STRONA GŁÓWNA RELACJE Z PODRÓŻY
Lipiec 2004 r.
Karkonosze latem !!!!
Dzień pierwszy
Bardzo wczesnym rankiem zapakowaliśmy nasze wszystkie graty do samochodu
(a mimo, że jest to pojemne kombi, musieliśmy zamontować dodatkowo kufer na dachu)
i ruszyliśmy w drogę. Do Szklarskiej Poręby dotarliśmy w godzinach przedpołudniowych.
Po zakwaterowaniu przepakowaliśmy plecak, przygotowaliśmy małego i w drogę.
Pierwsza trasa naszego tegorocznego urlopu prowadzić miała na Halę Szrenicką.
Jeżeli wziąć pod uwagę porę wyjścia - plan był całkiem ambitny.
Z miasta kierowaliśmy się na dolną stację kolejki, skąd czarnym szlakiem,
a następnie czerwonym dotarliśmy do Wodospadu Kamieńczyka.
Przepiękne miejsce, dostępne od dolnej części wąwozu (niestety za dodatkową opłatą).
Przy górnym tarasie widokowym znajduje się schronisko turystyczne i - nowość -
drewniana buda, w której serwują różne posiłki, ale przede wszystkim pyszny chleb ze smalcem
i kiszonymi ogórkami.
Dla leniwych - przy schronisku znajdują się parkingi, więc można dotrzeć na łono natury samochodem.
Niestety - w dniu dzisiejszym pogoda nie dopisała, w rejonie wodospadu złapał nas deszcz,
który wziął nas na przeczekanie. Nam właściwie to nie przeszkadzało, ale - biorąc wzgląd
na małego - musieliśmy najgorszą pogodę przeczekać. Mały wykorzystał to i swobodnie baraszkował
po całym schronisku.
W końcu jednak pogoda nieco zaczęła się przecierać (nieco), więc ruszyliśmy dalej.
Jednakże przez cały dzień towarzyszyła nam mżawka. Ale że nie jest to specjalnie trudne
podejście - spacerowało się całkiem przyjemnie. Niestety - zaraz za wodospadem,
kierując się czerwonym szlakiem, znajduje się punkt poboru opłat Karkonoskiego Parku Narodowego.
Po dokonaniu niezbędnych formalności ruszyliśmy w drogę. Droga nasza to dosłownie droga,
brukowana na całym odcinku, swobodnie może zostać dopuszczona do ruchu kołowego.
Ale to jest wada znacznej części Karkonoszy (i Sudetów w ogóle).
Wiele szlaków to łatwo dostępne drogi, o czym mieliśmy się na dniach przekonać.
Tak więc spacerując sobie po brukowanym deptaku dotarliśmy do schroniska na Hali Szrenickiej.
Niestety, cała hala była spowita we mgłach, więc mizerne mieliśmy widoki.
Jednakże odpoczynek mieliśmy zasłużony. W trakcie, gdy my spożywaliśmy tradycyjną jajecznicę
mały buszował po schronisku wzbudzając powszechny aplauz. Byliśmy zaskoczeni sympatycznym
przyjęciem dziecka zarówno przez obsługę, jak i innych turystów. Zaskoczenie było tym większe,
że od wielu lat obserwuje się w polskich górach zanik wielu tradycji regionalnych i turystycznych,
które są zastępowane przez wszechobecną komercję.
Wracając jednak do naszej podróży - ze względu na pogodę - mgła nie chciała się podnieść -
zrezygnowaliśmy z dalszego marszu w kierunku Szrenicy i wróciliśmy tą samą drogą na miejsce
zakwaterowania.
Dzień drugi
Następny dzień początkowo nie zapowiadał się wcale lepiej niż poprzedni.
Nie mniej, z mocnym postanowieniem ruszyliśmy w drogę. Tym razem wybraliśmy szlak żółty -
tzw. "Starą drogę". Jest to w pierwszej fazie prosta, niezbyt stroma, za to dość szeroka
ścieżka wiodąca równolegle do słynnych karkonoskich narciarskich tras zjazdowych.
Pierwszy odcinek prowadzi prawie wyłącznie lasem, więc widoki są raczej ograniczone, zwłaszcza,
że poranne mgły jeszcze się nie podniosły.
Drugi etap - zaczynający się od rozdroża, gdzie do naszego szlaku dołącza szlak zielony -
ostro pnie się w górę. Tutaj ścieżka biegnie po wschodnim zboczu Szrenicy.
Zmęczeni docieramy do Kukułczych Skał, gdzie robimy dłuższy odpoczynek.
Wtedy wyłania się nam zza chmur szczyt Szrenicy z schroniskiem. Przepiękny widok.
Kilka fotek i ruszamy dalej. Kilkanaście minut i docieramy do niezwykle sympatycznego schroniska
na Hali pod Łabskim Szczytem - urocze miejsce, w którym szybko się posilamy, by zaraz wyruszyć
w dalszą drogę. Ze schroniska kierujemy się do góry, na rozdroże szlaków na Szrenickich Mokradłach,
skąd kierujemy się na niebieski szlak, na słynną "Ścieżkę nad reglami".
Początkowo maszerujemy po kamiennej ścieżce, wędrując wśród uschniętych drzew i wiatrołomów,
by poprzez Łabski Kocioł dotrzeć do Śnieżnych Kotłów. Wędrując między krzakami kosodrzewiny
podziwiamy urok i potęgę natury w pełnej krasie - najpierw Mały Śnieżny Kocioł,
następnie staw i Wielki Śnieżny Kocioł. Dech zapiera w piersi.
To jest coś niemożliwego - tego się nie da opisać - to należy zobaczyć.
Jedyny element, który burzy harmonię i urok tego miejsca to zabudowania przekaźnika TV.
No cóż - na to jednak nie mamy wpływu. Wędrując dalej - docieramy do kolejnej krzyżówki szlaków,
gdzie kierujemy się szlakiem niebieskim na Przełęcz pod Mielcem. Mordercza, monotonna i stroma
wędrówka. Jak już dotarliśmy na przełęcz ruszyliśmy w kierunku góry zwanej Wielki Szyszak.
Niezbyt sympatyczna droga po kamiennych płytach i w tłumie turystów (nie zawsze godnych tego
miana). Na tym odcinku można się czuć jak w wielkim mieście.
Nie mniej, jak dotarliśmy pod zabudowania wzmiankowanego przekaźnika TV, widok który się nam
uwidocznił zrekompensował nam wszelkie trudy podróży. Szkoda tylko, że pomimo istniejących
zabudowań, nie udało się właścicielowi obiektu wygospodarować chociaż niewielkiej powierzchni
gastronomicznej.
Zmuszeni potrzebą, zabawiliśmy nie długo w tym miejscu - czas spędzony ograniczając do przewinięcia małego
- po czym ruszyliśmy dalej w drogę. Tym razem wróciliśmy na szlak żółty, który biegnąc północnym
stokiem Łabskiego Szczytu doprowadził nas ponownie do schroniska. Tu chwilkę odpoczęliśmy
i po pysznym obiadku ruszyliśmy w drogę powrotną do Szklarskiej Poręby.
Był to bardzo długi dzień, kilkanaście godzin marszu to dla nas niby nie wiele,
ale biorąc pod uwagę, że wędrowaliśmy z dziewięciomiesięcznym dzieckiem
- wyczyn jest to nie lada.
Dzień trzeci
Zmieniliśmy nieco koncepcję odpoczynku. Tym razem była to całodniowa wycieczka samochodowa do Czech.
Chcieliśmy także zobaczyć Karkonosze od strony naszych południowych sąsiadów,
a poza tym małemu należał się dzień wytchnienia.
Ruszyliśmy więc samochodem ze Szklarskiej Poręby do Jakuszyc, gdzie nasz syn miał okazję
po raz pierwszy przekroczyć granicę, skąd udaliśmy się do słynnego Harrachova
(znanego miłośnikom skoków narciarskich i naszego Małysza) i skierowaliśmy się na Spindleruv Mlyn
(ośrodek turystyki górskiej i narciarskiej). Po krótkim odpoczynku nad sztucznym zalewem
nad rzeką Łaba, gdzie wzdłuż zapory chętni śmiałkowie mogli zjechać na linie, ruszyliśmy
do centrum. Ale szybko nas stamtąd wywiało. To nie miejsce dla nas. Pojechaliśmy jeszcze
zwiedzić nowo powstające ośrodki narciarskie w Gorni Misecky, po czym wróciliśmy do Polski.
Tutaj dwukrotnie zatrzymywaliśmy się, by oddać się urokom rzeki Kamienna, a następnie udaliśmy się
do Szklarskiej Poręby Dolnej, skąd krótkim spacerem, po uiszczeniu stosownej opłaty ruszyliśmy
zobaczyć kolejny słynny wodospad karkonoski - Wodospad Szklarki. Udało nam się tutaj zrobić
kilka całkiem udanych zdjęć.
Dzień czwarty
Kolejny dzień - kolejna wycieczka w góry. Tym razem zostawiliśmy Karkonosze za sobą
i samochodem udaliśmy się do Świeradowa Zdroju, a następnie do Czerniawy Zdroju,
skąd wyruszyliśmy w góry. Niestety pasmo Gór Izerskich, bo tak się zowią, jest także mało
ciekawe do uprawiania turystyki pieszej, znacznie lepsze do rowerowej - większość ścieżek
to wąskie, ale wyasfaltowane drogi. Nasz dzisiejszy plan - dotrzeć do schroniska na Stogu Izerskim.
Powolnym spacerkiem, dołowani ostrym podejściem i dżdżystą pogodą, dotarliśmy do pięknego
i niezwykle uroczego schroniska, gdzie byliśmy jedynymi gośćmi, a nasz mały zrobił furorę
- podrywając za barem kelnerkę i kucharki.
W między czasie, dosłownie na moment, podniosła się mgła, dzięki czemu dane nam było podziwiać
piękną panoramę Świeradowa Zdroju. Mgła jednak powróciła, a my - po krótkim odpoczynku wróciliśmy
do miasta, gdzie zwiedziliśmy uzdrowisko, po czym wróciliśmy do Szklarskiej Poręby.
Po drodze zatrzymaliśmy się na słynnym Zakręcie Śmierci, skąd zrobiliśmy sobie krótką wycieczkę
wśród licznie występujących w tym miejscu skałek. Z słynnego zakrętu roztacza się przepiękna
panorama karkonoska.
Zakończeniem dnia był pobyt na basenie oraz pakowanie bagaży.
Czekało nas przekwaterowanie.
Dzień piąty
Wczesnym rankiem zapakowaliśmy wszystkie nasze toboły do samochodu i ponownie ruszyliśmy
w drogę. Tym razem kierowaliśmy się na Karpacz. Po drodze zahaczyliśmy o Sobieszów,
jeleniogórską odległą dzielnicę, gdzie na wzgórzu dumnie wznosi się Zamek Chojnik,
do którego można dotrzeć wyznakowaną ścieżką dydaktyczną. W pięknych ruinach znajduje się
ciekawe malutkie schronisko. Byliśmy tak wcześnie, że musieliśmy niestety zaczekać aż na
zamek dotrze jego obsługa. Ale warto było. Zamek robi wrażenie. Droga powrotna prowadziła
stromo wśród licznych skalnych formacji. Po kilkugodzinnym spacerze wróciliśmy w końcu
do samochodu i udaliśmy się do Karpacza. W miasteczku, po udanym zakwaterowaniu skierowaliśmy
się do słynnego kościółka - do Świątyni Wang. Jest to niewątpliwie ewenement w polskiej
drewnianej architekturze sakralnej, któremu urodą dorównywać mogą jedynie wybrane
cerkwie na łemkowszczyźnie. Wróciliśmy do miejsca kwaterunku, ale nasze niespokojne
dusze zmusiły nas do wejścia w dniu dzisiejszym jeszcze na pobliską skocznie
narciarską "Orlinek" (nasz mały był tam z nami), skąd roztaczają się wspaniałe widoki
na szczyty karkonoskie, z Śnieżką na czele.
Potem padliśmy do łóżek i nie mogliśmy właściwie wstać do kolejnego ranka.
Dzień szósty
Powitał nas śliczny słoneczny poranek. Aż chciało się wyjść w góry. Nie wiele myśląc spakowaliśmy
nasze i małego manatki i w drogę. Tym razem nogi poniosły nas czerwonym szlakiem
Doliną Bystrzyka w kierunku Doliny Łomniczki. Jest to monotonna przejezdna droga,
która na szczęście kończy się przy schronisku "Nad Łomniczką", do którego dotarliśmy
nieprzyzwoicie wcześnie rano wyciągając gospodarzy z łóżek. Ale warto było.
Miła pani przygotowała przepyszne naleśniki - delicje. Podczas naszej degustacji mały
baraszkował sobie na czworakach pomiędzy stolikami. Po krótkim odpoczynku ruszyliśmy w drogę.
Po drodze, ku naszemu zmartwieniu, stało się jasne, że następuje załamanie pogody.
Silny wiatr spychał chmury ze stoków Śnieżki wprost na nas. A szkoda, bo Kocioł Łomnicki
musi się wspaniale prezentować. Wędrując wśród większych kamieni i mniejszych skałek
dreptaliśmy sobie pomalutku ścieżką. I w pewnym momencie wyrosła przed nami niesamowita ściana.
I zaczęło się. Mozolnie posuwaliśmy się krok za kroczkiem. Tylko mały nie stracił animuszu.
Uśmiechał się szelmowsko siedząc wygodnie w nosidełku na plecach mamy. Ale do czasu.
W połowie stoku pogoda załamała się zupełnie. Chmury osiadły prawie na ziemi, widoczność spadła
do zera, a my - z niespełna rocznym dzieciakiem - nad przepaścią. Owinęliśmy małego czym
tylko się dało, bo temperatura jak na lipiec gwałtownie spadła - doszło prawie do 0 OC.
I dalej w drogę. Przestraszeni nie na żarty, dotarliśmy do symbolicznego cmentarzyka ofiar
gór, skąd już tylko kilka kroków do Schroniska na Równi pod Śnieżką - do "Śląskiego Domu".
Szczęśliwi, ale także zmęczeni, cieszyliśmy się, że tym razem nam się upiekło. A w drodze czuliśmy
się całkiem niewyraźnie. Przy skromnym posiłku i gorącej herbatce postanowiliśmy przeczekać
niepogodę w schronisku. Niestety - pomimo przepięknego poranka, nic nie zapowiadało teraz
poprawy pogody. Dalej na zewnątrz szalał silny wiatr przeganiający nisko nad ziemią
kolejne chmury. Szczytu Śnieżki broniły zawzięcie chmury. W pewnym momencie, po już całkiem
długiej chwili oczekiwania, na chwilkę pojawiło się schronisko na szczycie. Niestety -
z małym nie zdecydowaliśmy się ryzykować - tak więc do góry, na szybki spacer, wybrał się
jedynie autor. A warto było. Pomimo wielu mankamentów tego spaceru - silny wiatr,
niezbyt ciekawa pogoda i tłumów ludzi (a właściwie niedzielnych turystów, którzy wjechali
kolejką na pobliską Kopę), widoki rekompensują wszystkie niedogodności.
Ze stoku, a także z samego szczytu rozciągają się rozległe panoramy. Przede wszystkim
imponująco prezentują się - Kocioł Łomnicki i Upska Jama. Nie mniej dostojnie prezentowałaby
się Równia pod Śnieżką, gdyby nie została zeszpecona brzydkim budynkiem schroniska, na dodatek
obitym żółtawą blachą. Na szczycie poza kosmicznym budynkiem schroniska i obserwatorium meteorologicznego
znajduje się jeszcze zabytkowa kapliczka św. Wawrzyńca z XVII w. Po błyskawicznym spacerze,
który trwał niespełna godzinę, wliczając w to krótki pobyt w górnym schronisku,
autor powrócił po resztę ekipy i razem ruszyliśmy w dalszą drogę. Na szczęście pogoda
zaczęła się już całkiem klarować. Dreptaliśmy sobie więc wzdłuż granicy, cały czas głównym
grzbietem karkonoskim, aż dotarliśmy do malowniczego miejsca, jednego z najładniejszych w
polskich górach. Do Kotła Małego Stawu. Z góry rozpościerał się przepiękny widok
na Mały Staw i malownicze, pięknie położone schronisko zwane "Samotnia".
Powyżej usytuowane jest jeszcze jedno - także widoczne z góry - schronisko - "Strzecha Akademicka",
a w tle widoczna jeszcze była Śnieżka. Po krótkim postoju przeznaczonym w całości na podziwianie
widoków ruszyliśmy w dalszą drogę, przez Kocioł Wielkiego Stawu, aż dotarliśmy do Słonecznika.
Tutaj nasze maleństwo otrzymało zasłużoną porcję swojego ulubionego, maminego cyca,
my także się nieco posililiśmy. I odpoczęliśmy. Dzisiejszy dzień to dość intensywna marszruta,
a do końca jeszcze jej nieco zostało. Po krótkiej naradzie zdecydowaliśmy się na zejście zielonym
szlakiem, przez Polanę w kierunku Karpacza. Niestety - wybrana ścieżka nie obfituje w żadne
atrakcje, wręcz przeciwnie - jest nieco monotonna i wyczerpująca.
A gdy dotarliśmy do Polany, nie umieliśmy się oprzeć pokusie i zrobiliśmy sobie mały piknik
wśród świeżo ściętych drzew. Wśród wszechobecnego aromatu świeżego drewna spożyliśmy
- wszyscy troje - pokrzepiający posiłek i ruszyliśmy dalej - do Karpacza.
Jak dotarliśmy na kwaterę - padliśmy. Oczywiście, z wyjątkiem małego. Tomek był niestrudzony.
Dzień siódmy
Kolejny dzień również zapowiadał się całkiem intensywnie. Na szczęście tym razem pogoda
dopisała, więc planowana wycieczka rozpoczęła się bardzo przyjemnie.
Tym razem ruszyliśmy tak zwaną "Śląską Drogą", wzdłuż czarnych znaków, kierując się na
Biały Jar. Początkowo ścieżka wygląda wręcz spacerowo, po jakimś czasie rusza jednak ostro
do góry. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że rzeczywiście szlak prowadził
nas wzdłuż brukowanej drogi. Niezbyt przyjemny widok. Ale będąc już na mecie pierwszego
etapu dzisiejszej wędrówki, w Białym Jarze, przepiękne widoki zrekompensowały nam trudy
i monotonnie wędrówki. Interesujące widoki otaczały nas niemalże z każdej strony.
Po krótkim wypoczynku ruszyliśmy dalej. Tym razem udaliśmy się letnią ścieżką,
wraz z żółtymi znakami, w kierunku widzianego wczoraj z góry schroniska "Strzecha Akademicka".
Z góry nie było to tak dobrze widoczne, ale gdy po kilkunastu minutowym spacerze dotarliśmy
na miejsce wyłonił się potężny budynek schroniska. To właściwie nie jest schronisko,
a raczej duży hotel górski, chociaż o całkiem przyjemnej powierzchowności.
Tutaj pozwoliliśmy sobie na małą rozrzutność i spożyliśmy całkiem smaczne śniadanko
wraz z deserem - a bufecie podawali smakowicie wyglądające andruty, nie mogliśmy więc się
nie skusić. A warto było. Mniam. Wkrótce ruszyliśmy dalej. Tym razem udaliśmy się drogą
prowadzącą na Śnieżkę, jednak na rozdrożu zmieniliśmy kierunek marszu i udaliśmy się do
naszych południowych sąsiadów. Postanowiliśmy odwiedzić czeskie schronisko - Lucni boude.
Gdy dotarliśmy na miejsce, od razu tego pożałowaliśmy. Czeskie schronisko to niemalże blok
mieszkalny. To już jest rzeczywiście luksusowy hotel górski z tłumami gości. Czym prędzej
pozbieraliśmy się i na łączce w pobliżu schroniska urządziliśmy sobie z małym piknik i niezbyt
krótki wypoczynek. Po jakimś czasie stwierdziliśmy, że mamy już serdecznie dość tłumów
i generowanego przez ten tłum hałasu i uciekliśmy z powrotem do Polski, skąd udaliśmy się
do Schroniska w Kotle Małego Stawu, do "Samotni". Tutaj urządziliśmy sobie dłuższy postój,
chociaż to miejsce także jest oblegane przez turystów, jednakże urok tego miejsca działa
jak magnes uniemożliwiający szybkie odejście. Podczas gdy mały z mamą się posilali, autor
wybrał się na krótką wycieczkę, której celem było wykonanie kilku zdjęć.
W międzyczasie schronisko nawiedziła grupa zagranicznych blond-sportowców, z których dwóch
odważnych szybko pozbyło się ubrań i nago zafundowało sobie kąpiel w Małym Stawie.
Wariaci. Ja zmarzłem na sam ich widok. Ale mieli pecha - akurat w pobliżu schroniska znajdował
się jeden ze Strażników Parku Narodowego, który z miejsca zafundował im dodatkowy "zimny prysznic".
A my, po krótkim odpoczynku, spakowaniu naszych gratów, ruszyliśmy w dalszą drogę.
Tym razem zrobiliśmy sobie spacer dołem, wzdłuż Kotłów Małego i Wielkiego Stawu.
Widoki zapierają dech w piersiach. A potem - to już tylko zejście przez Polanę do Karpacza.
I zasłużony wypoczynek.
Dzień dziewiąty
Ten dzień naszej eskapady postanowiliśmy spędzić w Rudawach Janowickich. Pojechaliśmy sobie
na miłą wycieczkę. Koniecznie chcieliśmy zobaczyć jedno z najładniejszych schronisk w Sudetach -
Szwajcarkę. Z parkingu dojście do schroniska zajmuje kilkanaście minut. Na miejscu nasz mały
otrzymał sowitą porcję kaszki, my zadowoliliśmy się ciepłą herbatką i ruszyliśmy na spacer
(bo trudno to nazwać marszem) po okolicznych skałkach. Niestety - nie trafiliśmy zbyt szczęśliwie,
w tym dniu towarzyszyły nam tłumy, więc czym prędzej uciekliśmy z powrotem do samochodu.
Postanowiliśmy odwiedzić jeszcze Kowary, a właściwie wybraliśmy się do słynnych sztolni.
Niestety, tego już było dla Tomka za dużo, nie spodobał mu się chyba podziemny spacer.
I tak pomalutku wróciliśmy do Karpacza.
Dzień ostatni
Poranek przywitał nas niezbyt piękną pogodą. Ale trudno. Tak widać musi się kończyć wycieczka.
Pomalutku spakowaliśmy nasz cały ekwipunek, a było tego całkiem niemało i ruszyliśmy w drogę
powrotną do domu. Słyszeliśmy, że gdzieś w Kowarach znajduje się park miniatur słynnych
budowli tego regionu. Postanowiliśmy poszukać tego ciekawego miejsca. I udało się,
chociaż z niemałym trudem. Upchnięty gdzieś na tyłach dużego zakładu w Kowarach,
w niezbyt ciekawej scenerii. Mimo to - prezentował się niezwykle interesująco.
Mieliśmy szczęście - mimo, że przyjechaliśmy sporo przed czasem otwarcia - zostaliśmy
zaproszeni, a co więcej - zostaliśmy oprowadzeni przez pomysłodawcę parku. Prawdziwy pasjonat
i niezwykle cierpliwy człowiek. W parku znajduje się wiele miniatur, na nas szczególne
wrażenie zrobiła miniaturowa starówka Jeleniej Góry oraz Śnieżka z kosmicznym schroniskiem.
Nie mniej interesująca wydawała się pracownia, w której zdradzono nam sekrety powstawania
miniatur.
I tym akcentem zakończyliśmy naszą wakacyjną wycieczkę.
Jeszcze odwiedziny u cioci Jadzi w Złotem oraz wujka Władka w Radochowie - i powrót do domu.
Do następnego razu.
Obserwacje:
Karkonosze - to przepiękne góry. Piękne właściwie o każdej porze roku. Taka mała namiastka Tatr. Są to jednak góry bardzo niebezpieczne. Zwłaszcza w okresie zimowym, a także dzięki kolejom linowym dowożącym turystów ze Szklarskiej Poręby na Szrenicę oraz z Karpacza na Kopę pod Śnieżką. W tych dwóch rejonach, a zwłaszcza na Śnieżce (obleganej również od czeskiej strony) należy uważać na tłumy ludzi, rzadko turystów. Ten rejon Karkonoszy traci wiele uroku przez "masową" turystykę. Na szczęście jest sporo terenów znacznie mniej obleganych.
Autor: Cyprian Pawlaczyk
Uczestnicy wycieczki:
- Iwona Pawlaczyk
- Tomasz Pawlaczyk
- autor
Więcej zdjęć z wyprawy:
GALERIA ZDJĘĆ - KARKONOSZE GALERIA ZDJĘĆ - RZEKA I WODOSPAD SZKLARKA GALERIA ZDJĘĆ - KARPACZ