STRONA GŁÓWNA RELACJE Z PODRÓŻY
Powrót do części I
Powrót do części II
Kwiecień - Czerwiec 2008 r.
W poszukiwaniu Jedwabnego Szlaku !!!!
Część III - Republiki kaukaskie.
Gruzja.
Dzień czternasty - wtorek - 13.05.2008 r.
Wita nas kolejny deszczowy poranek.
I ciasnota na parkingu - aby umożliwić wyjazd autobusu spod hotelu Janusz musi przeparkować
samochód.
Dziewczyny za to robią dobry uczynek i wynajdują knajpkę w której zaopatrują nas w kebaby.
Później się okazuje, że nie były zbyt specjalne.
Po wczorajszym wieczornym kręceniu nie spodziewamy się dzisiaj lepszej drogi. A tu niespodzianka -
droga jest nowa i prowadzi nie zboczami gór a w dużej części tunelami. Mimo, że droga
jest zdecydowanie lepsza niż wczoraj, to i tak kierowcy mają co robić z samochodami. Pomalutku
docieramy do Borcka (ot, brzydkie miasteczko położone w pięknym miejscu, gdzie postawiono
na dodatek zaporę), a następnie do miejscowości Hopa, gdzie po raz pierwszy podczas tej
wyprawy witamy się z Morzem Czarnym. Stąd prowadzi już prosta droga do samego przejścia
granicznego. Niestety, przejście graniczne nie przypomina znanych nam przejść europejskich.
Przejście jest nieco sponiewierane. Nie panuje tu również idealny porządek.
Klucząc między TIR`ami, przepychając się jak się tylko da docieramy do kontroli granicznej
po stronie gruzińskiej - wita nas wielkim napisem - WELCOME TO GEORGIA. I po chwili jesteśmy
w Gruzji. W przygranicznej miejscowości korzystamy z bankomatu i ruszamy w głąb kraju.
Kilka km za przejściem granicznym widzimy twierdzę - Gonio. Z wielkiej twierdzy pozostały
tak naprawdę tylko mury obronne i troszkę fundamentów - starej cerkwi oraz łaźni.
Wewnątrz murów komuniści zorganizowali wielki sad drzewek cytrusowych.
Wychodząc z bramy twierdzy zaczepia nas młody człowiek, który mówi płynnie po angielsku.
Okazuje się, że właśnie wraca z Iranu i wybiera się do Turcji - wymieniamy się więc
informacjami. Po kilku słowach okazuje się, że dzisiaj również jedzie do Batumi, więc
zabiera się z nami.
Docieramy do Batumi - drogi praktycznie są nie oznakowane, jedziemy więc troszkę na czuja.
Docieramy z pomocą naszego towarzysza do centrum miasta, gdzie jego żegnamy, zostawiamy
samochody i wybieramy się na spacer po miasteczku. Niestety nie jest to specjalnie
atrakcyjne miasto portowe, więc skupiamy się na posiłku. W lokalnej restauracji zamawiamy
pieliemieni - lokalny specjał - takie troszkę dziwaczne pierożki z mięsem. Dziewczyny
nie były chyba do końca zadowolone z posiłku, więc zmieniamy lokal - trafiamy do
piekarni ze stolikami, gdzie kupujemy różne specjały. Na ulicach Batumi mamy "przyjemność"
obserwować znane i z Polski obrazki - np.: na pasie rozdzielającym jezdnie głównej ulicy
w centrum miasta śpi sobie mocno podpita kobieta.
Wracamy do samochodów i próbujemy się z miasta wydostać. Nie jest to prosta sprawa, bo
w Batumi prawie w ogóle nie ma tablic drogowskazowych. Kluczymy więc obserwując wyświetlacz
GPS`a. Pierwsza próba była jednak niespecjalnie udana, więc po przejechaniu kilku km
kończy się nam droga i zmuszeni jesteśmy do powrotu do centrum. Druga próba była zdecydowanie
lepsza - opuszczamy Batumi już dobrą drogą. Co ciekawe - główna droga jest nawet oznakowana -
wprawdzie są to tylko tablice z nazwami miejscowości, ale jest to już coś. Wybieramy
drogę na wschód, wzdłuż tureckiej granicy. Nie mamy pewności czy uda nam się przejazd -
z mapy Ewy wynika, że górska przełęcz jest zamknięta od października do maja. Próbujemy
jednak, bo droga zapowiada się przepięknie. Początkowo jedziemy całkiem dobrym asfaltem,
który od czasu do czasu szykuje nam jakąś głęboką niespodziankę. Udaje się nam znaleźć
przy drodze kilka ciekawostek. Jedną z nich jest śliczna cerkiew, następnie znajdujemy
dwa piękne, ponad tysiącletnie mosty kamienne. Przy drugim z mostków znajdujemy świetne
miejsce na obóz - niestety, osoby opiekujące się tym miejscem nie znają ani rosyjskiego,
ani angielskiego, nie wyrażają też zainteresowania udzieleniem nam pozwolenia na rozbicie
obozu, więc ruszamy dalej. Musimy przejechać przez most w całości wykonany ze stali.
Konstrukcja jego wykonana jest z kształtowników, natomiast jezdnia z arkuszy gładkiej
blachy. Ciekawy jestem, jak się po nim jeździ zimą.
Wspinamy się coraz to wyżej. Mijamy kolejne wioski. Część z nich jest mocno zdewastowana.
Jakość drogi urąga wszelkim standardom. Normalne pojazdy (zarówno osobowe jak i ciężarowe)
nie mają szans na przejazd. Nasze Dyskoteki radzą sobie nienajgorzej, ale bywają miejsca,
w których jest trudno. Poza nami trasę pokonują wszelkiej maści Krazy, Urale, Uazy, Gazy i
im podobne. W jednej z wiosek widzimy, jak wezbrana rzeka podczas roztopów podmyła budynek (
chyba szkoły) tak mocno, że ten częściowo się zawalił. Siła żywiołów jest nieokiełznana -
zwłaszcza wody. Droga miejscami obfituje w resztki asfaltu, co sugeruje, że w przeszłości
była to dobra, solidna droga. Niestety - teraz, jak wiele gruzińskich dróg - jest mocno
zniszczona, zaniedbana. Z drugiej strony - dla nas lepiej, bo drogi nie są zbyt zatłoczone,
a naszym Dyskotekom nie przeszkadzają złe drogi.
Wspinamy się coraz wyżej. W pewnym momencie przekraczamy wysokość 2000 m n.p.m. Po chwili
dojeżdżamy do opustoszałej wioski pasterskiej, a wśród domów najpierw zauważamy przekaźnik
radiowo - telewizyjny, a następnie obelisk potwierdzający zdobycie przełęczy Goderazi na
wysokości 2025 m n.p.m. Zjeżdżamy kilkaset metrów niżej i na małej polance wśród drzew
rozkładamy nasze pierwsze obozowisko. Rozbijamy namioty, szykujemy sobie miejsce do spania.
Dziewczyny krzątają się przy kolacji a ja rozpalam ognisko. Troszkę posiedzieliśmy przy
ognisku i poszliśmy spać. Nasza trójka do namiotu, a Janusz z Ewą na legowisko w ich samochodzie.
Dzień piętnasty - środa - 14.05.2008 r.
Jakoś bardzo dobrze się nam śpi pod namiotem no i wstajemy bardzo późno. Nie możemy drugiej
załogi dobudzić. Śniadanie, toaleta i zwijanie obozu zajmuje nam czas prawie do 11.00.
To był błąd - dzisiaj sporo tracimy czasu, od jutra musimy się poprawić.
Zjeżdżamy ostro w dół i po kilku km docieramy do małej wioski Zarzma, w której znajduje się
piękny, widoczny z daleka, kamienny monastyr. Niestety - z rozpędu mijamy główną drogę
dojazdową do monastyru i podjeżdżamy bardzo stromą drogą, na dodatek mocno zniszczoną,
błotno - kamienistą. Wszystkim droga się bardzo spodobała, od Ewy nawet dostaję pochwałę,
że potrafię takie drogi wynajdywać. Mamy szczęście - świątynia jest otwarta i mamy okazję
do niej zajrzeć. Spotykamy dwóch mnichów, którzy są bardzo przyjaźnie do nas nastawieni
i pokazują sekrety świątyni. Zaglądamy więc do kaplicy czaszek, która powstaje z czaszek
i piszczeli kolejnych pokoleń mnichów opiekujących się monastyrem, później odwiedzamy
pomieszczenie z trumną przykrytą szybą, w której znajdują się dobrze zachowane zwłoki
mnicha z 10 wieku. Wnętrze cerkwi jest przepiękne, zwłaszcza ozdobione malowidłami
sklepienie głównej kopuły oraz srebrny krzyż przedstawiający sceny męki pańskiej.
Niestety - wnętrze cerkwi jest właśnie poddawane renowacji i wszędzie rozstawione są
drewniane rusztowania. Po zwiedzeniu świątyni Ewa wpada na pomysł wejścia na dzwonnicę.
Mnisi nie pozwalają kobietom wchodzić na wieże, ja natomiast pozwolenie otrzymuję i
wchodzę po stromych schodkach, dachu i drabince. Z dzwonnicy mam piękną panoramę okolicy.
Przy samochodach kręci się trójka sympatycznych sześciolatków - robimy im kilka zdjęć
i częstujemy lizakami - początkowo nieufnie, ale lizaki w ich małych buziach załatwiają
wszelkie problemy.
Ruszamy drogą wzdłuż rzeki, podziwiając przy okazji pięknie ośnieżone szczyty. Docieramy
do głównej szosy, przy której oprócz asfaltu znajdujemy drogowskazy na Achalciche. Nad
miasteczkiem góruje potężna twierdza, do której okrężną drogą trafiamy. Wewnątrz najpierw
ściga nas szefowa licznej obsługi muzeum - bo oczywiście nie kupiliśmy biletów.
W międzyczasie podchodzi do nas kobieta, dość dziwnie ubrana, sprawiająca wrażenie
bardzo zmęczonej (???) i na dodatek w dość ostrym makijażu. Jesteśmy zaskoczeni, bo na
pytanie o znajomość angielskiego odzywa się używając płynnej angielszczyzny. Zawstydza mnie
strasznie, przypuszczam, że resztę również. Zostaje naszą przewodniczką po twierdzy i
muzeum. Dowiadujemy się sporo o odwiedzanym właśnie regionie oraz o gruzińskich obiektach
sakralnych zlokalizowanych w Gruzji i na terenie dzisiejszej Turcji. Mimo, że spędzamy
w jej towarzystwie nadprogramowe godziny, miło spędzamy ten czas. Na zakończenie wpisujemy
się do księgi gości muzeum i ruszamy na poszukiwanie ruin starej cerkwi.
Zmęczeni zjeżdżamy do miasteczka w poszukiwaniu jakiegoś miejsca, w którym damy radę się
posilić. Trafiamy do speluny, która - o dziwo - poza alkoholem serwuje również lokalne specjały.
Zamawiamy polecone przez naszą przewodniczkę Czinkali oraz barszcz ukraiński. Zupa okazała
się bardzo smaczna, aczkolwiek nie przypominała specjalnie barszczu gotowanego przez nasze
babcie. Czinkali natomiast już znamy - wczoraj jedliśmy je w Batumi. Na szczęście,
tutejsze nie są tak intensywnie przyprawione i są nawet całkiem smaczne.
Objedzeni jak nie powiem co, wracamy do samochodów, które wzbudziły wielkie zainteresowanie
wśród mieszkańców miasteczka. Zostajemy nawet zaczepieni przez dwóch młodzieńców, którzy
chcieli się co nieco dowiedzieć o naszych samochodach i naszej podróży. Krótka pogawędka
prowadzona była w mieszaninie trzech języków - rosyjskiego, angielskiego i ... ręcznego.
Body language okazuje się znowu niezastąpiony.
Ruszamy drogą oznaczoną wg naszej mapy jako główna, co wcale nie oznacza, że jest to
droga utwardzona. Niestety - miejscami przejeżdżamy takie części drogi, na których w
ogóle brak asfaltu. Nie jesteśmy przyzwyczajeni do takich niespodzianek. Przy okazji
warto wspomnieć o jeszcze jednym rodzaju niespodzianek, jakie czekają na gruzińskich drogach -
zwierzęta domowe. Krowy i konie chodzą sobie bardzo swobodnie po gruzińskich drogach
i jadąc troszkę szybciej, bo akurat jest asfalt, można trafić nieszczęśliwie na stado
zwierząt przemieszczających się samopas. Mieliśmy "przyjemność" widzieć gwałtownie
hamujące pojazdy, bo akurat krowa wyszła. Osobówka ma jeszcze szanse, ale my, podobnie
jak kierowcy TIR`ów i autobusów, przemieszczamy się raczej powoli.
Docieramy do Chertwisi - to ruiny wielkiej twierdzy, położonej przy samej drodze. Same
ruiny są bardzo interesujące, nie mniej należy uważać, ponieważ mieszkańcy przyległej
wioski wprowadzają na teren twierdzy bydło, co może skończyć się w najlepszym razie
wdepnięciem w krowi placek, w najgorszym przypadku - sam na sam z byczkiem. Twierdza
jest jedną z wielu, stanowiącą "organizm obronny" ówczesnej Gruzji. Po opuszczeniu
twierdzy spotykamy jednego z mieszkańców, który opowiada nam historię tego miejsca i
okolic, a gdy dowiaduje się, że jesteśmy z Polski - wspomina, że służył w marynarce
wojennej CCCP i w tych czasach odwiedził polskie Świnoujście.
Po wizycie w twierdzy ruszamy w kierunku Wardzi. Po kilku km zjeżdżamy w bok, w rejonie
pięknego skalnego miasta Wanis Kvabebi, gdzie rozbijamy obóz.
Dzielimy obowiązki obozowe, szykujemy sobie miejsca noclegowe, robimy kolację i ognisko
(pyszne kartofelki, o które zadbaliśmy już wcześniej) i udajemy się na zasłużony
odpoczynek. Wcześniej jednak się umawiamy na poranne zwiedzanie skalnego miasta -
mamy ruszyć tylko w trójkę, Janusz z Ewą zamierzają się wyspać.
Dzień szesnasty - czwartek - 15.05.2008 r.
Dzisiejsza pobudka jest wyjątkowo trudna i wczesna. Wstajemy ok. godz. 6.15 czasu lokalnego
(4.15 czasu polskiego - straszne). Z wielkim trudem zwijamy naszą część obozu i
wyruszamy w górę skalnego miasta Wanis Kvabebi. Początkowo droga w górę idzie nam
strasznie ciężko. Już jakiś czas temu odwykliśmy od włóczęgi po górach - nasze kości
muszą sobie przypomnieć, co znaczy chodzić, a nie jeździć. A jest to bardzo trudne,
oj bardzo.
Docieramy do pierwszych grot skalnych. Tutaj korzystając ze stalowych drabin i poręczy
zwiedzamy różne poziomy części mieszkalnej. A przy okazji - choć żadne z nas się pewnie
otwarcie nie przyzna - odpoczywamy przed dalszą wędrówką. Później ruszamy wyżej,
przeciskając się wśród kolejnych skał i pokonując kolejne strome wzniesienia. Wspinaczka
się kończy w momencie, gdy docieramy do ruin pierwszego kościoła. Później jest to już
przemieszczanie się pomiędzy kolejnymi komnatami skalnego miasteczka. Czasem jest to
ekwilibrystyka. Brakuje poręczy, czasem ścieżka ma mniej niż pół metra szerokości,
przy kilkunastu metrach przepaści poniżej. Ekscytująca wycieczka. Ostatnim punktem
programu jest dotarcie do kapliczki. Tutaj chwilkę odpoczywamy, wysyłamy znaki
optyczno - akustyczne do naszych w obozie, którzy w między czasie już wstali
i zastanawiamy się nad odwrotem. Całe skalne miasteczko położone jest w taki sposób,
że bardzo trudno było je zdobyć. Dzisiaj również wymaga to nieco zachodu. Nam udało
się chyba uniknąć opłat za wstęp, ponieważ zwiedzaliśmy to miejsce o bardzo wczesnej porze.
Cała nasza wycieczka trwała niespełna półtorej godziny i skończyła się przed 9.00 rano.
Docieramy do obozu, gdzie jemy pyszne śniadanko (po tak intensywnym poranku wszystko smakuje
rewelacyjnie) i pakujemy samochód do wyjazdu. Musimy jeszcze chwilkę zaczekać na Janusza
i Ewę, którzy nie przypuszczali, że tak sprawnie nam pójdzie (zejście trwało raptem 8 minut).
Kierujemy się na Wardzie. Jadąc główną drogą obserwujemy pozostałości po kompleksach
turystycznych. Są to szare budynki, rozszabrowane z wszystkiego co tylko się dało.
Praktycznie zostały tylko same mury. Reszta została rozkradziona. Gruzini dopiero teraz
zaczynają zdawać sobie sprawę, że turystyka może przynosić wymierne korzyści.
Docieramy do wioski Wardzia. Z daleka widać, że jest to ogromne skalne miasto. Zostawiamy
samochody na parkingu i próbujemy przekonać jednego z pracowników obiektu, że chcielibyśmy
wcześniej rozpocząć zwiedzanie, a nie czekać na kasjerkę. Udaje się nam ta sztuczka
i po wniesieniu stosownej opłaty, nie potwierdzonej żadnym biletem drugie już skalne miasto
w dniu dzisiejszym staje przed nami otworem. Właściwie to przy Wardzi, Wanis Kvabebi
wygląda na zapuszczoną wioskę. Wspinamy się ostro w górę, mijamy kilkanaście grot
i docieramy do imponującej bramy głównej. Tutaj zaczynają się prawdziwe atrakcje.
Wielopoziomowe miasto jest imponujące. Naszą uwagę absorbuje przede wszystkim cerkiew
wykuta w skale i przyległe do niej groty wewnętrzne, udostępnione do zwiedzania,
połączone między sobą labiryntem korytarzy, schodów i drabin. Część miasta nie jest
udostępniona do zwiedzania - znajduje się w tej części kwatera mnichów opiekujących się
monastyrem skalnym. Nie chce się nam wierzyć, że w czasach kryzysów w Wardzi zamieszkiwało
od 20 do 60 tyś. mieszkańców. Z informacji zawartych w przewodniku dowiadujemy się, że
spora część skalnej metropolii uległa zniszczeniu podczas trzęsienia ziemi, a to co jest
udostępnione turystom to tylko fragment. Imponujący fragment.
Wracamy do Achalciche, skąd drogą zachodnią kierujemy się do Kutaisi. Po drodze mijamy
miejscowość Abastumani, która w przeszłości musiała być znanym kurortem bądź uzdrowiskiem.
Świadczy o tym piękna, drewniana zabudowa. Niestety - kolejny raz przekonujemy się na
własne oczy, jak Gruzini potrafią "zadbać" o takie miejsca. Cała miejscowość jest mocno
zdewastowana, a dawne sanatoria zamieniono na mieszkania dla wieśniaków. Całość robi
raczej przygnębiające wrażenie. Na szczęście, my tylko przejeżdżamy przez Achalciche
kierując się na północ. Dzisiejsze nasze plany mówiły - dotrzeć jak najszybciej
do Kutaisi, znaleźć hotel i odpocząć. Po kilku km nasze plany zostają brutalnie zweryfikowane.
Okazuje się, że ta droga jest jeszcze zamknięta. Pracownicy parku narodowego informują
nas, że droga jest zasypana w górnych partiach śniegiem, który będzie leżał jeszcze
do czerwca. Potem przyznają, że tak naprawdę, to od ich strony droga jest przejezdna,
bo jeździli już do przełęczy, nie wiedzą jednak jak jest po drugiej stronie. Nie chcąc
ryzykować, zawracamy i ruszamy długim objazdem do Kutaisi. Musimy się ponownie cofnąć
do Achalciche (które odwiedzamy już trzeci raz podczas naszej podróży) a potem kierujemy
się główną drogą na Tibilisi. Jedna z najważniejszych gruzińskich dróg przypomina mi
nasze dróżki, biegnące przez wsie. Na szczęście dla nas ruch na tej drodze nie jest
specjalnie intensywny.
Przejeżdżamy kolejne malutkie wioski, w jednej z nich - w Atskuri - oglądamy twierdzę
położoną na wysokim wzgórzu i po jakimś czasie docieramy do Borżomi. Przed samym miastem,
na uboczu (ok. kilometra od głównej drogi) znajduje się Zielony Monastyr, ukryty głęboko
w lesie. Z wyjątkiem dzwonnicy nie jest to miejsce godne odwiedzin, chyba, że poszukuje
się głębokiej ciszy. Cerkiew jest dość znacznie przebudowana i z zewnątrz przypomina
raczej zabudowania gospodarcze niż świątynię.
Borżomi. To jakieś dziwne miasto. Jeden z najciekawszych zabytków - pałac carów z
rodziny Romanowów jest niedostępny dla osób postronnych - podobno jest to teraz
rezydencja prezydenta Gruzji. Samo miasto również nie przypomina typowych gruzińskich
miasteczek - drogi są bardzo dobre, wiele starych budynków odrestaurowano, wybudowano
wiele nowoczesnych obiektów, m.in. dworzec kolejowy. Podobno miasto startuje w
kwalifikacjach o przyznanie Zimowych Igrzysk Olimpijskich w 2014 r. Naszym skromnym
zdaniem - z marnymi szansami - zero jakiejkolwiek infrastruktury. Brak dróg dojazdowych,
hoteli, obiektów sportowych - całkowicie dyskwalifikuje Borżomi. Nie mniej - starać się
należy, bo to zawsze wyjdzie mieszkańcom na plus. Tutaj też zbaczamy z głównej trasy,
by dotrzeć do małego, wybudowanego z cegły i położonego na wielkim "zadupiu" uroczego
monastyru Timotesubani. Znowu mamy szczęście - bo obsługa właśnie zamykała, ale nam
się udaje jeszcze przemycić do środka. Niestety - nie można robić zdjęć wewnątrz,
a szkoda, bo jest to piękne miejsce.
Pozostałą część dnia spędzamy w samochodach pokonując ostatni odcinek szosy do Kutaisi.
Od momentu, gdy w Kasuri zjeżdżamy na drogę S1 i przejeżdżamy obskurny ale płatny tunel,
droga przeobraża się nie do poznania. W ciągu niespełna półtora godziny (odliczając krótkie
przerwy - jedną techniczną i jedną na suweniry) docieramy do celu. Tutaj jedyne co nam
zostaje to znaleźć zakwaterowanie. Z lubością meldujemy się w hotelu, gdzie możemy
odmoczyć nasze nieco przykurzone ciałka i zrobić małą przepierkę.
Dzień siedemnasty - piątek - 16.05.2008 r.
Znaleziony hotel miał cztery gwiazdki. Mimo, że nie był to zły hotel, to jednak do
czterech gwiazdek predysponował go jedynie cennik. Niewątpliwą zaletą był jednak parking,
bo jakoś nie mamy pełnego zaufania do lokalnej ludności zamieszkującej gruzińskie miasta.
Boimy się włamania do samochodu, bądź co bądź zawsze coś tam jednak zostaje. Na wsiach
jest jakoś bezpieczniej. Nie żeby w Gruzji odczuwałoby się jakiekolwiek niebezpieczeństwo.
Nawet pomimo napiętej sytuacji w Abchazji i Południowej Osetii. Nawet mimo zauważalnego
w mediach sporu z Rosją. Życie w miastach gruzińskich i wioskach płynie swoim tempem
i trybem.
Ruszamy na podbój Kutaisi. Hotel zlokalizowany był ma przedmieściach, więc musimy do
centrum dojechać. Niestety - znowu uwidacznia się główny problem komunikacyjny. W mieście
prawie w ogóle brak oznakowania. Nie ma tablic drogowskazowych lokalizujących sąsiednie
miejscowości, atrakcje turystyczne czy nawet nazwy ulic. Co do tych ostatnich to
przypuszczamy, że od czasu do czasu takowe się pojawiają, ale pisane alfabetem gruzińskim,
czyli dla nas kompletnie nieczytelne. Drogowskazy od czasu do czasu pojawiają się na
głównej drodze tranzytowej w mieście, a oznakowanie atrakcji turystycznych - cóż, chyba
po prostu ich nie ma (na szczęście to nie jest prawda, są i to przepiękne). Mamy dwie
możliwości kontrolowania kierunku przemieszczania się - GPS (z przybliżonymi koordynatami)
i "koniec języka".
Klucząc po mieście i bez przerwy dopytując się o drogę w końcu docieramy na wzgórze,
gdzie mamy przyjemność zwiedzić ruiny katedry Bagrati (wpisanej na listę UNESCO) oraz
ruiny starej twierdzy. Cały teren w przeszłości był otoczony masywnymi murami (na oko
ok. 1,5 m szerokości), z których do dzisiejszych czasów dotrwały tylko niewielkie
fragmenty. Katedra jest malowniczym miejscem - niestety obecnie jest w renowacji i
większość murów zewnętrznych, a także część wnętrz jest obstawiona rusztowaniami.
Pozostałości katedry świadczą o potędze ówczesnego państwa gruzińskiego.
Zjeżdżamy ze wzgórza katedralnego i kierujemy się do centrum miasta. Parkujemy na dawnym
placu Stalina, obecnie nazwanym imieniem gruzińskiej postaci, której nazwiska z przyczyn
obiektywnych nie wymienię (nazwiska gruzińskie są nie do zapisania ....). Na parkingu
wdajemy się w polityczną dysputę o polskich i gruzińskich politykach. Nie było to chyba
zbyt mądre, zwłaszcza, że my o naszych niewiele możemy dobrego powiedzieć - niestety.
Wybieramy się na spacer uliczkami centrum Kutaisi. Jesteśmy zrozpaczeni tym co widzimy.
Jedno z większych i ważniejszych miast Gruzji, a to co widzimy przytłacza. Opuszczone
i zniszczone budynki, brak nawierzchni na ulicach, liczne samochody w wieku naszych
rodziców, bazary przypominające chorzowską ulicę Barską sprzed kilkunastu lat. Chociaż
z drugiej strony te właśnie elementy tworzą niesamowity klimat tych miejsc. Trudno się
zdecydować.
Poszukując drogi do jednego z najcenniejszych zabytków tego rejonu (również wpisanej na
listę UNESCO) - monastyru Gelati - trafiamy do małej cerkwi. Zwiedzamy go w ciszy i
spokoju, bo leży na uboczu i prawie nikogo wewnątrz nie ma. Przy samochodach zaczepia
mnie mężczyzna chcący podyskutować o sytuacji politycznej Gruzji - pomny porannego zdarzenia
(które już sobie przemyślałem) nie daję się wciągnąć w dyskusję.
Ruszamy do Gelati. Kilkukrotnie dopytujemy o drogę, aż w jednym z miejsc trafiamy na
mnicha podążającego w tym samym kierunku. Małe porządki w samochodzie i mamy autostopowicza.
Teraz droga upływa nam na miłej rozmowie, a nasz pasażer prowadzi nas bez pudła do samego
monastyru. Monastyr składa się z trzech kościołów oraz zabudowań starego uniwersytetu.
Dodatkowo są jeszcze mury obronne z bramami. W cerkwiach zachowały się piękne malowidła
naścienne. Niestety - jest to popularne miejsce, więc zwiedzamy je w towarzystwie kilku
szkolnych wycieczek.
Niestety - czeka nas teraz długi powrót w kierunku Tbilisi drogą, którą poznaliśmy dzień
wcześniej. Przelot tranzytowy nie obfituje w żadne ciekawe wydarzenia, no może z wyjątkiem
przerażonego kierowcy tureckiego TIR`a., który chyba osiwiał widząc jak Janusz go
wyprzedza na ostrym wirażu (Janusz wiedział, że droga jest czysta dzięki CB, Turek niestety
nie ...).
Przed samym Gori zatrzymujemy się na małe zakupy. Beata kupuje butelkę młodego wina.
Jego smak jednak poznamy dopiero na kwaterze.
W Gori jest monumentalna twierdza, jednak nie ona przyciągnęła nas do tego miasteczka.
Głównym punktem programu jest Muzeum Stalina. Jest to miejsce pełne pamiątek po "Wielkim Wodzu".
Wewnątrz zgromadzonych jest wiele dokumentów, zdjęć i innych drobiazgów. Na zewnątrz posadowiony
został wagon kolejowy - salonka - którym Stalin podróżował po kraju. Jak na tamte czasy -
full wypas. Zanim udało mi się wejść do muzeum na parkingu podjeżdża do mnie Gruzin
Dyskoteką. No i zaczęło się. Wymiana zdań, opinii. Rozmowa o wszystkim, co tylko tego
autka dotyczy. Ale to już zupełnie inna historia.
Kilka km za Gori znajduje się kolejne skalne miasto - Uplisciche. Dotarcie do niego
wymaga nieco zachodu i wcale nie jest takie proste. Bolączką gruzińskich dróg jest kiepskie
oznakowanie. Na szczęście mamy dość precyzyjne koordynaty, które Aśka wygrzebała z netu,
więc udaje się nam dotrzeć. Wcześniej, w wiosce o tej samej nazwie naszą uwagę przyciąga
jednakowa, niebieska kolorystyka wszystkich ogrodzeń - jakby seryjnie pomalowane. Śmieszne
i dość monotonne, ale oryginalne. Ostatnia przeszkoda przed skalnym miastem to dość "słabowicie"
wyglądający most, na który wjeżdżamy z przysłowiową "duszą na ramieniu".
Niestety - ponownie nam nie dopisuje pogoda. Jest chłodno, pochmurnie i od czasu do czasu
pokropi deszczyk. Zwiedzanie tego miejsca w takich warunkach to ciekawe przeżycie,
zwłaszcza, że większość miejsc jest po prostu bardzo śliskich. Kompleks zwiedzamy w towarzystwie
dwóch przyjaźnie nastawionych kundli. Włóczą się wszędzie razem z nami. A my myszkujemy
sobie po okolicy, nie pomijając chyba żadnej z komnat. W jednym z miejsc, na skalnej
ścianie, mamy przyjemność obserwować wyścigi ślimaków. Niestety - nie znamy rozstrzygnięcia
wyścigu, który potrwa jeszcze pewnie parę dni. Nad skalnym miastem góruje mały kościółek,
który chyba jako jedyny obiekt został wzniesiony z cegieł, a nie wykonany w skale.
Droga powrotna do trasy prowadzi niestety również przez ten lichy most. Co więcej, gdy
docieramy do mostu, jest zajęty przez przeprowadzane stada owiec i kóz, więc nie
pozostaje nam nic innego, jak tylko poczekać, aż będzie trochę miejsca. W pewnym momencie
podbiega do nas dziwnie odziany chłopak, może pasterz, i wita nas swojskim Cześć,
jak się macie.
Jak się dowiadujemy, podróżuje sobie samotnie po Kaukazie, więc otrzymujemy od niego garść
cennych dla nas informacji, m.in. o Gruzińskiej Drodze Wojennej. Opowiada nam również
o chłopaku, który przyłączył się kilka dni wcześniej do niego - Niemcu nazywanego przez
niego Helmutem. Niezły turysta, praktycznie bez żadnego dobytku i znajomości rosyjskiego.
Ale z naszym jakoś się dogadują, więc nie jest tak źle.
Dzisiaj zostaje nam tylko dojazd do Tbilisi. Nawet sprawnie nam poszło. Tyle, że znalezienie
hotelu na przedmieściach gruzińskiej stolicy nie jest proste. Mimo, że jest tam ich
od groma, w większości zresztą pustych, to powstały z przeznaczeniem na wynajem "godzinowy".
Odnosimy wrażenie, że ta część miasta, położona przy głównej drodze prowadzącej z Mcchety,
to jedna grupa "burdeli". W tak doborowym towarzystwie udaje się nam znaleźć coś w rodzaju
kempingu, gdzie wynajmujemy domek z trzema dużymi pokojami i dwoma łazienkami.
Korzystając z miejsca i panującego spokoju zamierzaliśmy z Januszem zajrzeć pod nasze
samochody. Januszowi się to nawet udało, u mnie uwidocznił się jednak innego rodzaju
problem - skrzynie, które mam na dachu, nie zachowały szczelności i wewnątrz mam pełno
wody. Niestety, część materiałów uległa zniszczeniu, m.in. filtry powietrza.
Zdecydowaną większość dało się uratować, wymagało to jednak gruntownego suszenia i
przepakowania.
Tak nam upłynął pierwszy wieczór w Tbilisi.
Dzień osiemnasty - sobota - 17.05.2008 r.
Rano dowiadujemy się od Janusza, że wzywają ich obowiązki zawodowe i muszą przysiąść do
pracy. Mają się uwinąć do południa. A nasza trójka, nie chcąc siedzieć w hotelu wyrusza
na poranne zwiedzanie Tbilisi.
Stolica Gruzji - Tbilisi - to jakby inna Gruzja. Tutaj nie widać biedy otaczającej cały
kraj, tutaj są wzorowe służby porządkowe i policja pilnująca porządku., a przy okazji
cały czas widoczna. Tutaj jeździ się po dobrze oznakowanych i z nową nawierzchnią drogach.
Jest to inny kraj. Jeśli ktoś wpadnie do Tbilisi samolotem, pobędzie tu chwilę i wróci,
nie zagłębiając się na prowincję - będzie przekonany, że Gruzja to typowy kraj europejski.
Stolica do duże miasto - dojazd zajmuje nam troszkę - wprawdzie mieszkamy raptem 10 km
od centrum, nie mniej - nie znana okolica, spory ruch i wariactwo na drodze powodują, że
troszkę nam schodzi. Pogoda z rana jest rewelacyjna - mam nadzieję na pierwsze ładne
zdjęcia, ale zobaczymy, co z tego wyjdzie. Docieramy przed godz. 9.00 do jednego z głównych
placów miasta - do Tavisuplebis, przy którym znajduje się m.in. Ratusz oraz kilka
luksusowych hoteli. W tym rejonie zostawiamy naszą Dyskotekę i ruszamy spacerkiem po
wąskich uliczkach starego miasta. Stare miasto można podzielić na dwie części - jedna,
to odrestaurowane kamienice, kilka wspaniałych kościołów i luksusy - puby, restauracje,
hotele. Czyli wszystko, co potrzebne jest turystom. Druga część starego miasta to
wąziutkie uliczki, urocze zaułki, stare i zniszczone kamienice. Tutaj jakby czas się
zatrzymał. Wiele z murowanych domów ma drewniane balkony. Niestety - wiele domów jest
tak zniszczonych, że wyglądają tak, jakby za chwilę miały się zawalić.
Docieramy do pierwszego z kościołów - do katedry Sioni. Jest to niewielka, kamienna
cerkiew, w której przechowywana jest jedna z najcenniejszych gruzińskich relikwii -
krzyż św. Niny. Niestety - trafiamy na nabożeństwo, więc pomalutku się wycofujemy,
nie chcąc przeszkadzać. Przyglądamy się katedrze z zewnątrz. Jest o tyle ciekawa,
że przy niej zbudowano nie jedną, a dwie dzwonnice. W swobodnym spacerze po placu
katedralnym przeszkadzają nam żebrzące kobiety. Jak później się przekonamy, jest to
wielki problem wszystkich ciekawszych miejsc w Tbilisi.
Plac katedralny przylega do rzeki Mtkvari. Spacerując bulwarem sąsiadującym z rzeką
docieramy do wzgórza, na którym wznosi się kolejna perełka gruzińskiej architektury
sakralnej - kościół Metekhi oraz przyległy pomnik króla Wachtanga Gorgasała. A ze
wzgórza mamy piękną panoramę starówki oraz górującej nad miastem twierdzy. Wracamy na
starówkę. Spacerując jej wąskimi uliczkami znajdujemy mały park, w którym odkrywamy
miniaturową cerkiew. Nie mamy żadnego opisu, ale z rozmowy z opiekującymi się świątynią
kobietami wynika, że powstała ona w V w. i jej patronem jest św. Grzegorz. Z cerkwią
sąsiaduje kolejny obiekt sakralny - Bazylika Ancziszatyjska, w której również trafiamy
na nabożeństwo - tutaj jednak stajemy cichutko w kąciku i przyglądamy się obrządkowi
cerkwi.
Spacerujemy wąskimi uliczkami, z dala od zabytków czy popularnych miejsc. Przyglądamy
się budynkom od środka. Zaglądamy na podwórza, patrzymy ludziom w okna. Spotykając w
takich zaułkach mieszkańców mam wrażenie, że nie są specjalnie zadowoleni (chociaż nie
okazują nam braku sympatii), że "wykradamy" te mniej ciekawe tajemnice miasta. Pomimo
biedy wyzierającej na każdym kroku w tej części miasta, nam bardzo się tu podoba. Brak
zgiełku, samochody raczej się tędy nie kręcą, sporadycznie kogoś spotykamy. Cisza i
spokój. I bardzo oryginalna architektura. Każdy dom zbudowany jest inaczej. Część z nich
wygląda, jakby z biedą się zmieściła w miejsce, w którym stoi. Ale co miłe zawsze się
kończy, więc wracamy na jedną z głównych ulic - Barataszwili,. Wracamy na Tavisuplebis
i zaglądamy do samochodu. Znaki sugerowały, że parking jest płatny, ale nie znaleźliśmy
żadnego parkingowego. Niedaleko znajduje się kilka knajpek serwujących różne specjały.
Nas zainteresowała taka maleńka, w której powstawało coś na wzór tureckiego kebabu i
oczywiście zamówiliśmy. Był to sandwicz w cienkim cieście z mięsem i innymi różnościami,
ale zupełnie inaczej przyprawiony niż znane nam do dzisiaj. Delektując się ruszyliśmy
na spacer po nowej części Tbilisi.
Aleja Rustaweli - można odnieść wrażenie, że właśnie tu koncentruje się życie stolicy.
Przy tej alei mijamy kolejne atrakcje. Jedno z najważniejszych miejsc to budynek parlamentu
gruzińskiego. A poza tym - mijamy pałac gubernatora, budynek teatru, okazały gmach szkoły
publicznej i piękny kościółek Kaszweti. Robimy małe zakupy - w sklepie spożywczym spotykamy
kobietę, która była w Polsce i jedyne co pamięta to codzienne spożycie alkoholu w
nadmiernej ilości. Kupujemy również pierwsze pamiątki z Gruzji. Docieramy do okazałego
placu Republiki, a w drodze powrotnej zatrzymujemy się w małej cukierni na kawę i
złapanie "krótkiego" oddechu. W drodze powrotnej zdarzyła się mała, niezbyt przyjemna
sprawa. Na wysokości stacji metra (tak, tak - Tbilisi to nie Warszawa, od lat ma metro)
zaczepia nas dziecko z cygańskiej, żebrzącej rodziny i po zignorowaniu łapie mnie za nogę
i nie zamierza wypuścić. Niemalże przy użyciu siły uwalniam się z jego objęć.
Samochodem próbujemy dotrzeć do twierdzy - zgodnie z naszymi planami jest to jak najbardziej
możliwe - niestety - kluczymy wąziutkimi alejkami, a nie udaje się nam znaleźć drogi -
jedyna, która jak się nam wydawało zmierzała w kierunku twierdzy w rzeczywistości prowadziła
w zupełnie innym kierunku.
Nasz poranny czas dobiegł końca i gdzieś parę minut po pierwszej wracamy do hotelu po Ewę
i Janusza, którzy w międzyczasie uporali się ze swoimi obowiązkami.
W komplecie ruszamy w kierunku Mcchety - dawnej stolicy Gruzji. Przed wjazdem do miasta skręcamy
w prawo i jedziemy w góry, do pięknego monastyru Dżwari, zlokalizowanego na szczycie wzgórza.
Zachwycamy się piękną budowlą oraz podziwiamy panoramę okolicznych gór i wpasowaną między
nie mieściną. Niestety - ładna pogoda odchodzi w zapomnienie. Nad Mcchetą zbierają się ciemne,
burzowe chmury - zastanawiamy się, kiedy zacznie lać. W dość szybkim tempie ruszamy do
centrum miasta, chcąc zwiedzić kolejne z pięknych miejsc, zanim pogoda całkiem się
załamie. Parkujemy samochody przy samej katedrze Sweti Cchoweli. Ponownie nasze samochody
wzbudzają sensację. Natomiast naszą ciekawość wzbudzają stragany, a dokładnie - kolorowe
czapeczki. Wprawdzie pomysł był Janusza, ale czapeczki mnie również się spodobały - od
tej chwili na naszych męskich głowach widnieją kolorowe gruzińskie wzory. Katedra jest
imponującym obiektem, otoczona solidnymi murami, z okazałą bramą wejściową. Niestety -
od samego wejścia towarzyszą nam żebracy - wprawdzie Gruzja jest biednym krajem, ale
żebrzący pojawiają się tak naprawdę tylko przy atrakcjach turystycznych. Najbardziej jaskrawym
przypadkiem był starszy mężczyzna, który prosił mnie o pieniądze na leki - może nic by
nie było w tym dziwnego, gdyby nie fakt, że był dobrze ubrany, a jak się uśmiechnął -
widać było rząd złotych zębów. W katedrze spotykamy Polaka, pracownika jednej z
organizacji obserwującego gruzińskie wybory. Chłopak przekazuje nam jedną, niepokojącą
informację dotyczącą Iranu - prawdopodobnie jest tam reglamentowane (na kartki) paliwo.
Jeśli tak - to możemy mieć kłopot.
Jesteśmy już bardzo głodni. Rozglądamy się za jakąś knajpką, ale w Mcchetcie nie jest
to takie proste. W końcu, za ruinami twierdzy znajdujemy mały lokal. Niestety - wybór
dań jest raczej skromny. Każde z nas zamawia coś innego, ale i tak wszystko trafia na
środek stołu i każdy ma okazję skosztowania wszystkiego.
Zostaje nam jeszcze do zobaczenia monastyr Sziomgwine. Chcąc do niego się dostać należy
w centrum miasteczka skręcić (jest znak) i jechać około 13 km górską, kamienistą drogą.
Trud jest jak najbardziej warty pokonania - monastyr jest prześliczny, a do tego mamy
wesołego mnicha oprowadzającego nas po zakamarkach i jeszcze jednego - częstującego słodyczami.
Na górze spotykamy wycieczkę Czechów.
W drodze powrotnej zastanawiamy się nad jakimś lokalem, w którym moglibyśmy pokosztować nieco
deserów. W końcu kiedyś należy poszaleć. Czas na słodkie. Nie mogąc jednak znaleźć
niczego sensownego, za pomysłem Ewy, ruszamy na podbój Tbilisi. Zanim jednak będzie nam
dane skosztować lokalnych przysmaków, wchodzimy do Carskich Bani (łaźnie geotermalne)
rozeznać co i jak. Spodobały się wszystkim, więc postanawiamy po deserze zagościć
w łaźniach.
Ruszamy na starówkę. Tutaj wynajdujemy lokal, w którym szalejemy. Co jednak zjedliśmy
i w jakich ilościach - to już pozostanie naszą słodką tajemnicą.
Zgodnie z planem, wracamy do Carskich Bani. Obsługa dzieli nas na dwie łaźnie (osobno męska
i osobno damska), dostajemy ręczniki i kosmetyki, i - zostajemy pozostawieni na samopas.
Razem z Januszem bierzemy prysznic i pomalutku wchodzimy do basenu. Woda jest gorąca
jak jasna cholera, a na dodatek śmierdzi tak, że trudno wytrzymać. Na szczęście po
jakimś czasie przyzwyczajamy się. Siedzimy w wodzie koło 12 minut i następnie bierzemy
zimny prysznic. Ja tą zabawę powtarzam 5 razy, niestety za każdym razem wytrzymuję
w basenie coraz mniej czasu. A na koniec siedzę już tylko pod zimnym prysznicem.
Po wyjściu okazało się, że dziewczyny miały dodatkowo masaż, do nas jednak masażysta
(bądź - co lepiej - masażystka) nie dociera. Niestety. Łaźnie opuszczamy po 23.00.
Niestety - znowu leje, więc z zaplanowanej nocnej sesji muszę zrezygnować. W drodze
do hotelu jednak się rozpogadza, więc po odstawienie towarzystwa ja i Asia decydujemy
się na powrót do centrum. Do hotelu wracamy po 02.00.
Dzień dziewiętnasty - niedziela - 18.05.2008 r.
Dzisiejszy dzień rozpoczynamy ok. godz. 9.00 - nie jest to łatwe po wczorajszej wieczornej
sesji zdjęciowej, ale spodziewane atrakcje wyciągają nas z łóżek.
Mamy w planie Gruzińską Drogę Wojenną. Pierwsza atrakcja, na samym początku trasy to
forteca Ananuri. Malowniczo położona, nad jeziorem Zinwalis ma wiele uroku.
Jak zwykle - dziewczyny nie popuszczą - muszą zajrzeć w każdą szczelinę i pod każdy
kamień. Ja wykorzystuję chwilę wolną i wdrapuję się na pobliskie wzgórze, by podziwiać
twierdzę z innej perspektywy. Poza tym - czasem przydaje się dodatkowy spacer, jak człowiek
się porządnie zmęczy to mu głupoty wywiewa.
Docieramy do Pasanauri - jest to ośrodek sportów zimowych, na oko - wygląda jakby dopiero
powstawał, wiele obiektów jest w budowie. A przy panujących tu warunkach klimatycznych
(otaczająca nas pokrywa śnieżna miała lekką ręką 2 m grubości) za kilka lat Gruzini
będą mieli tu swoje Zakopane. Ale do tego czasu czeka ich masa roboty. Od tego miejsca
zaczyna się również najbardziej malowniczy i najtrudniejszy odcinek całej trasy.
Przejeżdżając trasą zauważamy, że w wielu miejscach niedawno musiały zejść całkiem spore
lawiny. Droga ta jest zbudowana w dość specyficzny sposób - podobnie jak europejskie
trasy wysokogórskie w miejscach zagrożonych lawinami wybudowano ciągi tuneli, ale w
przeciwieństwie do europejskich dróg, wzdłuż gruzińskich tuneli wybudowano na zewnątrz
normalne drogi, które co ciekawe są zimą odśnieżane, tak więc cały ruch drogowy omija
tunele. Dlaczego? Snuliśmy różne domysły, ale nie znaleźliśmy sensownego wyjaśnienia.
Po drodze zauważamy inną - tym razem jak najbardziej naturalną - ciekawostkę. Na tle
szarego śniegu wyraźnie odcina się pomarańczowa plama widoczna z daleka. Otóż woda
spływająca z gór zawiera prawdopodobnie związki siarki, które barwią stok na
jaskrawo-pomarańczowy kolor. Dziwny widok na tle biało - szarym.
Po przejechaniu kilku następnych km kręta górska droga ustępuje prostej, biegnącej
przez sporą dolinę. Dojeżdżamy do samego Kazbegi, gdzie opuszczamy główną drogę i
polnymi duktami wspinamy się (oczywiście naszymi samochodami - tak dla ścisłości)
wysoko w góry. Po męczącym podjeździe docieramy na piękną górską polanę, nad którą,
na szczycie wzniesienia góruje mały kościółek - Tsminda Sameba. Widok zapierający dech.
Lokalizacja niezwykła. I piękne góry dookoła. Zwłaszcza Kazbek. Zanim jednak dotarliśmy
do samego kościółka, na polanie spotykamy dwie Polki. Z Katowic. Dzisiaj przyjechały
do Gruzji i pierwsze co to wybrały się na spacer pod Kazbek. One już wracają (do wioski
rzecz jasna), a dla nas to dopiero początek wizyty w tej miejscu. Nasze Dyskoteki wgramoliły
się niemalże na sam szczyt. Kościółek wybudowany w tym miejscu jest przepiękny. Nie mniej
trudno się skupić na jego oglądaniu, zwłaszcza, że wrażenie (przynajmniej na mnie) przede
wszystkim robiły okoliczne góry. Chociaż z doły kościół pięknie komponuje się z otoczeniem,
jest - jakby to powiedzieć - perełką.
W międzyczasie chmury się troszkę przerzedziły i Kazbek ukazał nam swoje oblicze. Może
nie w pełnej krasie, ale jak się nie ma co się lubi ...
Wróciliśmy do miasteczka. Właściwie tą ostatnią osadę przed rosyjską granicą trudno nazwać
miasteczkiem. Trudno ją w ogóle nazwać, bo wygląda to to strasznie. Zniszczone ulice,
walące się domy. Raczej szaro i biednie. Jest tutaj jeden hotel, restauracji czy baru
nie znaleźliśmy. Mimo pięknej lokalizacji miejsce nie zachęca do pozostania tutaj.
Raczej wręcz przeciwnie. Przypuszczam, że dla zapaleńców wysokogórskich wycieczek jest
to świetna baza wypadowa, nam jednak się tu nie spodobało i postanowiliśmy wracać w
rejony stolicy.
Rejon ten słynie ze specyficznych wież mieszkalnych. Wyruszyliśmy na poszukiwania chociaż
jednej takiej specyficznej budowli. W tym celu zjechaliśmy z głównej drogi do najbliższej
wsi. Był to najwyższy i chyba jeden z najlepiej zachowanych obiektów w całej wiosce -
mimo, że są to ruiny, to pozostałe chałupy nie wyglądają lepiej. Niestety, wszędzie widoczna
jest tylko wielka bieda. Kiedyś musiało być tu inaczej, ale teraz jest to katastrofa.
Zniszczone i zapomniane wioski strasznie kontrastują z piękną okolicą. Taka niestety
jest prawie cała Gruzja - nie licząc stolicy.
Wracamy w kierunku Tbilisi tą samą Gruzińską Drogą Wojenną. Teraz jazda nam idzie zdecydowanie
szybciej, zwłaszcza, że jeszcze kawał drogi przed nami.
Dojeżdżamy do jeziora, nad którym znajduje twierdza Ananuri i tutaj decydujemy się na
opuszczenie głównej drogi. Nasze plany ulegają drobnej korekcie. Zamiast wracać do
Tbilisi skręcamy na wschód i kierujemy się na Tianeti. Dobra asfaltowa droga została
daleko za nami. Zaczął się kolejny off-road`owy odcinek. Droga jest całkowicie
pozbawiona nawierzchni, jest usypana z grubego tłucznia. Nasze Dyskoteki dobrze sobie na
takiej nawierzchni radzą, ale i tam mamy niemalże ślimacze tempo - co trochę doganiamy
stare busy i ciężarówki, których nijak nie można wyprzedzić, musimy więc dostosowywać
tempo do nich.
Mijamy Tianeti i wpadamy na pomysł rozłożenia się obozem. W sumie jest już dobra pora -
zatrzymujemy się, wybieramy miejsce i po chwili pojawiają się namioty, ognisko, kolacja.
Kolejny dzień podróży jest już za nami.
Dzień dwudziesty - poniedziałek - 19.05.2008 r.
Poranek jest bardzo deszczowy.
Obozowisko zwijamy więc błyskawicznie.
Niestety - wszystko mamy przemoczone, zwłaszcza namioty, które będzie trzeba rozwinąć
i przesuszyć.
Kierujemy się w dalszym ciągu na miasteczko Akhmeta. Asia wynalazła w necie koordynaty GPS
małego kościółka. Nasz GPS pokazał, że zostało nam jakieś 300 m więc zjeżdżamy z naszej
dróżki i - trafiamy do wioski, która uziemia nas na ładne kilka godzin. W poszukiwaniu
ruin zjeżdżamy w dół wioski po błotnistej drodze i już nie możemy wrócić. Na błotnistej
breji nasze blokady i ciężar okazują się niewystarczające. Siłą rozpędu dojeżdżamy
do miejsca, gdzie nasza Dyskoteka staje i nie zamierza się ruszyć. Na szczęście Janusz
nie zjechał, więc mamy o co się zapiąć. Tyle, że jak się okazuje wszystkich naszych lin
jest za mało. Przypinamy więc taśmy do najbliższego drzewa i rozwijamy linę z wyciągarki.
Wciągamy się tak daleko, jak lina pozwala i pojawia się kolejny problem. Wyciągarka zwija,
ale za żadne skarby nie chce rozwinąć liny. Nie możemy jej zluzować. Bez przekonania zdejmuję
z dachu jedną z taśm spinających bagaże na górze i podpinam między zderzakiem a taśmą.
Okazuje się na tyle wytrzymała, że udaje się nam zluzować linę wyciągarki i przepiąć się
do Janusza auta. I tak pomalutku, aż wjeżdżamy na samą górę.
Tutaj chwilka przerwy, musimy się przebrać - jesteśmy cali mokrzy, a na dodatek do środka
błotnistej breji okoliczni mieszkańcy zlewają wszelkie nieczystości. Śmierdzimy więc
strasznie. Ale jesteśmy zadowoleni, bo mieliśmy swoją "ciekawostkę" - prawdziwy off-road.
Zmęczeni decydujemy się na przejazd w kierunku granicy ormiańskiej, w poszukiwaniu noclegu.
Niestety, a może na szczęście - wybrana droga nie umożliwiała szybkiego przejazdu, więc
wlekliśmy się po dziurawych drogach niemiłosiernie. Minęliśmy kilka brzydkich i zaniedbanych
wiosek i miasteczek i dotarliśmy do Ikaito, gdzie na zboczu góry ulokowany jest piękny
monastyr. A właściwie cały kompleks, bo wewnątrz zabudowań mieściły się również ruiny
starego uniwersytetu. Od samego wejście zostaliśmy "zaatakowani" przez dwa małe kotki,
które okazały się wdzięcznym tematem zdjęć. Również zabudowania są bardzo fotogeniczne,
więc miejsce to opuszczamy z dużym pakietem zdjęć. Jest to jeden z ładniejszych obiektów
sakralnych, które zobaczyliśmy w Gruzji.
Po wielkim bólu docieramy w końcu do Telawi (które mieliśmy znaleźć już wczoraj).
Jest to spore, brzydkie miasto z pięknymi murami obronnymi. Niestety - nie daliśmy rady
zobaczyć zabudowania od wewnątrz - dzisiaj poniedziałek, a to - podobnie jak w Polsce -
oznacza, że muzea są nieczynne. Jedyne co udaje się nam podejrzeć, to dziedziniec
szkoły podstawowej zlokalizowanej wewnątrz murów.
Na cel obieramy Rustawi. To właśnie w tej miejscowości mamy zamiar spędzić ostatnią noc
w Gruzji. Zanim uda nam się jednak do niej dotrzeć, czeka nas jeszcze ostra jazda po
górach. A w rejonie wioski Ujarma zauważamy piękne ruiny. Pewnie był to jakiś warowny
monastyr, niestety - nie znajdujemy wzmianki ani w naszych przewodnikach, ani przy
obiekcie. A szkoda, bo miejsce jest piękne. Położone na wysokim wzgórzu, na którym
zachowało się wiele ciekawych obiektów, w tym piętrowa cerkiew.
W końcu docieramy do Rustawi. Jesteśmy przerażeni tym, co zobaczyliśmy. Jest to wielki
kompleks przemysłowy, zapachem przypominający Chorzów z przed jakichś 20 lat. Na dodatek -
nie możemy znaleźć noclegu. Od taksiarza dowiadujemy się, że w Rustawi nie ma hotelu,
natomiast jest już kawałek za miastem, na drodze wylotowej do Tbilisi. Uczynny taksówkarz
podprowadził nas do samego hotelu.
A tutaj - wielkie porządki, pranie, suszenie namiotów, przeglądy Dyskotek.
Po takiej dawce zmordowani udajemy się na zasłużony odpoczynek.
Koniec części III.
Część IV
Autor: Cyprian Pawlaczyk
Uczestnicy wycieczki:
I załoga:
- Joanna Zapęcka - niestety tylko do 07.06.2008 r.
- Beata Nowak
- autor
- Land Rover Discovery "Dyskoteka", 1996 r.
II załoga
- Ewa Jankowska - niestety tylko do 07.06.2008 r.
- Janusz Grzybowski
- Land Rover Discovery
Więcej zdjęć z wyprawy:
GALERIA ZDJĘĆ - GRUZJA