STRONA GŁÓWNA RELACJE Z PODRÓŻY


Powrót do części I

Kwiecień - Czerwiec 2008 r.

W poszukiwaniu Jedwabnego Szlaku !!!!
Część II - Turcja po raz pierwszy.


Dzień dziewiąty - czwartek - 08.05.2008 r.

Turcja - Bandirma - meczet. Dzisiejszy poranek rozpoczął się dla mnie bardzo wcześnie. Wszyscy jeszcze sobie dobrze spali, gdy ja ruszyłem na podbój Bandirmy. Właściwie nie jest to nawet miasteczko turystyczne - ot, duży port położony w pobliżu Wysp Marmara na Morzu Marmara. Raczej miasto przemysłowe nie mniej jest kilka meczetów w pobliżu przystani, gdzie znajdował się nasz hotel. Tylko dlaczego tak wcześnie mnie wygnało z łóżka? Pewnie jakość hotelu, bo warunki urągały wszystkiemu, co do tej pory widziałem. Nie mniej - włócząc się po wąskich uliczkach trafiam na jeden z meczetów - nie mogę wejść do środka, bo właśnie trwa jego renowacja. Meczet prawie nie jest widoczny, ponieważ przysłania go nowa zabudowa.
Turcja - Bandirma - Mój fryzier. Gdy przyglądałem się budowli zaczepił mnie starszy pan i zaproponował mi herbatę u siebie w zakładzie. Był to fryzjer, który miał wielką ochotę na pogawędkę - niestety, nie potrafiliśmy się skomunikować ze sobą w żadnym z języków. Pozostały więc tylko historyjki obrazkowe. Po kilku, a może kilkunastu minutach zmagań zostałem zaproszony na golenie. W sumie - dlaczego nie - zdobyłem się na odwagę. Szkopuł w tym, że - moim zdaniem - fryzjer był już dobrze po 60-ce. A gdy wziął brzytwę do ręki, wpadłem w panikę. Jego wielkie dłonie trzęsły się tak, że byłem przerażony nie na żarty. Nie mniej - po wielokrotnym namydlaniu i goleniu (wielką brzytwą) mój kark był cały a głowa została na swoim miejscu. Potem jeszcze przyszedł czas na jakieś dziwaczne pachnidła i kremy (tylu kosmetyków do twarzy to chyba przez całe życie nie zużyłem) i było po wszystkim.
Zestresowany po wizycie u golibrody ruszyłem na spacer do portu, gdzie przyjemny chłodny wiatr od morza, postawił mnie na nogi. Moje samopoczucie poprawiło się jeszcze bardziej, Turcja - Bursa - przyjazny policjant i przyjaciele .... gdy na jednej z uliczek zauważyłem cukiernie z moim ulubionym tureckim przysmakiem - z puddingiem ryżowym zwanym tutaj bodajże sutlac. Uciąłem sobie również miłą pogawędkę z młodą dziewczyną pracującą w tej cukierni. Całość sprawiła, że wrócił mi humor zachwiany przez fryzjera.
Docieram do samochodu i czekam na resztę towarzystwa.
Po chwili jedziemy już w kierunku Bursy.
Bursa to już duże miasto. Ponad milionowe. Wjeżdżamy do aglomeracji i nie możemy wyjść z podziwu, jak dobrze jest tu zorganizowana komunikacja. Doskonałe drogi, wielopoziomowe skrzyżowania, szybka kolej. Nasze miasta z Warszawą na czele mogą tylko pozazdrościć. Nie mniej - ogrom nas przytłacza i - co wstyd przyznać, gubimy drogę i nijak nie możemy wjechać do centrum obfitującego w różnorakie atrakcje. Zjeżdżamy więc na pierwszą stację benzynową i próbujemy zasięgnąć języka. Niestety - szeregowi pracownicy nie znają Turcja - Bursa - pomnik Ataturka. języka angielskiego, nie mniej - szczęśliwym trafem - spotykamy człowieka, który nie potrafiąc nam wytłumaczyć jak dotrzeć pod pomnik Ataturka, wsiadł w swój samochód i kazał jechać za sobą, co zresztą skwapliwie uczyniliśmy. Po kilku minutach byliśmy u celu, pożegnaliśmy uczynnego kierowcę i ruszyliśmy na poszukiwanie parkingu.
I tu pojawia się kolejny problem. Zaparkowanie samochodu osobowego w centrum tego dużego miasta graniczy z cudem, a co dopiero dwóch Dyskotek. Zauważam policjanta wypisującego mandat jakiemuś kierowcy i podjeżdżamy do niego. Krótka rozmowa i ponownie wykorzystujemy uprzejmość mieszkańca Bursy - tym razem policjanta. Przy okazji upiekło się winowajcy, bo policjant wyrzucił mandat i kazał mu jechać. Policjant daje nam znak, byśmy pojechali za nim, wsiada na swój policyjny motocykl (słusznej marki BMW), uruchamia koguty i sygnały dźwiękowe i rusza z kopyta. W ten sposób nasze Dyskoteki stają się pojazdami uprzywilejowanymi, przy czym mamy problem dotrzymać mu kroku. Jego motocykl jest zwinny, Turcja - Bursa - Koza Parki - karawanseraj. a nasze auta ledwo mieszczą się w ciasnych uliczkach. Krążymy troszkę po mieście stając się nie lada sensacją i docieramy do miejsca, w którym znajduje się parking przyjaciela Pana Władzy. Chociaż po minie właściciela parkingu bym tego raczej nie wyczytał. Chwilę później - na polecenie bądź co bądź Policji we wskazanym rejonie usuwane są pojazdy, by zrobić dla nas miejsce. Nadmienię tylko jeszcze, że nasze Dyskoteki stoją na środku drogi skutecznie tamując ruch. Po kilku minutach mamy dwa miejsca parkingowe i stawiamy nasze autka. Oczywiście - dookoła jest wielkie zbiegowisko. Wszyscy oglądają nasze auta, pozdrawiają nas i chcą z nami chwilkę porozmawiać. W sumie - bardzo sympatyczne zdarzenie. Kolejne już dzisiaj.
W końcu udaje się nam uciec - zależy nam również na poznaniu Bursy - po to właściwie tu przyjechaliśmy. Zostaliśmy podprowadzeni do głównego placu - Cumhuriyet (Republiki) przy którym stoi wzmiankowany pomnik Ataturka. Z tego miejsca dostępne są prawie wszystkie ciekawostki miasta, a wymaga to jedynie spaceru. Zwiedzanie rozpoczynamy od Koza Parki, przy którym znajduje się piękny karawanseraj. Z opisu przy budynku wynika, że tutaj docierali handlowcy z Chin - tędy przebiegał wielki Jedwabny Szlak. Tak więc znaleźliśmy już pierwsze jego ślady. Dziewczyny robią małe zakupy i ruszamy dalej. Nieopodal stoi Ulu Cami.
Odwiedzamy również drugi karawanseraj i włóczymy się po bazarach. Nie są to wprawdzie typowe arabskie suki, nawet nie specjalnie podobne do stambulskiego krytego bazaru, ale swój urok mają. Kulminację zwiedzania bazarów osiągamy w budce z kebabami - a co sobie będziemy żałować. Bazary w większości znajdują się poza obrębem karawanserajów, w samych obiektach znajdują się już drogie sklepy. Same karawanseraje są w bardzo dobrym stanie technicznym, są to przyjemne miejsca, a na ich dziedzińcach znajdują się kawiarnie.
Ruszamy spacerkiem w kierunku dzielnicy Yesil, w której znajdują się ciekawe zabytki - Zielony Meczet (Yesil Cami), Zielone Mauzoleum (Yesil Turbe) oraz stara Medresa.
Turcja - Bursa - uliczki. Po drodze zatrzymujemy się na deser - delicje - ja za tureckie puddingi dałbym się pokroić - zamierzam korzystać z tej okazji, jak tylko takowa się pojawi.
Mauzoleum nie jest czynne - wokół znajdują się jedynie tablice informacyjne o renowacji obiektu. W medresie urządzono małe muzeum sztuki islamskiej, w którym wielkie wrażenie robią islamskie (wielkogabarytowe) księgi a także stare nagrobki na przyległym cmentarzu.
Zielony meczet powitał nas wielkim harmidrem. Wewnątrz znajdowało się mnóstwo dzieciaków - generatorów hałasu, który na szczęście szybko zniknął. Mieliśmy tą przyjemność, że zostaliśmy wewnątrz praktycznie sami. Meczety to troszkę inny typ świątyni jak kościoły. Obserwując zachowanie użytkowników wewnątrz można odnieść wrażenie, że to nie tylko miejsce modlitwy. To także miejsce spotkań towarzyskich, taka nietypowa świetlica. Nie mniej - w meczetach generalnie panuje spokój i porządek. Po zakończeniu zwiedzania meczetu, zmęczeni całodzienną wędrówką i już dość wysokimi temperaturami udajemy się do pobliskiej kawiarenki na kawę i herbatę. Zamawiamy tradycyjne tureckie specjały, które - jak się później okazało - nie są specjalnie atrakcyjne smakowo. Ale z gustami się nie dyskutuje. Odwiedzona kawiarenka zlokalizowana była na wysokim wzgórzu, skąd rozciągały się fantastyczne widoki na Bursę. Niestety - jest to ogromne miasto i zacząłem się zastanawiać jak z niego wyjechać. Zresztą nie ma co się specjalnie zastanawiać, zaraz przyjdzie nam to sprawdzić.
Turcja - Cumalikizik - wioska - skansen. Wracamy na parking, gdzie czeka na nas kolejna tego dnia niespodzianka. Właściciel parkingu, mimo całego zamieszania jakie mu sprawiliśmy z eskortą policji, nie chciał nawet słyszeć o zapłacie. Turcja i jej mieszkańcy coraz bardziej nam się podobają.
Kluczymy najpierw po wąskich uliczkach centrum, potem udaje się nam przebić do głównej trasy wylotowej i ruszamy z kopyta ... Szybko jednak zwolniliśmy, bo przyuważyliśmy zjazd do Cumalikizik. Jest to wioska - skansen, słynna z zachowanej zabudowy osmańskiej. Dojeżdżamy do wysoko położonej wioski i ponownie pojawia się problem parkingowy. Tutaj nie ma specjalnie gdzie zostawić samochodów (nasze Dyskoteki troszkę jednak miejsca zajmują) - dzieciaki coś tam gestykulują, że tu nie parkować, żeby zjechać niżej. Dla świętego spokoju Janusz jedzie we wskazanym kierunku i .... znajduje duży plac parkingowy. Musimy zacząć szlifować nasze umiejętności językowe.
Zostawiamy nasze samochodziki i tym razem pieszo ruszamy na podbój tego ślicznego miejsca. Rzeczywiście - wioska zachowana jest w niezłym stanie, włóczymy się wąskimi uliczkami co raz zachwycając się zabudową. Nasz spokój jednak zostaje zmącony przez grupkę dzieciaków domagających się pieniędzy. Zrobiliśmy im kilka zdjęć i na tym poprzestaliśmy. Metoda braku reakcji okazuje się dość skuteczna i młodzieńcy po jakimś czasie dają za wygraną.
Po zwiedzeniu wioski ruszamy dalej z zamiarem dotarcia do Eskisehir i znalezienia noclegu. Nasze plany zostają jednak pokrzyżowane przez drobną awarię - Januszowi strzela pasek klinowy napędu alternatora - mamy przymusowy postój. Udaje się nam w miarę szybko uporać się z problemem, po czym udajemy się do lokalnego kibelka dokonać odpowiedniej toalety i zamawiamy w barze po kawie. Jakie było nasze zdziwienie, gdy chcąc zapłacić dowiadujemy się, że kawa była na koszt właściciela baru - podziękowaliśmy pięknie i ruszyliśmy w drogę. Region Bursy zostanie nam długo w pamięci - jest to miejsce pełne bardzo życzliwych ludzi, bądź mamy niewiarygodne szczęście.
Późnym wieczorem, a właściwie już nocą, docieramy do Eskisehir, gdzie po kilkunastominutowym błądzeniu znajdujemy hotel i udajemy się na spoczynek.
Zwłaszcza ja, którego w międzyczasie dopadła grypa.

Dzień dziesiąty - piątek - 09.05.2008 r.

Turcja - Sivrihisar - rynek. Dzisiaj szczególny dzień.
Musimy dotrzeć do Ankary, gdzie z lotniska będziemy odbierać Asię i już w komplecie ruszymy dalej.
Wyjeżdżamy dość wcześnie klucząc po centrum miasta. Troszkę trwało, zanim udało się nam dotrzeć do obwodnicy i ruszyć na dobre. Zostaje nam jeszcze wizyta na stacji benzynowej, gdzie po zatankowaniu zostaliśmy poczęstowani śniadaniem i herbatą, a szyby naszych aut odzyskały nieco blasku.
Kilkadziesiąt km dalej zjeżdżamy z głównej szosy i docieramy do kolejnego ciekawego miasteczka - do Sivrihisar. Z przewodnika wiemy, że w Wielkim Meczecie (Ulu Cami) znajduje się oryginalny "las" drewnianych kolumn. Znajdujemy meczet, ale nie mamy szczęścia i nie udaje się nam dostać do środka. Niestety - jest otwarty tylko w określonych godzinach, a my dzisiaj się spóźniliśmy. Parkując samochody w samym centrum miasteczka, przy meczecie - jak zwykle - zrobiliśmy furorę. Ludzie nas zaczepiali (w pozytywnym sensie), pozdrawiali, próbowali rozmawiać. Nawet udaje się nam zaznajomić z jednym panem, który znał angielski i próbował nam pomóc, niestety - bezskutecznie. Zapakowaliśmy się ponownie do samochodów i ruszyliśmy w drogę, wyjeżdżając przez nowe dzielnice osiedlowe miasteczka - tutaj natrafiliśmy na radiowóz, który rzecz jasna nas zatrzymał. Wywiązała się rozmowa między mną a kierowcą radiowozu (poziom znajomości angielskiego u nas obydwóch był podobny) i kiedy zapytaliśmy o kolejną atrakcję, której sami nie znaleźliśmy - zaproponował nam, że nas tam zawiezie.

Turcja - Sivrihisar - ormiański kościół. Turcja - Sivrihisar - ormiański kościół - generator prądotwórczy. Turcja - Sivrihisar - ormiańska dzielnica.

Myślałem, że zawiezie nas i zostawi. Nic z tych rzeczy - policjanci zaparkowali koło nas i ruszyli zwiedzać razem z nami. Wywiązała się całkiem sympatyczna rozmowa. Sam kościół ormiański jest w dość opłakanym stanie, a lokalni mieszkańcy wykorzystywali go przez jakiś czas na siłownię energetyczną (w środku stoi potężny dieslowski agregat prądotwórczy). Budowla, mimo dość znacznego stopnia dewastacji, jest bardzo okazała, a dodatkowo przylega do opuszczonej dzielnicy ormiańskiej, po której oprowadził mnie mój Turcja - Pessinus - Dyskoteki wśród ruin. nowy policyjny przyjaciel. Nabieram sympatii do policji - podczas tego pobytu, żaden policjant nie odmówił nam pomocy, a wielu z nich okazało się znacznie bardziej pomocnymi niż tego byśmy oczekiwali. W czasie rozmowy pytamy naszych przyjaciół o bizantyjską twierdzę - niestety, nie zostaliśmy dobrze zrozumiani i pokierowali nas, a właściwie podwieźli w kierunku innej bizantyjskiej atrakcji - wioski archeologicznej Pessinus (przy Ballihisar). Tutaj serdecznie się pożegnaliśmy (jak to powiedział Janusz, strzeliliśmy z gliniarzem niedźwiedzia) i ruszyliśmy w poszukiwaniu wzmiankowanych ruin.
Wioska jest malutka, a to co pozostało po antycznym mieście to kilka fundamentów i kolumn, nie mniej jest to historyczne miejsce, a przy okazji co nieco dowiedzieliśmy się na temat kamieni nagrobnych z tamtego okresu - bardzo pomocny okazał się przewodnik po tym malutkim muzeum.
Turcja - Gordion - grobowiec (domniemanego króla Midasa). Następnie kierujemy się na Ankarę, dokąd zmierzamy główną szosą, na tyle nużącą, że prawie z Januszem padamy za kierownicą. Zjeżdżamy więc na Yassihuyuk, gdzie znajdują się kolejne ciekawostki archeologiczne. Jest to mała miejscowość, znana bardziej pod starożytną nazwą Gordion. Jest to miejsce, w którym podobno Aleksander Wielki przeciął słynny węzeł gordyjski. Miejsce to jest jednak znane przede wszystkim dlatego, że pod jednym ze wzgórz został znaleziony w doskonałym stanie drewniany grobowiec - podobno samego króla Midasa (jak ktoś nie pamięta, to przypomnę - chodzi o tego mitycznego króla, który dotykiem zamieniał rzeczy w złoto) - nie jest to jednak w żaden sposób potwierdzona informacja.
Po przerwie na zwiedzanie i kawę dość poważnie zgłodnieliśmy, decydujemy się więc na mały wypad do Polati w poszukiwaniu tego, czego podróżnicy pragną najbardziej - czyli Kebabu. Znaleźliśmy mały lokalik, gdzie zgrzeszyliśmy wcinając z wielkim smakiem lokalne specjały. Poza wspaniałym kebabem ja załapałem się na pudding (a jak) a Beatka na miętowe ciastko. Janusz z Ewą postanowili dbać o linię - ich strata.
Niestety - w międzyczasie zrobiło się dość późno i nie mieliśmy wyboru - musimy teraz tranzytem dotrzeć do Ankary i w rejonie lotniska znaleźć zakwaterowanie.
Docieramy do obwodnicy Ankary i jesteśmy zaskoczeni - takiej autostrady nie powstydziłby się żaden europejski kraj. Ok. 100 km 8-mio pasowej doskonałej drogi. Tylko pozazdrościć - nasi drogowcy mogliby się tutaj wiele nauczyć. Niestety - mam wrażenie, że oni (nasi - rzecz jasna) już wszystkie rozumy pozjadali i do takiego stanu dróg jak w Turcji nigdy nawet się nie zbliżymy. Ale to już inna bajka.
Po przejechaniu około 40 km zjeżdżamy w kierunku na lotnisko w Esneboga. Po drodze szukamy jakiegoś hotelu - znowu bez szczęścia i znowu trafiamy na przyjazny patrol policji. Wyraźnie zaznaczam, że szukamy raczej taniego hotelu, jeden z chłopaków ze zrozumieniem pokiwał głową i narysował precyzyjny plan dojazdu do hotelu - trafiamy bez pudła, tyle że tani hotel ma 5 gwiazdek. To jest najdroższy hotel w jakim mieszkałem, chociaż wcale nie najlepszy. Buyuk Anadolu Hotel na pewno nie jest godny polecenia.
Przed zakwaterowaniem ruszam jeszcze sprawdzić drogę na lotnisko.
No i pozostaje nam czekać na Aśkę.

Dzień jedenasty - sobota - 10.05.2008 r.

Turcja - Hattusa - ruiny antycznego miasta. Po wczorajszym oczekiwaniu na Asię i jej samolot postanowiliśmy sobie dzisiaj rano nieco wypocząć. Zwłaszcza, że warunki hotelowe temu powinny sprzyjać.
Niestety - jak zwykle wstaliśmy dość wcześnie. Chyba standard tego kompleksu hotelowego nie przypadł nam do gustu. Większość ekipy jednak preferuje nisko budżetowe miejsca. Poza tym - nawet nasze Dyskoteki niespecjalnie pasowały do hotelowego parkingu.
Wyruszając obieramy kierunek Amasya. Po drodze mamy kilka stanowisk archeologicznych, które zamierzamy odwiedzić.
Pierwsze miejsce - Hattusa - jest nawet wpisane na listę UNESCO. Są to pozostałości po wielkim, hetyckim mieście. Ruiny zlokalizowane są na zboczu góry, pomiędzy pozostałościami poszczególnych obiektów prowadzi nowa, ok. 5 km droga, dostosowana do autobusów wożących wycieczki. Mimo wczesnej pory i nie specjalnie atrakcyjnej pogody na miejscu jest już Turcja - Yazilikaya - ruiny antycznego miejsca. kilka wycieczek no i sporo sprzedawców intensywnie nagabujących do zakupu pamiątek. Mijamy ruiny wielkiej świątyni, następnie pozostałości po kilku bramach i wielkiego pałacu - ciekawostka - duża część pałacu została odkopana i następnie zakopana, prawdopodobnie ze względu na bezpieczeństwo, ale nie doszukaliśmy się prawdziwych powodów. Do pewnego momentu skutecznie unikamy nagabywaczy, niestety przy bramie Sfinksa ulegamy i za drobne kupujemy kilka pamiątek. Niektóre detale są nawet ładnie wykonane, chociaż trudno mówić o rękodziele. Kolejne drobiazgi trafią do naszych podróżniczych kolekcji.
Wracamy do wioski, do Bogazkale, z zamiarem zjedzenia obiadu i napicia się kawy. Wyboru wielkiego nie mamy, w wiosce jest tylko jeden lokal, serwujący nawet niezłe dania, natomiast poziom cenowy odbiegał w nim od oczekiwanego. Niestety - tym razem trafiliśmy do restauracji, a nie przydrożnego baru.
Docieramy do drugiego stanowiska - do Yazilikaya. Zupełnie inne miejsce od poprzedniego. Jest to hetyckie sanktuarium wśród wysokich skał, na których wykonane zostały płaskorzeźby oraz kilka ofiarnych półek. W tym miejscu w przeszłości stała również świątynia, po której obecnie nie został jednak żaden ślad. W porównaniu z poprzednim miejscem mamy więcej szczęścia. Hattusę zwiedzaliśmy w strugach deszczu, a tutaj świeci słoneczko. Niestety - za nami po raz kolejny ciągnie się czarna chmura.
Grad. W drodze do Alacahoyuk pogoda ponownie się załamuje. Zaczyna intensywnie padać deszcz, a w pewnej chwili także grad. I to w takich ilościach, że po pewnym czasie okoliczne pola zaczynają być białe. Ostatnie dzisiaj stanowisko zwiedzamy w strugach deszczu. Właściciel sklepu z pamiątkami udostępnia nam dwa ogrodowe parasole (robiące z nami raczej za spadochrony - ciężko było je w rękach utrzymać, zwłaszcza, że wiał silny wiatr). Nie mamy szczęścia - muzeum jest już zamknięte, możemy zobaczyć tylko stanowisko archeologiczne. Szybko uciekamy i chronimy się przed deszczem w sklepiku z pamiątkami. Tutaj jesteśmy poczęstowani mocną i gorącą herbatą, a po chwili rozmowy decydujemy się na zakup wełnianych proporców z lokalnymi wzorami. Negocjacje są owocne, dla nas satysfakcjonujące, ale trwają dość długo. W tym czasie Janusz regeneruje siły - odsypia w samochodzie.
No i próbujemy dotrzeć do Amasya. Udaje się nam to nawet dość wcześnie, w samym mieście kluczymy jednak długo wąskimi uliczkami (gdzie nasze Dyskoteki ledwo się mieściły) w poszukiwaniu hotelu. Nasze poszukiwania zostały uwieńczone podwójnym sukcesem - niestety, nie udaje się nam znaleźć jednego hotelu dla całej piątki (nasze wymagania są niestety nieco rozbieżne) i kwaterujemy w dwóch, na szczęście dość blisko ulokowanych, hotelach.
Turcja - Amasya - ciasne uliczki pełne hoteli. Po zameldowaniu ruszamy na spacer po mieście. Po pierwsze - musimy napełnić nasze brzuszki, po wtóre - wg zebranych informacji najciekawsze zabytki miasta są podświetlone w nocy. Spacerując obserwujemy górującą nad miastem cytadelę oraz słynne pontyjskie grobowce. Przy głównym bulwarze spacerowym (Ziya Pasa) znajdujemy odpowiedni lokal i zamawiamy lokalne specjały. Niestety kelner nie do końca dobrze nas zrozumiał i nie dostajemy dokładnie tego co zamawialiśmy, ale i tak były to pyszności. Zauważyliśmy, że we wszystkich okolicznych knajpach zebrało się wielu ludzi oglądających mecz w TV. Po wygranej - w mieście rozpoczęła się feta. Do późnej nocy młodzi ludzie się bawili, jeździli samochodami z wywieszonymi klubowymi flagami. Była to oryginalna zabawa.

Turcja - Amasya - nocą (w tle grobowce pontyjskie). Turcja - Amasya - nocą - rzeka. Turcja - Amasya - nocą - most.

Podczas fety ja zabrałem się za nocne zdjęcia Amasya - niestety - z mizernym skutkiem. Po kolacji wybraliśmy się na spacer. Przechodząc przy kompleksie świątynnym, zauważam, że meczet Sultan Beyazit jest otwarty, więc decydujemy się na wizytę. Podczas naszej wizyty rozpoczęły się przygotowania do wieczornych modłów. Jeden z opiekunów meczetu poprosił nas, byśmy udali się w wyznaczone miejsce i pozwolił nam obserwować cały rytuał. Po raz pierwszy zdarzyło się nam uczestniczyć w muzułmańskich modlitwach. Jest to niezwykłe przeżycie, zwłaszcza, że odnosiłem wrażenie, że obecni tam muzułmanie robią to z chęcią i bez żadnego przymusu. Zdarzenie to zapamiętam z pewnością na długo. Po wizycie w meczecie zajrzeliśmy jeszcze do cukierni - dzień bez deseru byłby dniem straconym.

Dzień dwunasty - niedziela - 11.05.2008 r.

Turcja - Amasya - pontyjskie grobowce. Wczoraj wieczorem Amasya zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Śliczne i zadbane miasto z wieloma atrakcjami, z których część w nocny, w sztucznym świetle prezentuje się atrakcyjnie.
Noc w obskurnym (niestety) hotelu mija nam z przygodami. Pierwsze co nas atakuje w nocy to cieknący kran, który próbuję bezskutecznie dokręcić. A on nic, tylko kapie coraz bardziej - z braku narzędzi przełączam go na prysznic i kładę na podłodze w kabinie - pomogło? Nic z tych rzeczy - po pół godzinie woda z prysznica zaczyna wypływać z dużą intensywnością i hałasem, a najciekawsze - dalej nie można go zakręcić. Dokręciłem już tak mocno, że bałem się, że mogę ukręcić zaworki. Po kilkunastu minutach ruszyłem raz jeszcze i tym razem od razu zakręcam. Nie wiem dlaczego. Asia jeszcze narzekała, że w nocy budziły ją pociąg i poranne wezwanie muezina. Ja spałem jak zabity.
Wczorajszy wieczór był ciepły i ładny. Poranek niestety - jak zwykle - mżawka, mgiełki i niestety - jest zimno. Szkoda, bo mieliśmy nadzieję na ładny poranek no i ładne zdjęcia.
Ruszamy na wzgórza - naszym celem są grobowce pontyjskie. Podobno jest ich w rejonie ponad 20, ale z miasta widać tylko pięć największych - królewskich.
Turcja - Amasya - panorama miasta. Wdrapujemy się pomalutku po stromych, kamiennych schodach i docieramy do zamkniętej kasy. Nie chcąc czekać na kasjera ruszamy do góry. Po chwili jesteśmy przy pierwszym z grobowców - tak naprawdę grobowiec jest to mała, sztucznie wykonana jaskinia, przypominająca kościoły koptyjskie w Kapadocji. Z tą różnicą, że obrobiony jest jeszcze front i dodatkowe przejścia za grobowcem. Dzisiaj wszystkie grobowce są puste, część z nich została zakratowana. Sama wycieczka po grobowcach jest bardzo przyjemna, ale odradzałbym ją osobom podróżującym z dziećmi - dostęp jest nieco utrudniony, zwłaszcza do trzech za Hamamem Kobiet - brak schodów i ogrodzeń utrudnia wejście. Nie mniej - warto wspiąć się wysoko do góry - panoramy miasta są oszałamiające.
Schodzimy do miasta w poszukiwaniu baru z kebabami. Nasz opiekun hotelowy nawalił (chyba zbyt mocno świętował w nocy zwycięstwo swojej drużyny piłkarskiej) i zostaliśmy bez śniadania. Chcemy sobie to wynagrodzić w barze. Trafiamy do małej knajpki, gdzie zostajemy zaprowadzeni na piętro, do stolików. Zamawiamy cztery kebaby - Ewa się wyłamuje - i jakieś napoje. Po kilku minutach kelner przynosi pięć (!!!) kebabów. Mnie to cieszy, bo Ewa od razu obdarowuje mnie nadmiarowym. Palce lizać.
Turcja - Amasya - muzeum - zmumifikowane zwłoki. Po sutym śniadanku ruszamy do muzeum. Dziewczyny wyczytały w przewodniku, że lokalne muzeum ma niezłą makabreskę do zaoferowania - pięć zmumifikowanych ciał. Widok niezbyt przyjemny. W sumie - nie chciałbym, żeby moje zwłoki ktoś w przyszłości wystawiał na widok publiczny. Smutne.
Odwiedzamy również główną ekspozycję muzeum, gdzie znajdują się gliniane trumny, pięknie zdobione drzwi i okiennice drewniane, monety z różnych okresów, a także kilka ekspozycji przedstawiających tradycyjnych lokalnych rzemieślników.
Opuszczamy muzeum i z zadowoleniem stwierdzamy, że pogoda uległa diametralnej zmianie - tym razem na lepsze. Wracamy do kompleksu islamskiego, który odwiedziliśmy wczoraj wieczorem. Za dnia meczet Sułtana Beyazit`a II wygląda również imponująco. Robimy kilka zdjęć i spacerkiem wracamy do samochodów. Pakujemy nasze graty i ruszamy na poszukiwanie cytadeli. Objeżdżamy miasteczko dookoła i za znakami KALE docieramy prawie do samej bramy cytadeli górującej nad miastem. Wspinamy się po schodach na sam szczyt wzgórza, gdzie zamontowany został potężny maszt na którym powiewa ogromna flaga turecka.
Turcja - Amasya - panorama miasta. Turcy mają wielki szacunek do symboli, zwłaszcza do flagi, którą można podziwiać prawie na każdym budynku. Ze wzgórza rozpościerają się przepiękne widoki na miasto i okoliczne góry. Lokalizacja tego miasta jest rewelacyjna. W przyszłości może być to wielkie centrum turystyczne. Jest to naprawdę piękne, urocze miasto.
Na pozostałą część dnia zaplanowaliśmy już tylko przejazd tranzytowy na wschód Turcji. Punkt docelowy - Erzurum - oddalony jest o ponad 500 km. To długi dystans, zwłaszcza, że wyjeżdżamy dobrze po południu.
Droga jest dość monotonna, mimo, że prowadzi pięknymi górskimi dolinami. Jedziemy dość szybko, biorąc pod uwagę możliwości naszych Dyskotek. Nie mniej - czas goni. Po przejechaniu gdzieś połowy drogi rzucam pomysł, że może dobrze by było zjechać do jakiegoś małego miasteczka i poszukać lokalnego jedzonka, poza tym - kawa również by się przydała. Wybór padł na miejscowość Akincilar. Ot, małe senne miasteczko. Podobnie jak w innych miejscach wzbudzamy zainteresowanie. Tym razem zaczepia nas starszy, dystyngowany pan, który przedstawił się jako kierowca TIR`a, który jakiś czas temu przemierzał drogi Europy. Prawie na migi pytamy go, gdzie można coś dobrego zjeść. Zabiera nas do jedynego baru w miasteczku, który serwuje w dniu dzisiejszym tylko pide. Pamiętamy ten smakołyk z pierwszego dnia pobytu w Turcji, więc od razu zamawiamy pięć takich - i to był błąd. Jedno pide miało z metr długości. Ojej - cóż to było za obżarstwo. Zwłaszcza, że musiałem wspomóc Aśkę i Janusza. Nie mniej - posiłek minął w bardzo miłej atmosferze - towarzyszył nam cały czas miły starszy pan, który w międzyczasie posłał po dziewczynę, znającą angielski, która bardzo nam pomogła.
Wspólne zdjęcie - z burmistrzem i naszą sympatyczną tłumaczką - Ozlem. Dziewczyna ma na imię Ozlem (co znaczy po turecku tęsknota) i jest lokalną nauczycielką języka angielskiego. Od niej dowiedzieliśmy się, m.in. że nasz towarzysz jest vice-burmistrzem miasteczka. Po smacznym posiłku burmistrz zaprosił całą naszą piątkę wraz z Ozlem do kawiarni na kawę. Zanim jednak dotarliśmy do kawiarenki, poprosiliśmy naszą miłą tłumaczkę o wskazanie WC - niestety - w miasteczku nie ma publicznych toalet, więc Ozlem zabrała nas do siebie do domu. Razem z Asią miałem okazję zobaczyć typowe tureckie mieszkanie - poznaliśmy mamę dziewczyny oraz jej przyjaciółkę. Niestety - nie mogliśmy posiedzieć dłużej, bo zostawiliśmy resztę ekipy. W kawiarni dowiedzieliśmy się, że dla nas zrobiono wyjątek - do tej kawiarni generalnie kobiety nie mają wstępu i Ozlem, która mieszka w miasteczku już od 3 lat była w niej po raz pierwszy.
Niestety - wszystko co miłe szybko się kończy, więc musimy się pożegnać i ruszyć w dalszą drogę. Mamy już duże opóźnienie i zapowiada się, że będziemy jechać bardzo długo. Droga nam wypada przez bardzo wysokie góry. Najwyżej w dniu dzisiejszym wspieliśmy się na wysokość 2155 m n.p.m. - o ile nasz GPS nie oszukuje. Było już bardzo zimno. Jechaliśmy natomiast główną drogą między Ankarą a Erzurum - poprowadzoną właśnie tak wysoko. Z ciekawostek - widzieliśmy specjalne mosty, po których górskie rzeki są odprowadzane nad drogą. Inne ...
Późnym wieczorem udaje się nam dotrzeć do miasteczka Tercan i tu znajdujemy całkiem sympatyczną kwaterę.

Dzień trzynasty - poniedziałek - 12.05.2008 r.

Turcja - Tercan - karawanseraj. W Tercan do obejrzenia mamy dwa obiekty. Pierwszy - to spory, ale niestety zamknięty (remont) karawanseraj, wraz z przyległym Hamamem, do którego udaje się nam wejść. Drugi obiekt to mauzoleum - grobowiec Mama Hatun. Udaje się nam do niego zajrzeć, klucze są w posiadaniu opiekuna łaźni miejskiej. Do grobowca przylega jeszcze mały cmentarzyk.
Turcja - Erzurum - meczet Lala Mustafa Pasa. Docieramy do Erzurumu. Wg naszej poznanej znajomej Ozlem - jest to najwyżej położone miasto w Turcji i zarazem najzimniejsze. To prawda - po raz pierwszy podczas podróży zakładam sweter. Erzurum to duże miasto przemysłowe o pięknej lokalizacji. Praktycznie z wszystkich stron otoczone jest wysokimi, ośnieżonymi szczytami. Ot - jakby ktoś Katowice przeniósł w Tatry i na dodatek otoczył je nimi ze wszystkich stron. Generalnie jest to nieciekawe miasto, które posiada kilka architektonicznych perełek. Nie mniej - można sobie je swobodnie darować. Nam udało się zwiedzić jeden z meczetów - Lala Mustafa Pasa oraz zobaczyć przyległą do niego medresę Yakutiye. Wielki meczet był jednak zamknięty. Za meczetem wznosi się największa anatolijska medresa dwóch minaretów, skąd spacerkiem udajemy się na poszukiwanie grobowców seldżuckich. W drodze powrotnej Polskie korzenie. (do samochodów rzecz jasna) udajemy się na poszukiwanie knajpki, w której dalibyśmy radę zjeść jakiś dobry kebab. Dziewczyny trochę marudzą i łażą od knajpki do knajpki - a ja i Janusz jesteśmy już nieco zniecierpliwieni. Zwłaszcza nasze żołądki. W końcu zdecydowały się na jeden mały lokalik, w którym dostajemy zimne ale pyszne kebaby. Ewa z Januszem decydują się na inny lokalny specjał - na Ayran (lokalny jogurt). Po "obiadku" decydujemy się na zmianę knajpki i udajemy się do cukierni na nasze ulubione specjały. Niestety - tym razem nie był to zbyt dobry wybór - puddingi były niespecjalnie udane. No cóż - nie zawsze się ma wszystko czego się chce. Pozostaje jednak nadzieja, że następnym razem lepiej wybierzemy.
Po zakończeniu wizyty w Erzurum ruszamy na północny wschód w kierunku gruzińskiej granicy. Wyjeżdżamy z miasta i wjeżdżamy w góry. Droga ciągnie się górską doliną. Początkowo pogoda jest niespecjalna, ale z czasem coraz bardziej się rozpogadza. Jest tylko bardzo zimno. Co jakiś czas zatrzymujemy samochody i robimy zdjęcia okolic. Podczas jednej z takich przerw zatrzymuje się przed nami mały samochodzik dostawczy, którego kierowca podchodzi do nas, myśląc, że zgubiliśmy drogę. Coś nam tam próbuje wytłumaczyć, nie przyjmując do siebie informacji, że wiemy gdzie jesteśmy. Zresztą - mówił tylko po turecku, więc jak miał przyjąć. Nie mniej - zaprosił nas do najbliższej knajpki na herbatę. Nam to było na rękę - lubimy takie postoje, zwłaszcza, jeśli możemy poznać kogoś nowego, ciekawego. Niestety - tym razem nie mamy szczęścia i nie znajdujemy nikogo, kto mógłby wspomóc nas znajomością rosyjskiego bądź angielskiego. Jedziemy więc dalej.

Turcja - wąwóz rzeki Tortum. Góry w chmurach czy chmury w górach ????

Droga wiedzie wzdłuż rzeki Tortum, która po jakimś czasie tworzy rozlewisko, czy może raczej jezioro. Jadąc za znakami zbaczamy z głównej drogi kierując się na miejscowość Ishan, skąd jadąc za znakami zjeżdżamy na wąziutką i bardzo stromą dróżkę wiodącą wysoko w góry do pięknego Turcja - kanion rzeki Coruh - Kolejka linowa. kościółka gruzińskiego p.w. Matki Boskiej. Prześliczne ruiny, tylko żal, że tak zdewastowane i zaniedbane. Wracamy tą samą drogą i kontynuujemy przejazd w kierunku Artvin, nie pasują nam jednak odległości te wynikające z mapy i GPS`a z tymi, które widzimy na tablicach. Coś droga nam się dłuży. Jedziemy cały czas kanionem rzeki Coruh.
Po drodze mijamy wiele ciekawych mostków i innych urządzeń przeznaczonych do transportu ludzi i ładunków z jednego brzegu rzeki na drugi. Wiele mostów przerzuconych przez rzekę to elastyczne mosty linowe z ruchomym pomostem zbitym z desek. Spróbowaliśmy wejść na taki mostek - strach po nim chodzić. A jeden z mijanych o identycznej konstrukcji przeznaczony był do przejeżdżania przez niego samochodami - nawet zastanawiałem się, czy nie spróbować przejazdu, ale dziewczyny mi zabroniły (może zresztą słusznie, w sumie mógłbym nabroić i co by było?). Ciekawe były również wagoniki - pseudo kolejki linowe - mieszczące dwie osoby bądź kilkadziesiąt kg ładunku. Ja w życiu bym się chyba nie odważył na przejazd takim ustrojstwem.
Wieczorem dotarliśmy do miasteczka Artvin. Ciekawostka - gdy nasz GPS pokazywał odległość od miasta 15 km to tablice pokazywały 60 km. Co gorsza - obydwa systemy liczenia odległości były prawdziwe. Zanim dotarliśmy do miasta musieliśmy pokonać wiele zakrętów i różnic poziomów. To była dość karkołomna jazda, widoki jednak zrekompensowały wszystko. Warto jeszcze wspomnieć o poszukiwaniu noclegu w Artvin - dziewczyny odwiedziły wiele hoteli, w którym był tylko jeden pokój, w którym było tylko jedno łóżko. Na dodatek obsługa bardzo dobrze mówiła po rosyjsku, a granica z Gruzją jest przecież całkiem blisko. Nie mniej, nie więcej - trafiliśmy do miasta "burdeli".
Na szczęście - udało się nam również znaleźć normalny hotel. Na szczęście ....

Koniec części II.
Część III

Autor: Cyprian Pawlaczyk

Uczestnicy wycieczki:
I załoga: - Joanna Zapęcka - niestety tylko do 07.06.2008 r.
- Beata Nowak
- autor
- Land Rover Discovery "Dyskoteka", 1996 r.

II załoga - Ewa Jankowska - niestety tylko do 07.06.2008 r.
- Janusz Grzybowski
- Land Rover Discovery


Więcej zdjęć z wyprawy:

GALERIA ZDJĘĆ - TURCJA PO RAZ PIERWSZY


STRONA GŁÓWNA RELACJE Z PODRÓŻY