STRONA GŁÓWNA RELACJE Z PODRÓŻY
Kwiecień - Czerwiec 2008 r.
W poszukiwaniu Jedwabnego Szlaku !!!!
Część I - Przejazd przez Europę do Turcji.
Słowacja, Węgry, Rumunia, Bułgaria i Grecja.
Przygotowania
Jak zwykle - wszystko zaczyna się od doskonałego pomysłu.
A ten urodził się jeszcze podczas trwania afrykańskiego wojażu.
Pierwotny zamiar wspominał co nieco o Indiach, niestety organizacja tego pomysłu,
między innymi ze względu na sytuację polityczną w Pakistanie i Afganistanie,
a także ze względu na trudności organizacyjne z wysyłką samochodu drogą morską -
spaliła na panewce.
Drugi pomysł to odwiedziny poradzieckich republik kaukaskich (Gruzja, Armenia i
Azerbejdżan) oraz Iranu został podjęty do realizacji. Do pomysłu udało mi się zapalić
Asię i Beatę, a później również zaprzyjaźnioną parę Dyskotekowców - Janusza z Ewą.
Przygotowania zajęły nam rok z okładem, w tym czasie poważnym modyfikacjom uległa
moja Dyskoteka (przy wydatnym udziale mojego szefa, wielu moich pracowników oraz Czesława
ze swoją ekipą), w międzyczasie wykonaliśmy brakujące badania i szczepienia,
opracowaliśmy w ogólnym zarysie trasę podróży, a także zebraliśmy wiele materiałów.
Wszystkie to zaowocowało rozpoczęciem kolejnej wielkiej przygody.
A to, co nas spotkało będzie można tutaj prześledzić.
Dzień pierwszy - środa - 30.04.2008 r.
De facto wyprawa zaczęła się już we wtorek, gdy z Beatą zapakowaliśmy w Osowcu
Land Rovera gratami i ruszyliśmy do Kuźnicy - do głównej bazy wszystkich przygotowań.
Nie mniej - dopiero w środę zaczęliśmy wielkie pakowanie samochodu. Większość gratów była
już ładnie ułożona w skrzyniach, problemem jednak było ulokowanie wszystkich skrzyń
wewnątrz i na samochodzie. Mimo, że Łukasz z chłopakami dołożyli wielu starań, by
bagażnik wewnętrzny możliwie jak najlepiej przystosować do podróży, to ilość niezbędnych
rzeczy, koniecznych do zabrania, zajęła w sumie 11 skrzyń. Do tego doszła jeszcze masa
rzeczy luzem. A to wszystko sprowadzało się do tego, że już na samym początku mieliśmy
wielki problem lokalizacyjny. Nie mniej - nasza Dyskoteka okazała się zrobiona prawie
z gumy, tak więc ilość rzeczy z których musieliśmy zrezygnować była nie wielka.
Po kilku godzinnych bojach w końcu udało się nam wyjechać z Kuźnicy.
Po prawdzie - ruszyliśmy.
Nie mniej - po drodze mieliśmy kilka ważnych spraw do załatwienia.
Pierwsza - to odwiedziny u Czesława - tutaj odebraliśmy ostatnie zamówione części
zamienne, kilka cennych uwag i porad, i jakże by było inaczej - kilka ostatnich szyderstw.
Druga - to zatankowanie samochodu, wyzerowanie licznika - od tego momentu liczymy
rzeczywisty przebieg podróży.
Trzecia - spotkanie z redaktorem zaprzyjaźnionego chorzowskiego tygodnika - z
Gońca Górnośląskiego, który obfotografował nas ze wszystkim możliwych stron.
Czwarta, ale chyba najważniejsza - to ostatnie spotkanie i pożegnanie z Tomkiem i rodzicami.
I ostatnia - to spotkanie z drugą częścią ekipy - z Januszem i Ewą.
Brakuje już nam tylko Asi, która z przyczyn zawodowych dołączy do nas dopiero w Ankarze.
Około godziny 15 wyruszamy na trasę - i o tej porze wszystko się zaczyna.
Niestety - wybraliśmy bardzo nieszczęśliwie moment wyjazdu - jest to popołudnie
w przeddzień długiego, majowego weekendu, więc wszystkie trasy wylotowe są zablokowane
- już w Katowicach mamy szczęście utknąć w korku i przez całe miasto, a później
również przez Tychy - wleczemy się jak przysłowiowa mucha w smole. Dla ułatwienia -
za Tychami zjeżdżamy z głównych dróg i bokami dostajemy się najpierw do Wadowic,
później do Zawoji by w końcu dotrzeć do Zakopanego. Tutaj Janusz postanawia zatankować
paliwo i zauważa, że pod jego Dyskoteką pojawia się wielka plama paliwa -
otwarcie maski silnika i szybka diagnoza - szlag trafił pompę paliwa.
Ja również zaglądam pod samochód i również zauważam wyciek. U mnie także jest to paliwo.
Obaj przystępujemy do wytężonej pracy i po kilkunastu minutach jesteśmy gotowi do drogi.
Jeszcze tylko szybki telefon do Olafa - niech organizuje nową pompę i przekaże Asi.
Jest już późny wieczór, gdy przekraczamy granicę w Łysej Polanie. Tak szybko -
jak nigdy - od czasu zniesienia granic mamy okazję dopiero pierwszy raz wyjeżdżać
z Kraju i jest to spora wygoda.
Szukamy noclegu na Słowacji - plan jest taki, by wykorzystać okazję i zobaczyć co
nieco także u naszych południowych sąsiadów, których zwykle traktujemy po macoszemu.
Wybór padł na Spisz.
Niestety - znalezienie noclegu o tej porze roku na Słowacji graniczy z cudem.
Większość hoteli i pensjonatów jest nieczynnych - to jeszcze nie sezon - zgroza.
W ten sposób - jadąc od hotelu do hotelu - docieramy do miejscowości Levoca,
gdzie bardzo już późno, znajdujemy nocleg na kempingu.
Całe szczęście ...
Dzień drugi - czwartek - 01.05.2008 r.
Pierwszy punkt programu, to piękna starówka miasteczka, w którym nocowaliśmy.
Jako, że wstaliśmy bardzo wcześnie to mamy przyjemność podziwiać ryneczek w absolutnej
ciszy. Ładne, zadbane miejsce. Niestety - nieprzewidziany deszczyk pogonił dziewczyny
do samochodów, a w konsekwencji również nas. Zrobiliśmy sobie jeszcze rundkę po bocznych
uliczkach podziwiając ciekawą zabudowę i panujący wszem i wobec spokój.
Wyjechaliśmy na trasę w poszukiwaniu najcenniejszego zabytku na Spiszu - Spiskiego Hradu -
jak mawiają Słowacy.
Ogromny zamek widoczny jest już z bardzo daleka - wielokrotnie mieliśmy okazję mijać
go przy kolejnych wyjazdach - ale dopiero teraz wpadliśmy na pomysł, żeby jednak się
zatrzymać i poświęcić godzinkę na jego poznanie.
Jest to ogromna budowla, położona na wzgórzu górującym nad okolicznymi miasteczkami
i wioskami. Niestety - mamy pecha - zamek jest jeszcze zamknięty.
W oczekiwaniu na otwarcie kas robimy sobie krótką przerwę na pogaduchy.
W końcu dociera kasjerka (kilka minut przed 9) i ... pojawia się kolejny problem -
nie mamy słowackich koron, a nie ma możliwości zapłacenia ani kartą, ani złotówkami,
ani nawet euro. Tyle czekania na nic? O nie - Ewa z Beatą ruszają do pani pilnującej
bramki z zamiarem przekonania jej do umożliwienia naszej wizyty - ku mojemu zaskoczeniu
udaje się im i po chwili jesteśmy już na dziedzińcu zamkowym. A zamek spiski to okazała
budowla - aż żal bierze, że nigdy wcześniej nie udało się go odwiedzić.
Po wizycie na zamku ruszamy w kierunku Słowackiego Raju - parku, na terenie którego
zamierzamy odwiedzić lodową jaskinię. Ku naszemu zdziwieniu - jaskinia w weekend majowy
również nie jest udostępniana dla turystów (podobnie jak słowackie hotele).
Nieco zniesmaczeni postanawiamy ruszyć w dalszą drogę. Tym razem - jako punkt docelowy
wybieramy węgierski Miskolc, skąd następnie udajemy się na pusztę, do Hortobagy,
gdzie stołujemy się w tradycyjnej węgierskiej oberży.
Po sutym posiłku, na który złożyły się m.in. zupa gulaszowa, tradycyjny pyrkelt
z galuszkami, no i oczywiście palaczinta. Tak pokrzepieni ruszamy w kierunku Debreczyna -
niestety, wybrana trasa nie jest dla nas specjalnie szczęśliwa - po pierwsze
jedziemy w asyście wariatów na jednośladach, po drugie - zauważamy, że spod mojej
Dyskoteki coraz intensywniej wycieka paliwo. Decydujemy się na dotarcie jeszcze tego
wieczora do Rumunii, znalezienie noclegu i naprawę samochodu. Nasza diagnoza -
uszkodzony przewód paliwowy pierwszego wtryskiwacza - na szczęście,
takowy znajduje się na wyposażeniu moich skrzyń przetrwania.
Sama naprawa zajmuje może ze 20 minut i potem zadowoleni udajemy się na zasłużony
odpoczynek.
Dzień trzeci - piątek - 02.05.2008 r.
Piątek wita nas deszczem. Nie jest to wprawdzie ulewa, ale na wymarzoną podróż to też
nie jest wymarzona pogoda. Ale co robić - po błyskawicznym zapakowaniu samochodów ruszamy
w kierunku Cluj Napoca. Droga, którą zmierzamy, ma nr 1m co chyba oznacza, że jest
to jedna z najważniejszych dróg w Rumunii. Ruch jest znaczny, mimo wczesnej pory.
A na dodatek - na odcinku Oradea - Cluj, jest to droga górska, bardzo kręta.
Poruszamy się więc stosunkowo powoli. Po drodze zatrzymujemy się w Bucea,
gdzie mamy przyjemność oglądać cerkiew.
W stosunku do miasta Cluj Napoca mamy tym razem plany wyłącznie tranzytowe -
zatrzymujemy się tylko na krótkie zakupy i uzupełnienie paliwa. A na stacji
niespodzianka - zresztą bardzo przyjemna - pomimo dużego obciążenia moja Dyskoteka
zadowala się całkiem przyzwoitymi ilościami paliwa - oby ta tendencja utrzymała się
już na stałe. Wyjeżdżając z miasta obserwujemy oryginalny cmentarz ulokowany na stromym
zboczu, wśród bloków - dziwne, ale co kraj to obyczaj.
Kilkanaście minut jazdy i docieramy do miejscowości Turda. Pierwsze co robimy,
to nawiązujemy nową znajomość z lokalnym cinkciarzem (czy jak kto woli - konikiem).
Niezłą angielszczyzną oferuje nam pomoc - najpierw załatwia nam bilety parkingowe
(wrodzone wygodnictwo nie pozawala mu w tym przeszkodzić), a następnie wskazuje
ciekawostki godne uwagi w miasteczku i jego okolicach. Spacerujemy sobie po głównym placu
i kilku uliczkach obserwując senne życie i odwiedzając kilka kościołów.
Od naszego rumuńskiego kolegi dowiadujemy się również o kopalni soli, która jest
udostępniona do zwiedzania. I już mamy kolejny punkt na dzień dzisiejszy. Kupujemy bilety
i długą pochylnią schodzimy na dół. Nie jest to kopalnia na miarę naszej Wieliczki,
ale warto zajrzeć. Zwłaszcza do głównej komory, która przytłacza ogromem i ilością
schodów, które należy pokonać, by do niej się dostać. Ale jak to mówią - nic za darmo.
Na dół komory decydujemy się zejść tylko we dwoje - z Beatą.
A na dole - hmmm ... W sumie najciekawsza była para grająca w kometkę ...
Powrót do góry był jeszcze bardziej uciążliwy. Powiadają, że lepiej wchodzić niż schodzić -
ja tam zdecydowanie wolę schodzenie, zwłaszcza jeśli ponad 150 schodów jest do pokonania ...
Turda Noua - to nie tylko kopalnia soli. To również kościół warowny, a przynajmniej
jego namiastka. Mając w pamięci kościoły warowne, które odwiedziliśmy podczas
poprzedniej wyprawy w Rumunii, można się było spodziewać zupełnie innej konstrukcji -
odwiedzony przez nas kościół nie spełniał kryteriów obronności wyznaczonych przez
pozostałe kościoły. Nie mniej jest to ciekawy obiekt sakralny, zwłaszcza, że w obrębie murów znajduje się zamieszkały domek z ogródkiem - w sumie bardzo ciekawa lokalizacja, nieprawdaż?
Całą drogę - a przynajmniej do momentu dotarcia do nas Asi, rolę pilota pełni Beatka -
niestety to dziewczę jest bez przerwy zmęczone i non stop mi zasypia - tym razem
przegapiliśmy zjazd do pięknego wąwozu - wąwozu Turdy (Cheile Turzii).
Wzmiankowane miejsce jest przepiękne, może śmiało konkurować z naszym Homolem -
nawet turyści prezentują podobny poziom - niestety. Sam wąwóz jest niezwykle
atrakcyjnym miejscem zarówno pod względem przyrodniczym jak i estetycznym,
czego nie można powiedzieć o większości odwiedzających to miejsce.
Odpoczywający na łonie natury Rumunii nie specjalnie znają pojęcie "odpoczynek w ciszy".
Całymi rodzinami bądź grupami przyjaciół spotykają się na polanie leżącej u stóp wejścia
do wąwozu i bawią się w wielkim hałasie i na wielkim śmietnisku.
Po doznaniu wielkich wrażeń po spacerze wąwozem opuszczamy to miejsce zniesmaczeni tym,
co widoczne na polanie. Cóż - nie ma się co czarować - polscy turyści wcale nie zachowują
się lepiej. Przerażające jest natomiast to, że miejsce to patrolowane było przez służby
porządkowe, które nawet nie zamierzały interweniować - bo i po co?
Ruszamy w dalszą podróż po rumuńskich drogach - pełnych różnego rodzaju dziwaków,
wariatów i idiotów - z całym szacunkiem dla mieszkańców tego pięknego kraju -
ale jak Rumun siada za kierownicą czegokolwiek innego niż wszechobecna Dacia
(a czasem również w samochodzie tej marki), to totalnie mu odbija - a ja myślałem,
że to My mamy "najlepszych" kierowców. Zresztą - mieliśmy wątpliwą przyjemność podążania
za świetnym kierowcą, który próbował przewieźć specyficzny ładunek, którym była
żywa krowa, na przyczepce przypiętej do wzmiankowanej wcześniej Dacii. Nie wiele
by brakowało, a zamęczyłby to biedne zwierze, a przy okazji sprawiał ogromne zagrożenie,
bo miotająca się krowa diametralnie zmieniała zarówno środek ciężkości przyczepy,
jak i jej tor jazdy. Perfekcjonista. Od siedmiu boleści.
Po tym nieszczęsnym zdarzeniu zjeżdżamy na szosę w kierunku na Aiud. Po kilku km widzimy
tablicę informacyjną o monastyrze Rimetea, który postanawiamy odwiedzić. Jest to świeża
budowla sakralna, jeszcze nie wykończona wewnątrz, gdzie mamy przyjemność wysłuchać
pięknego śpiewu modlitewnego sióstr zakonnych. Przy okazji wizyty mamy czas na chwilkę
refleksji - zastanawiamy się, na czym polega tak wielka popularność ruchu zakonnego
w tym kraju. Z czego to wynika? Informację o tym mam nadzieję pozyskać po powrocie
do domu z naszej wyprawy. Nie mniej - jest to nowoczesny obiekt, który nie ma tego uroku,
co mijane do tej pory miejsca. Chociaż z drugiej strony, pewnie za 200 i więcej lat,
sam zostanie atrakcją turystyczną.
Dzisiejszy dzień jest niezwykle intensywny, a program się jeszcze nie wyczerpał.
Po kilkudziesięcio minutowej przeprawie po niezwykle dziurawych drogach docieramy do Aiud,
gdzie przy głównej drodze, w centrum, wznosi się przepiękny, prawdziwy warowny kościół.
Podchodzimy do żelaznej bramy, która na nasze nieszczęście okazuje się zamknięta -
ale Beatka, w tylko sobie wiadomy sposób, forsuje zabezpieczenia i wchodzimy do środka.
Tutaj widać przemyślane rozwiązania obronne pozwalały na schronienie mieszkańcom
okolicznych wiosek w czasie zbrojnych interwencji wielmożów. A radzili sobie dzielne,
co zresztą sugeruje sam wygląd murów. Tutaj ponownie zastajemy w obrębie murów
kościelnych zamieszkałe pomieszczenia. I wcale nie wyglądają na mieszkanie ochrony
lub kustosza. W tym miasteczku mamy okazję również podziwiać kunszt techniczny i wymogi
prawne budowlane, jakie mają zastosowanie w Rumunii - podziwiamy sposób prowadzenia
instalacji gazu ziemnego, które tutaj są bardziej funkcjonalne niż u nas - poza
funkcją transportu gazu, rurociągi często służą za ogrodzenia bądź pełnią rolę
wyjątkowo oryginalnych rzeźb malowanych na żółto. Zgroza. Spacerując po rumuńskich
miasteczkach palaczom sugerowałbym pozostawienie papierosów w paczce w kieszeni.
Kilkanaście km dalej docieramy do Alba Iulia, kolejnego miasteczka, na naszej trasie.
Tutaj znajduje się potężna twierdza. Szkopuł w tym, że nie specjalnie wiemy,
gdzie ona się znajduje. Łamiąc sobie język na rumuńskich nazwach oraz porównując
adresy ze znalezionym planem miasta, przypadkowo docieramy w obręb zewnętrznych murów
twierdzy, co wcale nie znaczy, że wiemy jak znaleźć się w środku. Zanim się to nam
udaje musimy przejechać jeszcze pół miasteczka. W końcu jednak docieramy do wielkiego
placu, gdzie zostawiamy samochody i ruszamy do wewnątrz twierdzy. Sam obiekt jest
podzielony na dwie części - cywilną i wojskową. Jak można się z tego domyślić,
dla turystów przeznaczona jest ta pierwsza. W obrębie murów i części udostępnionej
znajdują się - świątynia koronacyjna, katedra katolicka (z grobami królowej Izabeli Jagiellońskiej
i jej syna - polski akcent), muzeum i sala zjednoczenia oraz pomnik Michała Walecznego.
Z wyjątkiem katedry, wszystkie budynki sprawiają wrażenie świeżo odremontowanych,
nie mniej - jakość remontów pozostawia wiele do życzenia. Odpadające tynki,
zniszczone dachy to tylko kropelka w morzu błędów wykonawczych i zaniedbań, nie mniej
ocena tego wymagałaby odrębnego opracowania. Opuszczając twierdzę, w rejonie katedry
natrafiamy na wyjątkową ciekawostkę architektoniczną - okno wbudowane w inne okno -
no cóż - co kraj to obyczaj.
Późnym wieczorem docieramy w rejon miejscowości Sebes, gdzie udaje się nam znaleźć
zakwaterowanie w przydrożnym motelu "na godziny" jak oceniła go Ewa.
Po wynajęciu dość obskurnych pokoi udajemy się na nie mniej obskurną kolację,
która - co ciekawe - okazuje się bardzo smaczna. Do tego udaje się nam opróżnić
całą butelkę wyśmienitego Cotnari i w bardzo dobrych humorach udajemy się na
zasłużony odpoczynek.
Dzień czwarty - sobota - 03.05.2008 r.
Poranek wita nas pochmurnym niebem i lekkim deszczykiem. Nie są to dobre wiadomości,
zwłaszcza że w planach mieliśmy wizytę w wysokich górach. Przy takiej pogodzie
widoczność w wyższych partiach gór może spaść do zera.
Jedziemy sobie w kierunku trasy transfogaraskiej i w pewnym momencie zauważamy znak na
warowny kościół, który jest wpisany na listę UNESCO. Praktycznie bez zastanowienia skręcamy
z zamiarem obejrzenia tej małej twierdzy i powrotu do pierwotnych planów.
Oj - jakże to było mylne założenie.
Po kilku minutach docieramy do wioski Calnic i parkujemy pod twierdzą - oczywiście
nasze samochody wzbudzają niezłą sensację - od razu mamy małe zbiegowisko. Niestety
dane jest nam zobaczyć kościół warowny jedynie z zewnątrz, brama zamykająca obejście
nie daje się otworzyć. Nie mniej kościół jest wyjątkowo piękny.
W tym miasteczku ponownie uwidaczniają się problemy drogowe Rumunii. Brak dróg i
oznakowania powodują, że tak naprawdę poruszamy się tylko na zasadzie - co ludzie nam
powiedzą i pokażą. Body language w miarę tutaj działa. Ewa na mapie znajduje kolejny
atrakcyjny kościół w malutkiej wiosce. Problem w tym, że nie możemy tej wioski znaleźć.
Nie mniej - zjeżdżamy z głównej drogi i bazując na wskazaniach lokalnej ludności
ruszamy w góry. Jedziemy szutrowymi, błotnistymi polnymi drogami i czujemy znajomą
atmosferę - jest tak, jak było na jesiennym Maramureszu u Czesława.
Mijamy kolejne zabudowania, pokonujemy kolejne przeszkody błotne i coraz bardziej oddalamy się od cywilizacji.
Co ciekawe - jedziemy na dość mocno już zużytych AT-kach, które jednak w głębokim błocie
świetnie dają sobie radę - może to efekt mocnego przeładowania samochodu?
Nie wiem, ale z tego co pamiętam podobne przeszkody na innych imprezach często
unieruchamiały mój samochodzik.
Uczciwie powiedziawszy - jedziemy przed siebie nie wiedząc gdzie jesteśmy.
Jedyne co wiemy, to nazwa miejscowości z której wyjechaliśmy - Sasciori.
Tutaj zaczęła się także nasza off-road`owa przygoda. Jedziemy bardzo malowniczymi okolicami,
wokół nas piękne panoramy górskie, tylko między kołami nie zawsze jest ciekawie.
Oburzenie w nas wywołuje mijany Mercedes Sprinter oraz stary Kadet i wszechobecne Dacie -
no jak one dają radę, to nasze Dyskoteki również powinny - nie mniej, to troszkę wstyd ...
Z drugiej jednak strony, teren przez który przejeżdżamy jest na tyle wymagający,
że pewnie w jeden samochód nie odważylibyśmy się w niego zapuszczać. Na szczęście
jedziemy w dwie Dyskoteki, i z pewną dozą odwagi, ale bez większego ciśnienia pokonujemy
przeszkody. Czasem nawet udaje się zapiąć blokady. Wyzwaniem była mijanka z traktorem
rolniczym na wąskiej drodze, podczas której cały czas miałem wrażenie, że już za raz się
stoczymy z jednej strony, albo coś urwę z drugiej. Na szczęście daliśmy radę.
Docieramy do malutkiej wioski, gdzie sympatyczne starsze małżeństwo próbuje nam
przekazać informację, że przez wioskę się nie da, bo jest stromo i można tylko o
własnych nogach, a ciężkie traktory dają radę pod górę, ale nie w dół. No i po
kilkunastu minutach przemyśleń decydujemy zawrócić nasze samochody i ... okazuje się
nagle, że to wcale nie takie proste. Nie mniej - szczęśliwie wybrnęliśmy z opałów
i mogliśmy ruszyć w dalszą drogę, prowadzącą przez piękne lasy, aż docieramy do
miejscowości Sugag, gdzie natrafiamy na normalną, asfaltową szosę.
Kolejny wybrany kierunek to Jina. Z asfaltu mamy drogowskaz z nr drogi krajowej
odchodzącej na lewo od głównej - zjeżdżamy z niej i po kilku km droga się kończy
i zamienia się w miękki szuter. Troszkę to dziwne, bo po numerowanej drodze można się
chyba czegoś więcej spodziewać, chociaż z drugiej strony - mamy na koncie kolejną
off-road`ową przygodę. Przed nami ostro w górę, pomalutku, gramoli się kolejny wspaniały
wynalazek rumuńskiej motoryzacyjnej myśli technicznej - Aro. Jedzie sobie pomalutku,
ale bez większego wysiłku, co jest o tyle dziwne, że ciągnie jeszcze wielką przyczepę.
Ale daje radę. Po drodze mijamy starowinkę, która macha do nas jak na stopa.
Nie zostaje więc nam nic innego, tylko zatrzymać się i zabrać babcię.
Było to o tyle kłopotliwe, że samodzielnie nie dała rady wsiąść do naszego samochodu -
musiałem ją "ręcznie" wsadzić (dosłownie). Na szczęście była malutka i lekutka.
W jej towarzystwie docieramy do Jina. Tutaj, pod kościołem sytuacja się powtarza,
przy czym teraz muszę starowinkę wyjąć z samochodu. Była strasznie uradowana, że
ją zabraliśmy. Na oko, była grubo po siedemdziesiątce, a pieszo miała do drałowania
z 10 km. Mamy dobry uczynek na koncie.
Tutaj też ponownie zauważam wyciek paliwa spod silnika. Po otwarciu silnika usterka
od razu rzuca się w oczy - pęknięty przewód paliwowy przelewowy. Na szczęście Janusz
ma kawałek podobnego przewodu i raz dwa usuwam awarię.
Po drodze mijamy wiele malowniczych wiosek, gdzie co rusz zatrzymujemy się, by pstryknąć
kolejne fotki. Ewa koncentruje się na wioskowych kapliczkach, a ja wyłapuję co
fajniejsze zabudowania - nasze wspólne archiwum zaczyna się poważnie rozrastać.
W ten sposób docieramy do Trasy Transfogaraskiej. Od strony północnej - rzecz jasna.
Niestety - pogoda ponownie płata nam psikusa i jedziemy raczej wśród mgieł, mżawki
i chmur - co niestety bezpośrednio przekłada się na obserwowane widoki. Kilka lat
wcześniej również w maju atakowałem trasę od tej strony - niestety ilość śniegu
wtedy uniemożliwiła nam wjazd. Tym razem jest całkiem podobnie, ba - zostajemy
unieruchomieni dużo wcześniej.
Najpierw półmetrowa warstwa śniegu tarasuje nam drogę,
ale coś takiego dla naszych LR-ów to jeszcze nie problem (chociaż jakimś dziwnym trafem
zakopuję się w tym śniegu i łopaty muszą iść w ruch). Niestety - po przejechaniu
kolejnych kilkuset metrów docieram do miejsca, w którym lawina zostawiła z 6 m
wysoką zaspę śniegu - tego już nie przejdziemy. Co w takim razie pozostaje
nam do roboty? Nic specjalnego - odwrót z nadzieją zaatakowania trasy od strony
południowej. Zanim to jednak nastąpi czeka nas spory odcinek trasy do przejechania.
Nie wydaje mi się, żeby się to dzisiaj powiodło, nie mniej będziemy się starać przejechać
jak największy dystans. Wcześniej spotykamy jednak zapaleńców, którzy chcą spróbować się
przebić przez zaspy razem z nami. Problem w tym, że nie wiedzą co mówią. Jeden gość
podjechał Dacią i zapytał, czy nie przeciągniemy go na holu przez zaspy. Dziwaki.
Ponownie zjeżdżamy z głównej drogi i staramy się trzymać bocznych dróg - raz są prawie
puste, dwa - mamy święty spokój, a trzy - wiodą przez malownicze okolice. Same plusy.
Ale mamy również niespodzianki. Docieramy do mostu ze znakiem 2,3 metra i zastanawiamy
się, czy Dyskoteka przejdzie. Na szczęście - przeszła.
Z przygodami docieramy do miejsca, w którym zaczynamy się zastanawiać nad odpoczynkiem.
Decydujemy się przerwać włóczęgę po bocznych drogach i wrócić do głównej szosy,
z nadzieją, że trafi się jakiś przydrożny hotel bądź motel.
Trafił się, dostaliśmy dwa pokoiki i poszliśmy na kolację. A tu wesele ...
Obsługa zwijała się jak w ukropie, ale i tak trwało, za nim dostaliśmy jedzenie.
Wszystkim smakowało, tylko Beatka wybrzydzała, że to flaki, że to za tłuste ...
Jak to Beatka.
Dzień piąty - niedziela - 04.05.2008 r.
Ruszamy w trasę. Cały czas jedziemy wzdłuż rzeki, aż docieramy do kolejnej
hydroelektrowni. Tutaj, na pobliskiej stacji benzynowej uzupełniamy zapasy paliwa
(dalej jest nieźle, chociaż nieco gorzej, ale i tak dużo lepiej niż w Afryce).
Nieopodal elektrowni, zlokalizowany na uboczu jest piękny monastyr Turnu.
Obserwujemy senną atmosferę tego miejsca, podziwiając przy tym przepych. Nie mamy okazji
zobaczyć, jak mnisi (popi), żyją na co dzień, w jakich warunkach, ale to co widzimy
na zewnątrz jednak kłóci się w moim odczuciu z ideą skromnego życia, zwłaszcza, że jest
to chyba realizowane kosztem mieszkańców przyległych wiosek i okolic, a Rumunia to
nie "kraina mlekiem i miodem płynąca".
Dosłownie kilka km dalej, za Turnu, jest miejscowość Caciulata z monastyrem Cozia.
Ten kompleks znajduje się przy głównej drodze, nie jak poprzedni, który zlokalizowany
był na uboczu. Od razu daje się to wyczuć, bo już na parkingu jesteśmy oblegani
przez żebraków i drobnych handlarzy. Na szczęście udaje się nam przebrnąć przez
tą barierę. Naszą uwagę w pierwszej kolejności absorbuje szybki rytm wystukiwany ...
no właśnie.
Po przeciwnej drodze od monastyru znajduje się malutki cmentarz z kapliczką i dzwonnicą.
W tym czasie dwóch mnichów dawało koncert. Jeden pracował dzwonami, a drugi -
w niezwykłym tempie - operował drewnianymi młoteczkami po desce. Niezwykle proste
i niezwykle intrygujące.
Po wysłuchaniu tego oryginalnego koncertu schodzimy do kompleksu klasztornego,
gdzie trwa nabożeństwo (w końcu mamy niedzielę). Starając się nie przeszkadzać wiernym
spacerujemy po obejściu. Kolejne piękne miejsce. Nie mniej - chyba ze względu na
dostępność - pełne ludzi, co jednak odbiera temu miejscu wiele uroku.
Ponownie zjeżdżamy z głównej drogi, by przez wiele malowniczych wiosek dotrzeć
do Trasy Transfogaraskiej od południa. Znowu poruszamy się po terenach, gdzie pojęcia
droga ma odmienne znaczenie. Po przejechaniu kilku km oznakowaną drogą w kierunku
na Curtea de Arges czeka nas niezbyt miła niespodzianka. Docieramy do miejsca, gdzie
osunęła się w znacznym stopniu ziemia, zabierając spory kawałek drogi, która w tym momencie
stała się całkowicie nieprzejezdna dla naszych samochodzików.
Widok oryginalny, ale jesteśmy zmuszeni do odwrotu.
Taki już urok tych dróg. Wracamy do głównej drogi z nadzieją, że damy radę objechać
innym objazdem. Niestety - kolejna droga również była zamknięta a następna wymagałaby
prawie 100 km dodatkowej jazdy. Decydujemy się na zmianę planów i zostawiamy sobie
Trasę Transfogaraską na powrót.
Ruszamy w kierunku miejscowości Craiova i kierujemy się na Bułgarię.
Po drodze mijamy jeszcze zaporę w okolicy Mamura. A za nami ciągnie się burzowa chmura -
Janusz nawet chce odkręcić hak holowniczy, bo uważa, że mu się na haku ona uwiesiła.
A w przerwie między jedną partią deszczu a drugą udaje się nam zrobić mały piknik
i zjeść fantastyczne śledziki od pani Zosi (dla której wielkie brawa).
Po jakimś czasie docieramy do rzeki. Dunaj to jednak spora rzeka, mimo, że widywaliśmy
już większe, to i tak robi wrażenie. Niestety - w tym miejscu nie ma mostu, musimy więc
skorzystać z przeprawy promowej. Prom, to tak naprawdę przystosowane do załadunku samochodów
barki połączone z holownikiem (bądź pchaczem - jak kto woli). Nasze Dyskoteki zostają
załadowane w asyście wielu tirów i po kilkunastu minutach jesteśmy po drugiej stronie,
gdzie czekamy na odprawę. Sama przeprawa poszła bezproblemowo, ale była również dość
kosztowna. Tak to już bywa. Podobnie jak w Rumunii, w Bułgarii musimy wykupić winietkę
na drogi, przy czym tutaj płacimy dokładnie tyle, ile jest wymagane - nikt nas nie
naciąga.
No i ruszamy w drogę po Bułgarii. Dzisiaj nie mamy już nic ciekawego w planie -
tylko znaleźć jakiś nocleg. Z takim założeniem docieramy do miejscowości Wracza -
niestety - oznakowanie miejsc docelowych w Bułgarii leży, więc znalezienie hotelu nie
jest czynnością prostą - pomógł nam bezinteresownie jakiś kierowca, który zatrzymał się
i zapytał czy nie potrzebujemy pomocy. Po krótkiej rozmowie podprowadził nas do małego,
sympatycznego hotelu Rade. Po zameldowaniu i rozpakowaniu się udajemy się na kolacje
do przy hotelowej restauracji. Serwowane przez właściciela potrawy są wyśmienite
i w takich też humorach (wzmocnionych brandy) udajemy się na zasłużony odpoczynek.
Dzień szósty - poniedziałek - 05.05.2008 r.
Po przebudzeniu za oknem widać tylko deszcz. Niestety - maj nie jest dla nas zbyt łaskawy,
nie mniej, staramy się jednak nie narzekać i idziemy do przodu. Wybraliśmy kilka punktów
do zobaczenia w okolicy Wraczy. Pierwszy z nich jest oddalony o kilkanaście km od
centrum, leży w pobliżu wioski Cziren. Chcąc tam jednak dotrzeć jesteśmy zmuszeni przejechać
prawię całą Wraczę. A nie jest to przyjemna przejażdżka. Jest to smutne, szare i w dużej
części opuszczone duże miasto. Co ciekawe - jego lokalizacja geograficzna jest rewelacyjna,
jest pięknie położone u stóp wysokich gór. Co z tego, jeśli straszy? Docieramy jednak do
Cziren, gdzie próbujemy zlokalizować Boży Most. Nie jest to wcale takie proste,
bo w wiosce nie możemy znaleźć nikogo, kto mógłby coś podpowiedzieć po angielsku.
Jakoś jednak udaje mi się dogadać z kelnerką w lokalnym barze i ruszamy. Po nie małych
perypetiach docieramy na miejsce - żeby tu dotrzeć niezbędny jest własny transport,
a i tak nie da się pewnie dotrzeć do samego końca. Nasze Land Rover`y mocno się błotem
pooblepiały zanim dotarliśmy na miejsce. A było warto. Boży Most to ciekawostka
geologiczna. Jest to formacja skalna przypominająca z jednej strony tunel, a z drugiej
most właśnie. Uroku temu miejscu dodaje woda płynąca poniżej skał. A dzisiaj,
w poniedziałkowy poranek jest tu cicho jak makiem zasiał. W dni wolne od pracy mieszkańcy
organizują tu pikniki i ogniska. Ale nie dzisiaj.
Drugim punktem dzisiejszego programu jest wizyta w jaskini Ledenika. Jednak by do niej
się dostać musimy ponownie przejechać przez smętną Wraczę. Czynimy to bardzo szybko
i trafiamy do pięknego wąwozu Wracata, położonego tuż za miastem. Później wspinamy się
ostro pod górę, jadąc serpentynami wzdłuż nieczynnej kolejki linowej (piękne miejsce,
niezła infrastruktura, a od lat nic nie działa - to jest nie zrozumiałe).
Po kilkudziesięciu minutach kręcenia kierownicą docieramy na miejsce.
Wejście do jaskini jest ukryte niepozornie w lesie. A sama jaskinia nie należy może
do zbyt wielkich ale jest piękna i co ciekawe, można ją zwiedzać indywidualnie, a nie
w grupie z przewodnikiem. Na szczęście nie ma się gdzie zgubić, więc na jakiś czas
odłączam się od moich towarzyszy i kręcę się to tu, to tam, z aparatem i statywem
pstrykając fotki jedna po drugiej. Niestety - jaskinia ma wiele pułapek, takich
jak niskie stropy. Z jedną z takich zaprzyjaźniła się moja głowa - jakżem przydzownił,
to mi słuszny guz wyskoczył.
Po zwiedzeniu jaskini musimy raz jeszcze wrócić do tej smutnej Wraczaty, skąd ruszamy
trasą wzdłuż rzeki Iskry, kierując się na stolicę - Sofię. Po drodze odwiedzamy
monastyr Cerepiskij, położony na samym brzegu rzeki. Później, raptem kilka km dalej,
mijamy uroczą cerkwie w miejscowości Elisejno i zjeżdżamy z głównej drogi,
by odszukać monastyr Sedemte Prestoła (siedmiu ołtarzy). To już dość komercyjne miejsce,
które oferuje skromne noclegi i skromną gastronomię. Nie mniej - jest to miejsce ciekawe.
Sercem monastyru jest cerkiew, której oryginalność polega na tym, że rzeczywiście
ma siedem ołtarzy. To nie jest częste zjawisko.
Teraz już tylko tranzyt - czas nas troszkę goni, mamy określony cel o określonej porze
(Ankara - lotnisko), a jeszcze tyle do zobaczenia, że musimy troszkę podgonić.
Mijamy Sofię, podążając cały czas obwodnicą (na szczęście, bo nie damy rady w kolejnym
pustym mieście). Wyjeżdżając ze stolicy kierujemy się na Kulata. Po przejechaniu kilkunastu
km wielkie zaskoczenie - wjeżdżamy na nowiuteńką drogę ekspresową, dzięki której udaje
się nam zaoszczędzić sporo czasu. Za to jedziemy w strugach lejącego deszczu.
Cały czas. Aż strach szybciej jechać.
W Dupnicy robimy sobie przerwę na zatankowanie i kawę, po czym jedziemy do Riły.
Przed samą miejscowością przyglądamy się pięknej tęczy.
W Rile znajdujemy hotel. Jest to wielki moloch, pamiętający dobre czasy komuny,
jak wszystko wokół zresztą. Po zameldowaniu ruszamy na podbój miasteczka. Niestety,
nie jest to centrum turystyczne (co sugeruje położony nieopodal monastyr Rilski)
i znalezienie restauracji graniczy z cudem. W końcu trafiamy do obskurnego baru,
który już był zamknięty, ale uczynny właściciel wrócił się już z samochodu
i zaprosił nas do środka. Wybór raczej nie wielki, ale ku naszemu zaskoczeniu, niezłej
jakości. Mimo, że raczej zaoferowano nam dania proste, barowe, to były przyrządzone
na świeżo i co więcej - bardzo smaczne. Tak dobrych frytek nie jadłem od lat.
Przed powrotem do hotelu odwiedzamy sklep spożywczy, gdzie doznajemy szoku - wiedzieliśmy,
że alkohole w Bułgarii są tanie, ale nie, że aż tak. Butelka niezłego wina to wydatek
raptem 5 złotych (po przeliczeniu). Dla niektórych to wręcz raj.
Dzień siódmy - wtorek - 06.05.2008 r.
A na dworze w dalszym ciągu leje.
Kolejny już dzień.
Szkoda, bo przecież jesteśmy w górach i mijają nas zapewne piękne widoki. Dobrze - bo
przynajmniej nie jest gorąco, a wygrzać to jeszcze podczas tej wyprawy się wygrzejemy.
Kilkanaście km za Riłą w kierunku wschodnim znajduje się Rilski Monastyr.
Jest to jeden z najbogatszych monastyrów bułgarskich. Dla prawosławnych jest to
"bułgarska Jerozolima" (cytat z tablicy informacyjnej). A po prawdzie, jest to wielkie
centrum pielgrzymkowe. Jest to urocze miejsce, ale wszechobecna komercja je wykańcza
z punktu widzenia turysty. To już nie jest cichy zakątek, tylko miejsce, gdzie odwiedzających
liczy się na autokary - jeśli więc szukasz ciszy i spokoju, to miejsce należy
jak najszybciej opuścić.
Cały obiekt został wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO, co także nie prowadzi
do spokoju.
Wewnątrz zabudowań, głównym obiektem jest bogato zdobiona cerkiew Bogurodzicy,
w której pochowany jest m.in. ostatni car Bułgarii - Borys III. Na zewnątrz znajduje się
również wieża, w której dzisiaj znajdują się sklepiki z tandetnymi dewocjonaliami.
Wewnętrzna część murów klasztornych zbudowana jest w formie krużganków, co świetnie się
komponuje z całą resztą. Jedna część zabudowań przeznaczona jest na małe muzeum,
którego najcenniejszym eksponatem jest bogato zdobiony krzyż mnicha Rafała. Jest
to niewielki krzyż procesyjny, z wyrzeźbionymi scenami biblijnymi, na wykonanie którego
wzmiankowany mnich poświęcił 12 lat i własny wzrok. Nie mniej - krzyż ten robi wielkie
wrażenie.
Opuszczamy klasztor z mocnym postanowieniem - teraz już bez żadnych ceregieli ruszamy
tranzytem w kierunku Turcji, bo przecież czas ucieka. Kierujemy się na południe główną
szosą i w pewnym momencie zjeżdżamy na Razlog i Bańsko. Obserwując atlas samochodowy
Bułgarii odnajdujemy na mapie boczne drogi przez lasy do Szerokiej Polany i później
do Dospatu. Zmieniamy trasę, ponieważ jazda główną drogą jest nużąca i zarówno ja,
jak i Janusz - zaczynamy mocno ziewać. A boczne drogi zapowiadają różne ciekawostki.
Przejeżdżamy kilka km wśród pięknych skałek i docieramy do miniaturowego pola biwakowego.
A właściwie piknikowego, bo jedyne co tu się znajduje to zadaszenie, stół z ławami
dookoła i ruszt na ognisko. Janusz wpada na genialny pomysł i już po chwili próbujemy
rozpalić ognisko. Dziewczyny organizują chrust i przygotowują kiełbaski, ja próbuję
porąbać znalezione kawałki drewna a Janusz - rozpala ognisko w deszczu na tyle skutecznie,
że już po kilku minutach kiełbaski smakowicie skwierczą na ruszcie. Doskonały posiłek
i przyjemna przerwa. Nie mniej - wszystko co dobre szybko się kończy, sprzątamy więc
i ruszamy w dalszą drogę.
Droga wygląda na bardzo zniszczoną, nie mniej cały czas jedziemy asfaltem. A przynajmniej
do miejsca, gdzie stał kiedyś most, a teraz pozostały po nim właściwie tylko zgliszcza.
Jednak rzeka to właściwie strumień, więc pokonujemy bród i po kilkuset metrach okazuje
się, że wylądowaliśmy na czyimś podwórku. Robimy odwrót i wjeżdżamy drugą drogą do lasu.
Niestety, tutaj asfalt się kończy, jedziemy bardzo zniszczoną drogą gruntowną,
na całej trasie jest wiele kawałków skalnych i całkiem sporych kamieni, a prędkość
podróży diametralnie nam spada. Mamy kolejny odcinek off-road`owy. W sumie tego właśnie
chcieliśmy przygotowując Land Rovery do podróży, więc powoli, ale bardzo zadowoleni,
przemieszczamy się do przodu. Mijamy kilka zapór regulujących mały strumień,
który okresowo musi się dawać mocno we znaki, i po kilku godzinach wyjeżdżamy na główną
drogę. Mijamy kilka wiosek i miasteczek cały czas kierując się na Plodiv. Przejeżdżamy
przez Sziroką Łykę, mijając ją w pośpiechu - ale coś mnie tknęło i zawracamy -
na szczęście. Jest to piękne miasteczko z kamiennymi domami. Taki żywy skansen.
Spacerujemy sobie ciasnymi uliczkami podglądając co ciekawsze rozwiązania.
Żałuję tylko, że zdjęcia nie specjalnie wyszły - znowu lało.
Wczesnym wieczorem docieramy do Czepelare, gdzie znajdujemy bardzo wygodny nocleg
w hotelu Agarta. Przyzwoite warunki, świetna kolacja.
Jeszcze tylko chwilka buszowania w internecie - w jakiś sensowny sposób muszę przekazać
relację zainteresowanym, a także "polansować się" na forum.
Dzień ósmy- środa - 07.05.2008 r.
Kolejny dzień wita nas mżawką. Coraz poważniej się zastanawiamy, czy taka pogoda będzie
nam towarzyszyć przez całą naszą podróż? Na razie nie mamy specjalnego szczęścia
do warunków atmosferycznych, chociaż z drugiej strony jazda samochodem nie jest tak
męcząca.
Docieramy do Baczkowskiego Monastyru. Przy parkingu znajduje się wiele stoisk z
"byle czym", na których znajdujemy pożądane lokalne słodkie specjały. Mimo, że na sam
widok ich ślinka cieknie ruszamy najpierw zwiedzić monastyr, ale obiecujemy sobie, że
w drodze powrotnej damy się ponieść słodkiej fantazji.
Monastyr, podobnie jak Rilski, jest otoczony murami i zlokalizowany na wzgórzu.
Na początek - niesympatyczna niespodzianka - operator taczki (!!!!!!) oznajmia nam
z wyższością, że tu fotografowanie zakazane. I rzeczywiście - poza zewnętrzną bramą nie
udaje się nam zrobić w środku ani jednego zdjęcia. Szkoda - bo cerkiew wewnątrz,
mimo że zaniedbana, prezentuje się wspaniale. Wszechobecna cisza aż gra w uszach.
Doskonałe miejsce do refleksji. Jest to niewątpliwie wspaniały zabytek, dużo skromniejszy
niż jego konkurent z Riły, ale też dużo spokojniejszy.
W drodze powrotnej - zgodnie z obietnicą - robimy słodkie zakupy, którymi zaczynamy się
delektować, jak tylko wsiedliśmy do samochodu.
Na dzisiaj mamy zaplanowany już tylko tranzyt do Turcji, ale wymyśliłem, że lepiej
i szybciej będzie pojechać przez Grecję. Docieramy do Svilengradu, gdzie na maleńkiej stacji benzynowej tankujemy paliwo do pełna wzbudzając tym faktem sympatię właściciela (obdarował nas kawą i butelczyną samogonu) i ruszamy w kierunku przejścia granicznego z Grecją.
Przejazd przez granicę trwa mimo kontroli tylko chwilkę i już jesteśmy w Helladzie.
Co od razu rzuca się w oczy? Dobre drogi i porządek. Troszkę inaczej niż w Bułgarii.
Nasz nie planowany pobyt w Grecji przedłuża się - próbujemy przekroczyć granicę Grecko
- Turecką pod Edirne, ale greccy celnicy informują nas, że po stronie tureckiej zepsuł się
terminal i przejście jest zamknięte. Sugerują powrót do Bułgarii, ale my już mamy
inne plany. Skoro jesteśmy już w Grecji to musimy coś lokalnego zwiedzić i zobaczyć.
Zauważamy ciekawe miniaturowe kapliczki przy drogach.
Z kolei nas zauważa patrol policji - już myślałem, że zapłacimy mandat za prędkość
(generalnie chyba powinniśmy), ale chłopakom się strasznie nudziło więc dla zabawy
nas zatrzymali i spisali. Ot - tylko tyle.
Kierując się mapą wybieramy miejscowość Petrades - w jej okolicach miało znajdować się
przejście graniczne - wg mapy, rzecz jasna. Niestety - jak się okazało najbliższe
przejście znajduje się dopiero koło Peptos, czyli dobre kilkadziesiąt km dalej.
Za to mamy okazję zwiedzić ruiny twierdzy Pithio, gdzie naszym przewodnikiem jest
przesympatyczna dziewczyna, szlifująca angielski na naszych uszach - w przeciwieństwie
do nas, całkiem nieźle jej to szło.
W końcu udaje się nam dotrzeć do przejścia granicznego. Greccy pogranicznicy nas nie
kontrolują, ale na tureckiej części zaczynają się formalności. Kilka punktów - pierwszy
to kontrola dokumentów samochodu, drugi - policja graniczna, trzeci - punkt sprzedaży wiz,
potem ponownie wizyta w drugim i otrzymanie pieczęci wjazdowej, następnie czwarty punkt -
wpis celny samochodu do naszych paszportów, i wreszcie piąty - szlaban wyjazdowy.
I wielki napis - "WELCOME TO TURKEY". Jestem ciekaw, jak teraz przywita nas Turcja - \
nie wszystkie wspomnienia z ostatniego pobytu są warte zapamiętania. Zobaczymy jak będzie
tym razem.
W Kesan robimy małe zakupy, pobieramy również gotówkę z bankomatu i ruszamy do Galipoli,
gdzie wg planu mamy skorzystać z usługi promowej i przeprawić się na azjatycką stronę.
Podjeżdżamy i mamy szczęście - prom akurat czekał na ostatnie samochody, więc szybko kupujemy
bilety i wjeżdżamy na prom.
Tutaj tylko mała przygoda słowna - próbowaliśmy, zresztą skutecznie, zniechęcić ulicznego
sprzedawcę pachnideł, do sprzedaży wyrobów.
Po przeprawie odwiedzamy piekarnię i przydrożną knajpkę, gdzie mam okazję skosztować
lokalnego specjału zwanego pida - jest to upieczony w piecu placek drożdżowy
z farszem mięsno - warzywnym, czyli odpowiednik naszej pizzy (a właściwie to nie naszej,
ale włoskiej).
Po posiłku ruszamy na poszukiwanie noclegu. Niestety - centralna Turcja nie przypomina
Europy pod względem ilości dostępnych hoteli. Zaglądając do różnych miasteczek docieramy
koło 22 do Bandirmy. Pierwszy hotel, który odwiedziliśmy miał na fasadzie tyle gwiazdek,
że ruszyliśmy z Beatką na poszukiwanie alternatywy.
Na szczęście w centrum znajduje się wiele hoteli. Beata wybiera chyba jeden z
najbardziej obskurnych, ale za to nasz budżet zbytnio nie ucierpi.
Koniec części I.
Część II
Autor: Cyprian Pawlaczyk
Uczestnicy wycieczki:
I załoga:
- Joanna Zapęcka - niestety tylko do 07.06.2008 r.
- Beata Nowak
- autor
- Land Rover Discovery "Dyskoteka", 1996 r.
II załoga:
- Ewa Jankowska - niestety tylko do 07.06.2008 r.
- Janusz Grzybowski
- Land Rover Discovery
Więcej zdjęć z wyprawy:
GALERIA ZDJĘĆ - SŁOWACJA i RUMUNIA GALERIA ZDJĘĆ - BUŁGARIA i GRECJA