego.
Osowiec na Mazowszu.
Punkt startowy.
Przepakowujemy się (wywalając przy okazji połowę zbędnych rzeczy od Asi) i około 18 wyruszamy w drogę.
Kierujemy się na Rzeszów, gdzie ma oczekiwać nas Adam - jest to o tyle istotne, że on zna drogę, a my nie.
Po drodze dowiadujemy się, że oczekuje nas w Radymnie.
Spotykamy się i już razem ruszamy w kierunku granicy.
Przed granicą wielokilometrowe korki.
Ale my tak "mykamy" sobie boczkiem i dojeżdżamy bez kolejki.
W końcu jesteśmy obywatelami UE.
Przejeżdżamy przez granicę i zaczyna się "inny świat".
Jedziemy główną drogą a trzęsie tak, że boimy się o samochód.
Po półtoragodzinnej jeździe docieramy do Lwowa.
Jakimś cudem trafiamy na miejsce (co jest wyłączną zasługą Adama) i lokujemy się w bazie.
Poznajemy pierwsze osoby naszej ekipy.
Po kilkunastu minutach padamy i idziemy spać.
Dzień drugi - 10.11.2006 r. - Piątek
Zbiórka.
Coś organizacja nawala.
Musimy czekać na ostatnich maruderów.
Organizatorzy wydają nam polary, koszulki i naklejki. Dopełniamy także formalności.
Podziwiamy kawalkadę samochodów.
Poza naszą Dyskoteką oraz jedną Suzuki Vitara na start przyjechały same Patrole.
Pojazdy, przy których Dyskoteka wygląda jak zabawka.
W oczekiwaniu na spóźnialskich przyglądamy się, jak mój samochodzik zostaje zaatakowany przez koziołka.
Nie przypuszczałem, że tak wątłe zwierzątko ma tyle siły - za każdym "tryknięciem" samochód się bujał.
Ale gdzieś koło godz. 11 ruszamy do centrum Lwowa, przede wszystkim po to, by wymienić walutę.
Następnie ruszamy na południowy wschód.
Drogi są okropne (w Polsce mamy prawie idealne), wleczemy się w kolumnie i ciągle gubimy drogę. Ale Sasza się nie poddawał.
I jakimś cudem zawsze odnajdywał dobrą drogę (czasem trochę na okrętkę ale w końcu zawsze trafialiśmy - tylko ukraiński
kilometraż Saszy nie jest zgodny z układem metrycznym).
W jednej z okolicznych miejscowości znajdujemy warsztat samochodowy - jeden z naszych towarzyszy (śląski ziomek)
ma poważne problemy - gubi olej. Decyduje się naprawiać samochód a reszta rusza dalej - mamy się spotkać na noclegu.
W międzyczasie Adam próbując zaparkować przy płocie wpada do mikro-rowu. Pierwsza przeszkoda terenowa - musimy rozwijać
taśmę i użyć szekli, by wyciągnąć tego czerwonego potwora z głębokiej przeszkody terenowej.
W końcu ruszamy dalej.
Późnym popołudniem docieramy w góry.
Tu droga w ogóle się kończy.
Zjeżdżamy z głównej drogi.
Zaczyna się zmierzch.
Auta jadą kolumną po wąskiej drodze.
Przejeżdżamy rzeczki, potoczki, zaspy.
W końcu dojeżdżamy do sporej leśnej polany gdzie utykamy na dobrą godzinę.
Niestety - chyba zgubiliśmy drogę i Sasza musiał ruszyć na jej poszukiwanie.
A nam nie pozostało nic innego jak tylko cierpliwie (lub nie) czekać.
Walczyliśmy dzielnie, ale nie było to zbyt proste.
Nasza Dyskoteka wyglądała mizernie przy pozostałych autkach, więc nieco mozolnie wspinała się do góry.
W końcu się dostaliśmy na sam szczyt.
Tam, po kilkunastu minutach wariackiej zabawy samochodami (niektórym kierowcom chyba cosik zaszkodziło) ustawiliśmy
samochody w rządku i oświetliliśmy szczyt z krzyżem poświęconym legionistom z 1914 roku. Wtedy też poznaliśmy strzęp
historii tego miejsca.
Jak grupa ludzi w skrajnych warunkach w ciągu 50 godzin wybudowała 5 km drogi z 14 mostami - dzisiejsi drogowcy powinni
się od nich uczyć.
Po krótkim odpoczynku i rewelacyjnym posiłku, a także krótkiej sesji zdjęciowej ruszyliśmy w dół.
I dopiero się zaczęła zabawa.
Miał to być zjazd w dół.
Ale trudno było to nazwać zjazdem. Chociażby dlatego, że głównym narzędziem do jazdy były wyciągarki i liny. Nie jestem pewien,
co poruszało się tamtą drogą, ale nie były to normalne samochody. Sprzęt naszych towarzyszy ledwo się toczył, a Dyskoteka -
cóż - wg oceny Czesława - "się zdewastowała" - podobno był to niezły wyczyn.
Nie mniej - warunki były okropne, my jechaliśmy dość asekuracyjnie i korzystaliśmy często z pomocy
(nie byliśmy samowystarczalni, a poza tym - mieliśmy standardowe gumy z bieżnikiem AT). Jednak brawura co poniektórych
nie opuszczała, co dla jednej z załóg skończyło się położeniem auta na boku.
Z gór zjeżdżaliśmy kilka godzin. Potem ściągaliśmy się jeden po drugim.
Co więcej - gdy już pokonaliśmy najgorszy odcinek terenowy to się nieco pogubiliśmy.
A Saszy kilometraż się zmieniał z godziny na godzinę.
Gdzieś koło 5 rano dotarliśmy na kwaterę.
Padliśmy ...
Dzień trzeci - 11.11.2006 r. - Sobota
Pobudka.
Jak oni mogli.
Docieramy na miejsce zbiórki, jemy obiadek (?????) i już mamy ruszać, kiedy okazuje się, że spod naszego samochodu
wyziera wielka plama oleju. Co jest? Okazuje się, że wyluzował się filtr oleju silnikowego - po dokręceniu i uzupełnieniu
ubytków ruszamy w drogę.
Najpierw kilkanaście kilometrów po doskonałych ukraińskich drogach, potem wjeżdżamy w rzeczkę. Najpierw myjemy podwozia
i felgi przejeżdżając w poprzek rzekę (nie wiem dlaczego, przecież obok stał most) a potem jedziemy długi odcinek w górę
rzeką. Adam twierdził, że na jego GPSowej mapie była tam droga.
Dojeżdżamy do pewnego miejsca i nagle stoimy. Powód - dość prozaiczny - w dwóch autach brakuje paliwa. Tracimy kilka
godzin zanim udaje się nam uruchomić pojazdy. Potem wjeżdżamy na szczyt skąd już podobno kilkaset metrów do wsi i stacji
benzynowej. Niestety - kilometraż Saszy i tu się nie sprawdził.
Zapadł zmierzch. Koleiny robią się tak głębokie, że dla nas już nie przejezdne. Zresztą większość Patroli ma podobne problemy.
Wjeżdżamy więc na skraj skarpy i z pomocą Adama wytyczamy nową drogę. Po naszych śladach następnie rusza Adam i reszta.
Niestety - teren robi się coraz trudniejszy.
Ale naszego towarzystwa chyba to nie przeraża, wręcz przeciwnie. Odnosimy wrażenie, że wręcz się rozochocili.
Pojawia się kilka głębokich przeszkód. I co jakiś czas zatrzymujemy się na dłużej. A na dworze coraz zimniej.
W pewnym momencie, po długiej prostej, jedziemy po ścieżce stanowiącej jakby trawers. Przy pokonywaniu jednego ze
strumyczków zarzuca nam samochodem na bok i staje unieruchomiony. Wysiadam zobaczyć co się dzieje i przerażony
każe uciekać z samochodu mojej pilotce. Samochód jednym kołem (prawym tyłem) zawisł nad przepaścią.
Chwila grozy, a potem tylko strach, że samochód stoczy się na dół. My na szczęście byliśmy bezpieczni ale na chwilę
pod wielkim znakiem zapytania stoi nasza afrykańska wyprawa.
Wołamy pomoc przez radio i jeden z chłopaków wraca po nas. Zapinamy pasami samochód, wsiadam do niego z duszą
na ramieniu i ruszamy. Na szczęście - udało się wyciągnąć wóz z opresji. Na nieszczęście - ten który nas wyciągał
nie zauważył chyba, że nas holuje i po zakręcie nie wiele brakło, by wciągnął nas ponownie w kłopotliwą pozycję -
kolejny raz nad przepaścią. Na szczęście zadziałały klaksony i nerwowe wzywanie przez CB.
Jedziemy dalej.
Kolejny samochód ma poważne problemy. Unieruchomiony staje czerwony Hiszpan. Po kolei objeżdżamy go bokiem.
Przed nami kilka bardzo długich odcinków prostych. Ruszamy za Zbyszkiem. Dopóki jedziemy agresywnie, siłą rozpędu,
przemieszczamy się. W momencie, gdy odpuszczam gaz i próbuję jechać nieco bardziej delikatnie stajemy i nie jesteśmy
w stanie ruszyć samochodu i jechać dalej. Dobrze, że przed nami jest Zbyszek. Zapina nas i jedziemy na "krawacie" za nim.
Miejscami leżymy bokiem na zaspach śnieżnych. Bez przerwy zawieszamy się nad głębokimi koleinami wyżłobionymi
przez potężne KRAZy ściągające z gór drewno. Nasza Dyskoteka dość mocno ucierpiała na tym odcinku,
zwłaszcza w momentach, gdy byliśmy holowani. Zielony Hiszpan ze Zbyszkiem za kółkiem jechał więcej niż dynamicznie.
Niestety.
Ogrom zniszczeń uwidocznił się dopiero na warsztacie u Mariusza w Katowicach.
Zjechaliśmy na dół do grupy, która czekała we wsi.
Mieliśmy już asfalt pod kołami, gdy grupa przy uszkodzonym w górach samochodzie zaczęła wołać przez CB o pomoc.
My nie byliśmy już w stanie im pomóc, nasz samochód został i tak holowany przez większość drogi. Wraz z dwoma załogami
(w tym z Dziadkiem) decydujemy się jechać do bazy. Reszta wraca pomagać chłopakom w górach.
My i tak mieliśmy jeszcze do pokonania ponad 100 km. A na domiar złego zaczęła się jeszcze załamywać pogoda.
Jakość dotarliśmy.
Padliśmy do łóżek jak nie żywi.
Dzień czwarty - 12.11.2006 r. - Niedziela
Poranna (a raczej przedpołudniowa) pobudka, późne śniadanie, wymiana wrażeń z ekipami, które wróciły nad ranem i zaczynamy się zbierać do powrotu. Jedziemy w tym składzie aż do granicy. Po drodze zwiedzamy (handlowo, rzecz jasna) jeszcze Drohobycz. Jeszcze tylko mała przygoda na granicy gdzie za dobrowolną (prawie) łapówkę przejeżdżamy od ręki bez kolejki. Paradoks tylko w tym, że kosztowało nas to po prawie 5 zł (słownie: pięć złotych) od łebka. Jeszcze tylko jedna konkluzja - nagle okazuje się, że w Polsce mamy doskonałe drogi, na których kierownica nie zostaje siłowo wyrywana z rąk i auta wcale się nie trzęsą.
Podsumowanie:
Impreza była trudna.
Bardzo trudna.
Może nie dla pozostałych załóg.
Ale nasza Dyskoteka ledwo to przetrwała.
Gdybyśmy mieli świadomość jak to w drugi dzień będzie przebiegać - pewnie byśmy się wycofali, tak jak załoga z Vitary.
Niestety - dowiedzieliśmy się tego w trakcie.
Nasze auto jeszcze chyba nie było gotowe do takiej zabawy.
Z drugiej strony zniszczenia jakich dokonaliśmy uwidoczniły wszystkie słabe strony naszego auta,
które wróciło na warsztat do kapitalnego remontu.
Było też kilka niedociągnięć organizacyjnych, ale to już jest inna historia ...
Autor: Cyprian Pawlaczyk
Uczestnicy:
- Joanna Zapęcka - pilot
- autor - kierowca
- Land Rover Discovery - samochód
- I rzesza różnej maści dziwaków z ich stalowymi rumakami ...
Więcej zdjęć z wyprawy:
GALERIA ZDJĘĆ - Przełęcz Legionów - Ukraina 2006
OFF-ROAD PL 1/2007 - Przełęcz Legionów - Off-roadowy patriotyzm (nasze zdjęcia)