A
STRONA GŁÓWNA RELACJE Z PODRÓŻY
Powrót do części I
Powrót do części II
Powrót do części III
Luty - Marzec 2007 r.
Wyprawa dookoła Sahary !!!!
Część IV - Burkina Faso i Mali.
Dzień dwudziesty - Piątek - 23.02.2007 r.
Wczesnym rankiem ruszamy dalej.
Oczywiście - zanim to następuje - jemy typowe kontynentalne śniadanie - bagietki z dżemem i kawą.
Ouahigouya nie jest specjalnie atrakcyjnym miastem - tak naprawdę to można je swobodnie opuścić - my jednak oglądamy kilka
meczetów (podobno w całym mieście jest ich kilkadziesiąt) oraz grób jednego z królów lokalnych (którego - jak głosi legenda -
nie wolno okrążać, bo zwiastuje to rychłą śmierć). Tutaj mamy także okazję zobaczyć po raz pierwszy sępy. Straszne ptaszyska.
Kierujemy się na stolicę Burkiny Faso. Po drodze mijamy Yako, gdzie uzupełniamy nasze zapasy oraz oglądamy okazały meczet
(stylowo podobny zresztą do tego z Ouahigouya) po czym ruszamy do Ouagadougu. Stolica nam w ogóle nie przypada do gustu,
zatrzymujemy się tylko na stacji benzynowej, gdzie uzupełniamy zapasy paliwa oraz robimy pierwszy większy serwis samochodu
(dostaje nowy olej w silniku oraz filtry oleju i paliwa - na razie musi mu to wystarczyć). Burkina Faso jest jakaś inna
od pozostałych krajów, które udało się nam już odwiedzić. Mamy wrażenie, że jest nieco nowocześniejsza. Drogi są dobre
(chociaż wszystkie asfaltowe są płatne), w każdym miasteczku dostępne są bankomaty, ludzie jakby spokojniejsi
(nie jesteśmy nagminnie nagabywani przez ulicznych handlarzy). A centrum stolicy podziwiamy prawdziwe (i na dodatek
czynne) fontanny. Nie mniej - stolicę przejeżdżamy tylko tranzytem (jest to brudne, duszne i mocno zanieczyszczone miasto)
i kierujemy się w stronę miejscowości Po (tuż przy granicy z Ghaną). Po drodze mijamy rezerwat przyrody, w którym mieszkają
słonie - niestety - jedyny słoń jakiego mamy okazję zobaczyć to ten, ze znaku informacyjnego - jesteśmy nieco zawiedzeni.
Po kilkugodzinnej jeździe mijamy Po i docieramy do Tiebele - małej wioski będącej jedną z największych lokalnych atrakcji,
znanej m.in. z jeziora oraz malowanych domostw. Do jednego z nich zostajemy nawet zaproszeni. Wprawdzie gospodarz nie mówił
po angielsku, ale po kilku minutach sprowadził nam tłumacza i mieliśmy okazję poznać tradycyjne zabudowania oraz zwyczaje mieszkańców.
Zmyślne domki przypominają nieco architekturę Gaudiego (jak zauważyła Gosia) - prawie nie mają kątów i krawędzi - wszystko
Dzień dwudziesty pierwszy - Sobota - 24.02.2007 r.
Po drodze zatrzymujemy się koło jednego z mijanych jeziorek (czy raczej małego stawu) i obserwujemy lokalne ptactwo.
Jeszcze o poranku docieramy do Bobo - Dioulasso. Jest to jedno z większych miast Burkiny Faso. Tutaj udajemy się do patiserii
na sute śniadanie, po którym rozpoczynamy wizytację miasta. Pierwszym punktem programu jest główny meczet. Przygodny
chłopiec, podający się za przewodnika informuje nas, że jest możliwość zwiedzenia świątyni. Oczywiście wykorzystujemy tą
okazję (generalnie meczety w Afryce są jednak niedostępne dla turystów) i poznajemy budowlę oraz religijne zwyczaje lokalnych
muzułmanów. Świątynia jest zupełnie odmienna od tych, które miałem okazję podziwiać na Bliskim Wschodzie. Nieco przypomina
meczet w Djenne, ale i tu rzuca się w oczy wiele różnic - przede wszystkim ten meczet jest z zewnątrz malowany na jasne
pastelowe kolory, a nie straszy szarością gliny. Wnętrza meczetu cechuje prostota. Świątynia jest podobna do całego starego
miasta, w pobliżu którego się znajduje. Jest po prostu biedna. Ale tak właśnie ja sobie wyobrażam prawdziwe miejsce kultu religijnego.
Ciche, spokojne, bez zdobień i luksusów - takie miejsce nastraja do refleksji.
Po zwiedzeniu meczetu nasz przewodnik (którego Gosia już zaakceptowała) prowadzi nas do warsztatów garncarskich (znajdujących
się na świeżym powietrzu). Tutaj podziwiamy misterną robotę. Udajemy się do najstarszej części Bobo - Dioulasso.
Żeby jednak tam dotrzeć mijamy potężne śmietnisko. Niestety - to najbardziej smutna część miasta. Przewodnik informuje
nas, że wśród śmieci płynie rzeka (cóż - wygląda gorzej niż nasza Rawa), w której nawet mieszkają krokodyle - coś nie
specjalnie chce się nam w to wierzyć. Widzimy za to lokalnego akrobatę trenującego na wysypisku salta. Godne podziwu -
zwłaszcza w takim otoczeniu. Nasz przewodnik nie zmieszany oprowadza nas po starej części miasta - zamieszkanej przez
muzułmanów, chrześcijan i animistów. Mijamy małe zabudowania, ciasne domki i - niestety - wiele biedy. Miasto wygląda tak,
jakby przed wielu laty (nawet kilkaset) czas się tu zatrzymał. Ludzie mieszkają i żyją w takich warunkach, że aż dziw bierze,
a jedyną oznaką nowoczesności są pojedyncze anteny radiowe. Wszystkie domy zbudowane są z glinianych cegieł suszonych na
słońcu i obrzuconych jeszcze gliną. Gdyby nie otaczająca bieda i wszechobecny bród i smród - miejsce prezentowałoby się
fantastycznie - niestety, tutejsze władze chyba jeszcze nie dostrzegły możliwości, jakie daje odpowiednia prezentacja
i turystyka. Ale to przyjdzie z czasem.
Podglądając lokalne życie trafiamy m.in. do małej, przydomowej warzelni piwa. Piwo zachwalane przez mieszkańców podczas
warzenia wydziela tak odrażający smród, że uciekamy czym prędzej. Zwiedzamy miejsce spotkań i kultu animistów i w końcu
docieramy nad drugą rzekę płynącą przez miasto. Ta nieco bardziej przypomina typową rzekę, choćby dlatego, że widać tu
nieco wody (tam podobno też była, ale została szczelnie przykryta przez góry śmieci). Niestety - ta również jest przerażająca.
Raz - żyją w niej ogromne ryby dokarmiane przez mieszkańców (co sugeruje, że woda jest stosunkowo czysta). Dwa - w rzece
koncentruje się życie towarzyskie kobiet (przepierki i toaleta - czego zresztą jesteśmy świadkami). Trzy - w rzece również
używają uciech świnie, kozy, owce i psy. Właściwie łatwiej powiedzieć, czego w rzece nie ma, niż co w niej jest.
dzięki czemu nasza "Dyskoteka" otrzymała porcję wody) ale warto tu dotrzeć. Przede wszystkim - dzięki obecności wody -
jest tu zupełnie inne powietrze. Po drugie - mamy przekrój roślinności - wokół rzeki jest wyjątkowo bujna. Chłodna woda
wręcz zaprasza do kąpieli, pomni przestróg lekarskich nie mamy jednak odwagi do niej wejść. Podziwiamy wodospady najpierw
z dołu, a potem wspinamy się na skały, by zobaczyć je również z góry. Cały czas towarzyszy nam niechciany przewodnik.
Jest bardzo nachalny i tylko utrudnia nam zwiedzanie, ale nie zauważa, że nie może nam nic przekazać (nie zna angielskiego)
i uparcie podąża za nami. No cóż - jak się ktoś przyczepi ...
Poniżej wodospadów jest piękna, zacieniona aleja wśród wielkich drzew. Panuje tu przyjemny chłód. Niestety - gdy my
odwiedzamy to miejsce towarzyszy nam potężna wycieczka dzieciaków w wieku szkolnym, przez co poziom hałasu gwałtownie
rośnie. Ruszamy na poszukiwanie drugiej lokalnej atrakcji - jeziora. Gdy docieramy - pierwszy efekt to rozczarowanie -
o zwykłe jezioro, a wokoło nic, tylko pola i łąki. W cenie biletu jest wycieczka pirogą po jeziorze. Skwapliwie z niej
korzystamy, chociaż łódka wygląda wyjątkowo wątle. Nie mniej - chłód bijący od wody jest bardzo przyjemny. Lokalny flisak
kieruje pirogę w pewne miejsce, gdzie nagle rozlega się dość charakterystyczny hałas. Są to hipopotamy.
W końcu widzimy (wprawdzie z dość daleka) pierwszą, afrykańską dziką zwierzynę. Podziwiamy hipopotamy z bezpiecznej
odległości i wracamy roztrzęsieni i zadowoleni na brzeg, gdzie już oczekuje na nas grupa uczniaków.Dzień dwudziesty drugi - Niedziela - 25.02.2007 r.
Dzisiejszy dzień jest tylko dniem tranzytowym.
Wstajemy wcześnie, pakujemy samochód, który w nocy został prawie cały umyty i ruszamy w drogę.
Opuszczamy Burkinę Faso i wracamy do Mali. Wg mapy wybrana przez nas droga może być gruntową i to nie najlepszą.
Jesteśmy zaskoczeni, bo jest to nowa droga asfaltowa. Cieszy nas to, bo oszczędzi to nam sporo czasu. Cały dzień jedziemy.
Zatrzymujemy się tylko od czasu do czasu, by zrobić kilka zdjęć. Mijamy Bla, Segou i późnym wieczorem docieramy do Bamako.
Tutaj - nie możemy odnaleźć właściwej drogi. Główne drogi prawie w ogóle nie są oznakowane. Bazujemy więc wyłącznie na
waipontach z naszego GPS'a, ale posiadane mapy nie są zbyt dokładne, więc wielokrotnie gubimy drogę. W końcu jednak udaje
się nam przekroczyć rzekę i docieramy w znajome okolice. W końcu, po przejechaniu po Bamako blisko 80 km udaje się nam
wydostać do miasteczka Kati, gdzie planujemy nocleg. Niestety - nie udaje się nam znaleźć żadnego hotelu, więc decydujemy
się na dalszą podróż. Rozpoczynamy poszukiwanie drogi do Kayes. Niestety - ci, których pytamy o drogę plączą się i
wskazują różne kierunki. Widocznie ta miejscowość jest zbyt daleko. Dopytujemy się więc o inną, o nazwie Kita i od razu
trafiamy na właściwą drogę. Chociaż określenie droga początkowo do traktu, którym przyszło się nam poruszać, specjalnie
nie pasuje. Później zmienia się w szeroką ale szutrową szosę w budowie, by jeszcze kawałek dalej zmienić się w nowiutki
asfalt. Ale, żeby dobrego nie było zbyt wiele po kilkunastu km asfalt się kończy i znika również droga. Zostajemy w szczerym
polu. Jesteśmy już bardzo zmęczeni, więc decydujemy się na nocleg w samochodzie.
Dzień dwudziesty trzeci - Poniedziałek - 26.02.2007 r.
Wstaje piękny dzień.
Obserwujemy wschód słońca, po czym - w asyście przechodzących kobiet - robimy poranną toaletę przy samochodzie.
Docieramy do Kita. Uzupełniamy zapasy paliwa. Próbujemy dopytać się o drogę do granicy z Senegalem, ale lokalna ludność
ma jakieś dziwne informacje - każdy zapytany kieruje nas gdzieindziej. Wyruszamy więc na poszukiwanie jaskiń, które mają
być zlokalizowane w pobliżu miasta. Nie udaje się nam to, natomiast znajdujemy ładne formacje skalne w rejonie Mont Kita
Kourou. Zatrzymujemy się w dość dużej odległości od miasteczka, nie mniej - prawie natychmiast - pojawia się grupka
dzieciaków, które asystują nam podczas spaceru po okolicy.
Kierujemy się na Toukoto. Jedyne co wiemy, to że wioska znajduje się przy torach linii kolejowej Bamako - Dakar.
Linii, która będzie wyznacznikiem naszej podróży już do samej stolicy Senegalu. Naczytaliśmy się sporo o fatalnej drodze
na tym odcinku, ale odcinek do Kity nieco nas uspokoił. Za Kitą jest trochę gorzej, ale zwalamy to na karb budowanej
tutaj (o dziwo - przez chińczyków) drogi. Niestety po kilku km budowa się kończy i zaczyna się podróż po polnych drogach.
Mijamy kilka wiosek, w każdej dopytując się o Toukoto. Pytanie o Kayes (ostatnie miasto w Mali na naszej trasie)
jest bezcelowe - większość mieszkańców nawet nie wie, że takowe jest. Cały czas trzymamy się torów kolejowych.
Podziwiamy także determinację mieszkańców wiosek - surowy klimat, warunki i bieda - wzbudzają w nas wiele podziwu
i szacunku. Obraz ten jest tylko burzony przez ich zachowanie w stosunku do nas - wszyscy oczekują podarunków lub jałmużny.
Czasem jest to irytujące, zwłaszcza w sytuacjach, gdy najpierw proponowana jest nam wymiana waluty, a gdy mówimy, że jest
to nie potrzebne, to nagle wyciągają rękę po jałmużnę - nie jest to dla nas zrozumiałe.
Przejeżdżamy przez straszne pustkowia, na których czasami jedyną roślinnością są pojedyncze kaktusy. Mijamy wiele koryt
wyschniętych rzek a także ciekawych formacji skalnych. Przez większą część dnia towarzyszy nam dźwięk cykad.
Jak je usłyszałem to w pierwszej chwili myślałem, że mamy jakąś usterkę samochodu, ale gdy wyłączyłem auto, a dźwięk tylko
przybrał na sile, to się uspokoiłem. Nasza "Dyskoteka" bardzo dzielnie radziła sobie z wszelkimi trudnościami.
Po drodze mijamy również kilka opuszczonych osad, w których zauważyliśmy pozostałości bytności Europejczyków
(inne budynki, infrastruktura techniczna, etc.). Kilka km przed Toukoto zarzuca nam samochodem na piasku i słychać
tylko głuche uderzenie - coś się stało. Nie wiemy jeszcze co, ale wiemy że coś niedobrego. Zatrzymuję samochód, wychodzę
i już wszystko jasne - uderzyliśmy bokiem opony tylnego koła o ukryty w piasku pień drzewa. Uderzenie było na tyle silne,
że w oponie powstała kilku cm wyrwa. Opona nadaje się już tylko do wyrzucenia. Cóż - zdejmuję graty z dachu i przystępuję
do wymiany koła. Dziewczyny w międzyczasie przygotowują ciepły posiłek - po raz pierwszy uruchamiamy przetwornicę 220 V -
to działa nawet w połączeniu z czajnikiem. Przerwa trwa niespełna godzinę, po czym ruszamy dalej.
W końcu docieramy do Toukoto. Tutaj ponownie gubimy drogę, a w odnalezieniu właściwej pomaga nam grupa wioskowych dzieciaków.
Najpierw nie słuchamy ich i zjeżdżamy prawie do rzeki. Ale widzimy most kolejowy, więc zastanawiamy się - jechać wpław
czy skorzystać z mostu. Ja ruszam na rekonesans, a dziewczyny pilnują samochodu i zajmują się dzieciakami. Stojąc na
moście widzę, że rzeka jest całkiem spora, ma dobre 400 m szerokości, chociaż tylko odcinkami jest pod wodą,
a na końcu jest dość problematyczny wjazd. Wracam do dziewczyn i ku ich przerażeniu cofam samochód i próbuję wjechać na most.
Auto jest mocno przeciążone, bo na tylnym zderzaku jedzie z pięcioro dzieciaków. Wjeżdżamy na most i pomału ruszamy
naprzód. Dziewczyny zachowują się nieco nerwowo. Trudno się im dziwić - most jest dość długi a w każdej chwili może
nadjechać pociąg - no, może nie w każdej - kursuje podobno tylko dwa razy w tygodniu.
Jedziemy dalej, mijamy wiele przeszkód terenowych, mijamy wiele wyschniętych rzek (niektóre są całkiem konkretne -
w porze deszczowej nasza "Dyskoteka" nie miałaby tu żadnych szans), mijamy również kilka osad i docieramy do Badoumbe.
Mamy nadzieję, że dalsza droga będzie już nieco lepsza. Mamy już dość.
Niestety - droga się tylko pogarsza - robimy więc jeszcze ok. 30 km i wraz ze zmierzchem decydujemy się na nocleg
w pobliżu małej osady. Rozbijamy namiot (niestety - Gosia musi zostać w samochodzie). Budowa obozowiska realizowana jest
w asyście wszystkich wioskowych dzieciaków - dla nich musi to być nie lada atrakcja, dla nas ich zachowanie jest nieco
denerwujące. Nerwy puszczają mi w momencie, gdy włażą na dach samochodu i po nim skaczą. Po interwencji mamy już właściwie
spokój prawie do rana.
Tuż przed rozbiciem obozu mija nas pociąg - wygląda strasznie - podróż nim z Bamako do Dakaru trwa od 30 do 50 godz.
Chyba byśmy nie zaryzykowali. W nocy budzi nas wielki hałas. W pierwszej chwili mam wrażenie, że to maszyny budowlane
przejadą po naszym małym namiociku, ale szybko sytuacja się wyjaśnia - to tylko kolejny pociąg (a miały być dwa w tygodniu,
a nie dwa codziennie).
Dzień dwudziesty czwarty - Wtorek - 27.02.2007 r.
Wstajemy bardzo wcześnie.
Chcemy zdążyć przed pobudką we wsi.
Udaje się nam zwinąć namiot, zanim chmara dzieciaków nas zaatakuje.
Wczoraj udało się nam zrobić niecałe 150 km. Przemieszczamy się strasznie powoli - coraz poważniej zastanawiamy się,
czy zdążymy na lotnisko.
Mozolnie posuwamy się dalej - czasem nasza droga wiedzie po starym (jak się nam wydaje) nasypie kolejowym - wtedy możemy
jechać nieco szybciej - nie mniej, cały czas musimy uważać bo na starym nasypie nie zachował się żaden mostek.
Po kilku km zatrzymujemy się, w środku lasu, z dala od jakichkolwiek osad i ...
No właśnie - dziewczyny zdecydowały się na poranną toaletę (w końcu) oraz na przyrządzenie śniadania (przetwornica znowu poszła
w ruch).
Docieramy do Kale. Tutaj jest kolejny przystanek kolei. I ponownie mamy nadzieje, że tu zacznie się lepsza droga.
I ponownie - są to płonne nadzieje - właściwie droga jest jeszcze gorsza niż dotychczas - a co więcej - gubimy ją i trochę
czasu upływa, zanim udaje się nam znaleźć poprawną drogę.
Znowu mijamy kilka wiosek, doskwiera nam upał i zmęczenie. Mamy już serdecznie dość. Po kilku godzinach jazdy docieramy
do miejscowości Mahina. Tutaj znajduje się kolejny most kolejowy przerzucony nad rzeką (rzeka jest tak szeroka i głęboka,
że nie ma żadnych szans na pokonanie jej wpław). Decydujemy się na pokonanie mostu samochodem, mimo że jego nawierzchnia
jest typowo kolejowa. Odnosimy jednakże wrażenie, że pokonywanie piesze, motorowerami czy samochodami tego mostu jest na
porządku dziennym, więc jakoś się przebijamy. Stąd mamy już tylko kilka km do Bafoulabe. Tutaj - możliwe - zacznie się
dobra droga, więc nieco przyspieszymy - pojawia się szansa, że jednak zdążymy do Dakaru na czas.
Docieramy do przystani promowej - zatrzymujemy się - chcę zrobić kilka zdjęć rzeki Senegal. Piękna potężna rzeka nie pasująca
do afrykańskich klimatów (przynajmniej do tych, które mieliśmy do tej pory okazję poznać). Zaczepia nas obsługa promu.
Otrzymujemy od chłopaków z przeprawy informację, że po drugiej stronie rzeki jest dobra droga. Nasz GPS mówi jednak coś
innego.
Pewnie jednak zaryzykowalibyśmy podróż po drugiej stronie, gdyby nie fakt, że promowcy za przeprawę chcieli
wyłudzić równowartość ponad połowy baku paliwa. To przeważyło - ruszamy w drogę wg GPS'a. Początkowo - droga wygląda
bardzo dobrze - cieszy nas to, zwłaszcza, że wg mapy droga jest zaznaczona jako szczególnie niebezpieczna i trudna do pokonania.
Myśleliśmy, że to już historyczny zapis na mapie. Zagadnięci mieszkańcy miejscowości informują nas, że do Kayes powinniśmy
tą drogą dotrzeć w 4 godz. Niestety. Mylili się. My zresztą również.
Droga cały czas biegnie wzdłuż rzeki Senegal, nie sposób ją więc zgubić - doskonały punkt orientacyjny. Kilka km za Bafoulabe
zaczyna się najgorszy i najtrudniejszy odcinek drogi, jaki mieliśmy okazję do tej pory pokonać. Średnia prędkość jazdy spada
nam poniżej 5 km/h. Wiele odcinków pokonuję sam, a dziewczyny pomagają mi się zmagać z trudnościami terenu.
Mamy dość - jesteśmy wykończeni. A upał cały czas nam doskwiera. Na szczęście "Dyskoteka" radzi sobie nad wyraz dobrze.
Jakby nie zauważała trudności.
Po jakimś czasie docieramy do wioski Diamou, gdzie znajdujemy asfalt na drodze. To prawie nie możliwe. Normalna droga -
zacieramy ręce, ale radość trwa krótko - droga jest dziurawa jak ser szwajcarski, więc nie ma szans na szybszą jazdę.
W sumie i tak poruszamy się znacznie szybciej niż do tej pory. Zatrzymujemy się, żeby zrobić kilka zdjęć i w pewnym momencie
zauważam jadące za nami samochody. Przyglądam się rejestracji pierwszego z nich - jakaś taka znajoma. Wątpliwości
rozwiewa kierowca - na środku pustyni spotykamy ekipę czesko - słowacką. Jadą w trzy samochody, ale są pełni podziwu
dla naszej samotnej eskapady. Robimy sobie pamiątkowe zdjęcia, pijemy po jednym słynnej śliwowicy (na lepszą jazdę i
za miłe spotkanie) i ruszamy dalej. Początkowo jedziemy razem, ale oni jadą jak wariaci, więc w końcu znikają nam z oczu.
Ściemnia się, a my późnym wieczorem docieramy w końcu do Kayes. Tutaj jest już cywilizacja, a wg mapy już do samego Dakaru
mamy doskonałą drogę. Mamy taką nadzieję.
Koniec części IV.
Część V
Autor: Cyprian Pawlaczyk
Uczestnicy wycieczki:
- Joanna Zapęcka
- Małgorzata Pawlaczyk
- autor
- Land Rover Discovery "Dyskoteka", 1996 r.
GALERIA ZDJĘĆ - AFRYKA