STRONA GŁÓWNA RELACJE Z PODRÓŻY
Powrót do części I
Powrót do części II
Powrót do części III
Kwiecień - Czerwiec 2008 r.
W poszukiwaniu Jedwabnego Szlaku !!!!
Część IV - Republiki kaukaskie.
Armenia i Azerbejdżan.
Dzień dwudziesty pierwszy - wtorek - 20.05.2008 r.
Opuszczamy posępne, przemysłowe Rustawi i przez Tbilisi ruszamy w kierunku ormiańskiej granicy.
Droga co ciekawe, jest w dobrym stanie więc dość szybko pokonujemy zaplanowany dystans
i meldujemy się na przejściu granicznym. Gruzińska odprawa przebiega sprawnie, terminal
przypomina mniejsze polskie terminale graniczne, i po chwili jesteśmy już na moście,
na którym czekamy na wjazd na teren Armenii. Tutaj niestety przykra niespodzianka.
Przekroczenie granicy armeńskiej nie jest takie łatwe i przyjemne. Sama procedura
przypomina to, co działo się kilka lat temu na granicy syryjskiej. Kręcimy się od
okienka do okienka i załatwiamy po kolei formalności. Najmniej przyjemne było załatwienie
formalności samochodowych - nasz karnet CDP, w opinii oficera (a może celnika) nie jest
ważny i musimy wnieść kolejne opłaty - łącznie wszystkie opłaty samochodowe wyniosły
ponad 70$ - całkiem niesympatycznie. Spodziewaliśmy się jednak opłat. Nie spodziewaliśmy
się, że cała procedura zajmie nam kilka godzin. Tak długiej odprawy dawno już nie mieliśmy.
W międzyczasie mój telefon zasygnalizował kolejną zmianę czasu - w stosunku do czasu
polskiego mamy już + 3 godziny.
Zmęczeni wjechaliśmy na teren Armenii dobrze po południu. A mieliśmy tak wielkie plany.
Cóż - życie potrafi je zweryfikować. Obiecujemy sobie, że będziemy jeździć po Armenii
rozważnie, nie dając policjantom okazji do pobierania łapówek, zwłaszcza, że na przejściu
widzieliśmy nieźle wyposażony radiowóz (nasza policja nie powstydziłaby się takiego sprzętu).
Jedziemy więc sobie pomalutku. Głodni i zmęczeni zaczynamy polowanie na jakąś lokalną
restaurację. Trafiła nam się całkiem niezłą, w której zamawiamy lokalne przysmaki -
przede wszystkim wspaniały Lawasz - cienkie ormiańskie pieczywo - pycha - pasowało nam
do wszystkiego, co dostaliśmy - tj. do warzyw, ryby, baraniny i wieprzowiny. Jedzenie
było wyśmienite, ale jak się okazało - wcale nie takie tanie, jakbyśmy sobie tego życzyli.
Na szczęście dobry i suty posiłek poprawia nasze nastroje, których nie był w stanie
zepsuć nawet rzęsisty deszcz.
Docieramy do Alaverdi. To pierwsze od granicy miasto. Średniej wielkości miasto z dużymi
zakładami przemysłowymi, zlokalizowane w pięknej górskiej dolinie. Samo miasto jednak
jest w opłakanym stanie. Aż strach patrzyć na to, jak wygląda. Widocznie wszystkie republiki
poradzieckie wyglądają podobnie. Tyle, że w Gruzji nie zauważyliśmy tak dużych porzuconych
zakładów przemysłowych - a te wyglądają wyjątkowo przygnębiająco.
Kierując się za znakami, wjeżdżamy do miejscowości Sanahin, w której znajduje się spory
kompleks - pozostałości monastyru, akademii oraz cmentarz. Jest to pierwszy kościół
ormiański, jaki oglądamy i już zauważamy sporą różnicę w stosunku do kościoła gruzińskiego.
Po pierwsze - kościoły nie mają ikonostasów, tylko bardziej przypominające katolickie
ołtarze. Po drugie - na posadzkach jest wiele płyt nagrobnych, po których tak naprawdę
należy chodzić. Ciekawy jest również system budowania - zamiast jednej świątyni tutaj
wybudowano kilka, przylegających do siebie. Nas jeszcze intryguje postawiona przy świątyni
konstrukcja z belką pod wciągnik - jest to o tyle intrygujące, że niespecjalnie wiemy,
do czego mogła służyć - raczej nie do rozładunku samochodów, bo te nie mają możliwości
podjazdu. W tym miejscu po raz pierwszy mamy okazję podziwiać ormiańskie chaczakary - są
to kamienne krzyże różnej wielkości. Najczęściej w formie sporej płyty na której jest
płaskorzeźba krzyża wśród wielu zdobień i symboli. Niektóre z kolei są bardzo proste
(te na mnie robią największe wrażenie). Wg naszego przewodnika na terenie dzisiejszej
Armenii znajduje się jeszcze ok. 100 tyś. historycznych chaczakarów. Opuszczając kompleks
zostajemy zaatakowani przez sprzedawców suwenirów. Wychodzimy jednak obronną ręką z tego
starcia i ruszamy dalej.
Wszystkie drogi prowadzą wzdłuż rzeki Debeda. My kierujemy się na Vanadzor. Po drodze
zjeżdżamy jeszcze do wioski Odzun, w której stoi zabytkowy kościółek. Świątynia stoi
na dużym placu, otoczonym niespecjalnie wysokim murem. Jest zamknięta, ale gdy się
chwilkę kręcimy, przychodzi starszy pan, który nam otwiera kościółek i udostępnia do
zwiedzania. Chwilę później pojawia się młody ksiądz, który na dodatek mówi nieźle po
angielsku i już mamy zapewnioną wycieczkę. Ksiądz oprowadza nas po wszystkich zakątkach
świątyni, a przede wszystkim prezentuje nam świetną akustykę tego miejsca - intonuje śpiewną
modlitwę - jesteśmy naprawdę pod wrażeniem, przede wszystkim jego możliwości wokalnych.
Ciekawy jest również monument stojący przed samym kościółkiem, na którym widnieje gwiazda
radziecka i sierp i młot - posowiecka pozostałość, ale nie jest dla nas jasne, dlaczego
nie została rozebrana jak większość innych, zwłaszcza, że stoi w obrębie świątyni.
A także dlatego, że sowieci nie mieli specjalnego szacunku dla obiektów sakralnych,
których w tym rejonie wiele wyburzyli, a sporą część przeznaczyli na własne potrzeby
(np. na magazyny).
Jedziemy sobie dalej, ale coś mi zaczyna śmierdzieć w kabinie paliwem. Zatrzymujemy się
w pierwszej napotkanej wiosce (Tumanian) i zaglądam pod maskę - tym razem pękł przewód
przelewowy między pierwszym a drugim wtryskiwaczem - 5 minut roboty i gotowe, tyle że
teraz ja śmierdzę paliwem, więc dla moich pasażerów to żadna różnica. Podczas naprawy
przyłącza się właściciel domku, przy którym naprawialiśmy mój samochodzik, po krótkiej
rozmowie dowiadujemy się, że jego babka była Polką. A nas naprawdę to cieszy, że wszędzie
napotykamy na polskie ślady i że Polaków na Kaukazie traktują z wielką sympatią.
Bez większych przeszkód docieramy do Dilidżan. Jest to kolejne brzydkie miasto z piękną,
górską lokalizacją. W przewodniku doczytujemy się, że właściwie jedyną atrakcją miasta
jest ulica Szarambejana, na której znajdują się sklepiki i warsztaty. Po wielkich poszukiwaniach
znajdujemy ją (ot, wąziutka alejka spacerowa), ale na nasze nieszczęście (a może szczęście),
o tej porze jest już wszystko pozamykane. Dopytujemy się o hotel. Szybko znajduje się
właścicielka małego pensjonatu i prezentuje nam pokoje. Dom jest wykonany w lokalnym
stylu, ma swój klimat, a przy okazji jest nieźle wyposażony - niestety są w nim tylko
dwa pokoje dwuosobowe (dla Beatki konieczna byłaby dostawka), co dla nas nie byłoby
specjalnym problemem, ale cena, którą zażyczyła sobie kobieta nas dobiła - 100 euro za
pokój - w najdroższych hotelach tyle nie płaciliśmy. Oczywiście rezygnujemy, ale - co
ciekawe - kobieta okazuje się na tyle miła, że kieruje nas do tańszego miejsca. Kilkaset
metrów dalej znajduje się spory dom, którego właścicielka wynajmuje nam całe piętro,
składające się z ogromnego salonu, dwóch sypialni, łazienki, ubikacji i kuchni - może
nie wszystko jest w idealnym stanie, ale samo miejsce jest fajne a i cena za nocleg była
przyzwoita (ok. 35 euro za wszystkich). Po zakwaterowaniu wybieramy się na dół, do
głównego skrzyżowania, gdzie znajdujemy fajną knajpkę z wyśmienitymi kebabami - troszkę
inne niż tureckie, ale za to bardzo smaczne. Pofolgowaliśmy sobie (zwłaszcza ja).
Wracamy do naszego pensjonatu, ja rozkładam komputer z zamiarem znalezienia netu i
uzupełnienia wpisów w niniejszej relacji, dziewczyny krzątają się po kuchni, gdy słyszymy
pukanie do drzwi.
Wchodzi młodzieniec i wita się z nami po polsku. Pełne zaskoczenie. Robert - bo tak ma
na imię - jest Ormianinem, ale przez wiele lat mieszkał w Polsce i ma dla naszego kraju
wiele sympatii. Zapraszamy go do nas, rozmawiamy z nim bardzo długo, pokazuje nam również
sporo zdjęć ze swojego rodzinnego miasta Giumri. Opowiada nam również sporo ze swoich
przeżyć - jest włóczęgą, który nie może tak naprawdę zagrzać sobie miejsca. Teraz
mieszka na Ukrainie (niestety, chwilowo do Polski nie może wracać). Nas najbardziej
jednak interesują informacje o samej Armenii i jej stosunkach z Azerbejdżanem. Podczas
rozmowy wychodzi, że jako młody chłopak na ochotnika wstąpił do wojska i uczestniczył
w wojnie z Azerbejdżanem. To już bardzo przykra historia - zarówno jego osobista, jak
i tego regionu. Próbujemy dowiedzieć się czegoś na temat dziwnego podziału terytorialnego
tych dwóch krajów, które podzielone są na części - żeby dostać się do azerskiej
Republiki Nachiczewańskiej należałoby przejechać południową Armenię (gdyby było to oczywiście
możliwe, bo granice między obydwoma krajami są w całości zamknięte), z kolei na terenie
Azerbejdżanu leży Nagorny Karabach - duży region uznawany przez Ormian za własny.
Poza tym jest jeszcze kilka małych skrawków ziemi należących do jednego z tych krajów,
a leżących w obrębie granic drugiego - problem ten jest jednak tak zawiły, że Robertowi
nie udaje się nam go wyjaśnić. Poza tym - temat chyba jest zbyt osobisty, więc czym prędzej
go zmieniamy.
Tak nam schodzi prawie cała noc.
Dzień dwudziesty drugi - środa - 21.05.2008 r.
Noc w Dilidżan była dość ciężka. Wczorajszą wizytę przyjdzie nam nieco odpokutować w
dniu dzisiejszym. Zapowiada się atrakcyjny dzień, ale mimo wszystko bardzo męczący.
Ruszamy nieco na wschód. Naszym celem jest monastyr Goszawank. Leży on kilkanaście km
od centrum miasta. W wesołych nastrojach docieramy górskimi drogami (co ciekawe - w niezłym
stanie) do wioski. Pod monastyrem czeka już mały tłumek ludzi. Nie robiąc sobie niczego
ze spragnionych turystów sklepikarzy włóczymy się po malowniczym klasztorze. Podziwiamy
zdobienia i liczne chaczakary. Cały czas próbuje się do nas podpiąć starsza pani w
niebieskim dresie. Próbuje nam opowiadać o miejscu, niestety - jej rosyjski jest zbyt
dobry dla nas, a poza tym udało nam się zebrać całkiem sporo informacji o tym miejscu,
więc próbujemy się delikatnie od nas uwolnić. Na sam koniec okazuje się, że jest to
opiekunka monastyru i małego muzeum. Zaprasza nas do muzeum, gdzie jest księga pamiątkowa -
ostatni w niej wpis zrobili Polacy dzień wcześniej. Zaraz po wpisaniu okazuje się, że
za wstęp do muzeum należy zapłacić - dziewczyny targują się i wychodzi po 100 ARD na
głowę.
Wracamy na główną szosę i kierujemy się na drugi monastyr - Hagarcin. Wjeżdżamy wąską
leśną drogą na samą górę, gdzie malowniczo położony jest monastyr. Niestety - nie mamy
szczęścia - prawie cały obiekt obstawiono rusztowaniami i przystąpiono do gruntownej
renowacji obiektów. Po krótkiej włóczędze, naszą uwagę absorbuje lokalny artysta malujący
akwarele. Ewie spodobała się niedokończona akwarela małego chaczakara, a moją uwagę
zwróciła grafika (w ołówku), przedstawiająca monastyr. Po długich i owocnych targach
udaje się nam kupić wybrane pozycje - ceny jednak pozwolę sobie przemilczeć.
W drodze powrotnej zauważamy ciekawą budowlę - zatrzymujemy się przy niej i okazuje się,
że jest to stary budynek maszynowni króciutkiej, nieistniejącej już, kolejki linowej.
Wracamy do Dilidżan. Pierwsze co robimy, to wracamy do małego lokalu, gdzie wczoraj
zaserwowano nam doskonałe kebaby. Po zamówieniu usiedliśmy sobie przy stoliku, co
poskutkowało doliczeniem 5% do rachunku. Musimy o tym na przyszłość pamiętać. Brakło nam
lokalnej waluty, więc niezbędna będzie wizyta w miejscowym banku. Wczoraj - przejeżdżając
koło jednego z miejscowych budynków widzieliśmy trójjęzyczny szyld - BANK. Ale budynek
wyglądał jak ostatnia rudera, więc myśleliśmy, że bank jest zlokalizowany w innym
miejscu. Niestety - nie był. Zajmował wzmiankowany budynek. Wejście - tragiczne.
A wnętrza banku - nie do opisania. Wspomnę tylko, że szczeliny między oknami a ścianami
miały po kilka, kilkanaście centymetrów. A do tego wszędzie walają się różne papiery.
Zgroza.
W drodze do samochodu zaczepia nas chłopak - Wojtek, wolontariusz z Polski. Proponuje
nam wycieczkę po najciekawszych zakątkach miasta, z czego skwapliwie korzystamy. Jest tu
już od kilku miesięcy, więc co nieco już zna. Najpierw wracamy na turystyczną ulicę
Szarambejana, gdzie znajdują się lokalne warsztaty rzemieślnicze. Tutaj też kupujemy
pamiątkowe kopie chaczakarów, wykonane w drewnie. Niestety - targowanie coś nam nie idzie.
Ale pamiątki bardzo ładne.
Wojtek proponuje nam wycieczkę do dawnej siedziby KGB. Oczywiście wyrażamy zgodę
i już po chwili wspinamy się na wzgórze pojękując nieco. Docieramy do opuszczonej i zniszczonej
luksusowej willi, zbudowanej na planie okręgu. W dużym stopniu są to ruiny - prawdopodobnie
zniszczone przez trzęsienie ziemi, o którym w Armenii jeszcze wszyscy pamiętają, a wiele
obiektów to wciąż przypomina. Budynek prezentuje się jednak całkiem okazale. Przy
odrobinie wyobraźni, pozwala na odtworzenie dawnych czasów, jak żyli sobie urzędnicy KGB.
A z tego wynika, że żyli sobie całkiem, całkiem.
W lesie, nieopodal willi KGB, Wojtek pokazuje nam drewnianą rzeźbę armeńskiego króla -
ot, tak sobie stoi zapomniana w lesie.
Co miłe szybko się kończy, więc żegnamy się z naszym polskim kolegą i ruszamy dalej.
Wspinamy się ponownie bardzo wysoko, docieramy do długiego tunelu i mamy prawie w zasięgu
wzroku jezioro Sewan. Jest to właściwie jedyny większy akwen wodny do którego Armenia
ma dostęp - jezioro zajmuje prawie 5% powierzchni tego kraju. Jest też wielkim ośrodkiem
wypoczynkowym. Niestety - jeszcze nie spełnia standardów europejskich, a w przyszłości,
gdy już zacznie, grozi mu to, co można dzisiaj zaobserwować nad węgierskim Balatonem.
Lokalizacja jeziora też jest ciekawa - położone jest na wysokości ponad 1800 m n.p.m.,
a ze wszystkich stron jest otoczone przez wspaniałe i wysokie pasma górskie. W takiej
scenerii docieramy w pobliże miasteczka Sewan, gdzie na dawnej wysepce (która po
drastycznym obniżeniu się poziomu wody w jeziorze) została na stałe półwyspem, znajdują
się pozostałości monastyru Sewanwank. Dzisiaj to dwie małe cerkiewki, z których tylko
jedna udostępniona jest do zwiedzania (po trzęsieniu ziemi zamknięto mniejszą, gdyż
istnieje ryzyko zawalenia - chociaż od trzęsienia ziemi minęło już wiele lat, a ona stoi
nadal zamknięta). W większej zebrano sporą kolekcję chaczakarów. A na końcu półwyspu
znajduje się (przynajmniej tak przypuszczamy) stary sowiecki bunkier. Ale zanim
rozpoczęliśmy zwiedzanie spotkaliśmy trójkę Polaków - tych samych, których wpis w
pamiątkowej księdze w Goszawank poprzedza nas. Opowiadają nam, jak wczoraj zapłacili
za pobyt w tym monastyrze 5000 ARD, wtedy też zrozumieliśmy, dlaczego opiekunka monastyru
tak nas pilnowała. Jakże musiała być zawiedziona po naszej wizycie.
Przemieszczamy się wzdłuż zachodniego brzegu jeziora, na południe, gdzie czekają nas
kolejne ciekawostki. Po drodze znajdujemy malutką cerkiew w Hayrawag. Niestety - tutaj
pojawił się dość poważny problem z Janusza samochodem. Oberwały się mocowania bagażnika
dachowego. Konieczna była interwencja spawacza. Nawet takiego udało się nam znaleźć
w wiosce, ale jego umiejętności mogłyby spowodować załamanie nerwowe u moich spawaczy.
Cóż - tutaj technika jeszcze nie doszła. Nie mniej - udało się podreperować bagażnik
na tyle, że możliwa była dalsza jazda. Ale jak to bywa przy takich pracach - zostaliśmy
zaproszeni z Januszem na jednego. Ja wypiłem pół sporej szklanki brandy, Janusz - prawie
całą. Już na wesoło ruszyliśmy na poszukiwanie dziewczyn, które w międzyczasie zostały
zaproszone do pobliskiego domu na kawę i herbatę przez żony naszych fachowców. Nam również
zaoferowano napoje i lokalne przysmaki, z których najlepsze były ciekawie spreparowane
orzechy - nie wiemy jak się nazywały, były tak pyszne, że w sumie zapomnieliśmy zapytać,
ale podobno dziewczyny zdobyły przepis. Dobrze by było, bo orzechy były rewelacyjne.
Pożegnaliśmy się z przesympatyczną ormiańską rodziną, która zaprosiła nas na kilkudniowy
pobyt w drodze powrotnej. Nie będziemy jednak chyba mogli z tego skorzystać, bo nasze
głowy mogłyby ich brandy nie wytrzymać.
Po drodze znajdujemy jeszcze jedną ciekawostkę - w miasteczku Noratus znajdujemy całe
pole chaczakarów. Niestety - nie jest nam dane zobaczyć to miejsce w spokoju. Tutaj
czyha na nas gromada dzieciaków i kilka staruszek. Ich główny cel - sprzedać nam lokalne
wyroby z owczej wełny. W grupie dzieciaków trafiły się dwie dziewczynki (ok. lat 12),
świetnie mówiące po rosyjsku, które oprowadziły nas po polu i przyległym cmentarzu opowiadając
nam historie powstawania co ciekawszych z krzyży. Chcąc się zrewanżować dziewczynce,
kupujemy u jej babci malutkie rękawiczki - w sam raz dla Tomka.
Docieramy do drogowej przełęczy Selimska. Jest tu już bardzo wysoko - ponad 2400 m n.p.m., ale wygląda tu zupełnie inaczej, niż na Gruzińskiej Drodze Wojennej. Nie ma tu ani grama śniegu, wszystkie stoki są zielone, a po południowej stronie przełęczy rozpogadza się i do samego końca wieczoru mamy śliczną pogodę. Jest to o tyle istotne, że pod koniec dnia, wczesnym wieczorem, docieramy do jednego z najpiękniejszych z odwiedzonych przez nas monastyrów - do Norawank. Tutaj też znajdują się dwie piękne cerkwie, położone na wysokim wzgórzu i otoczone solidnymi murami. A co najważniejsze - mamy świetną pogodę i może w końcu będziemy mieli ładne zdjęcia chociaż z jednego z monastyrów. W drodze powrotnej próbujemy znaleźć miejsce na biwak, niestety bezskutecznie, ale w pobliżu udaje się nam znaleźć dość tani hotelik, w którym się kwaterujemy i posilamy. Postój już był potrzebny, bo nam Janusz poległ.
Dzień dwudziesty trzeci - czwartek - 22.05.2008 r.
Dzisiejszy poranek przyniósł nam niespodziankę. Niestety - niezbyt miłą. Wczorajsze wieczorne
złe samopoczucie Janusza przeciągnęło się - rano Ewa zakomunikowała, że nic z tego nie
będzie, Janusz nie da rady. Musieliśmy więc nieco zweryfikować nasze plany. Zamiast
ruszyć na północ, w kierunku Araratu i stolicy postanawiamy zostać na jeszcze jedną noc
w tym miejscu, a my w trójkę - pojechać na południe, w kierunku Sisan (Asia się nieco
uspokoiła, bo była obrażona, że chcieliśmy pominąć południe Armenii). Zatrzymujemy się
w Wajk, gdzie robimy małe zakupy i wybieramy się do banku. Tutejsza placówka nie ustępuje
w niczym poprzedniej. Szkoda słów. Po drodze znajdujemy malutkie "coś" z grilem, gdzie
zostajemy poczęstowani świetnymi kebabami (a tak naprawdę jest to lokalny specjał -
grilowane mięso mielone zawinięte w chleb lawasz).
Od samego rana mamy świetną pogodę. Pierwszy odcinek to wjazd na wysoko położoną (2353
m n.p.m.) przełęcz, której nazwy nie udało się nam ustalić (wg przewodnika Vorotan,
wg rosyjskiego atlasu Kozbeg, a nazwy podanej przez poznanych u góry ludzi zapisać nie
byliśmy w stanie).
Po kilkunastu minutach docieramy do Sisan. Tutaj zwiedzamy mały kościół Sisawan z
przyległym cmentarzem. Ciekawostką kościółka są cztery miniatury, oglądane przy pomocy
silnie powiększającej lupy. Poniżej, na placu znajduje się ogromny pomnik, niestety -
po raz kolejny wychodzi kaukaskie przygotowanie turystyczne - brak jakichkolwiek informacji
o tym miejscu, a miejscowa ludność już bardzo słabo mówi po rosyjsku. W Sisan jest
jeszcze jedna atrakcja - Zorac Karer - jest to kamienny krąg, troszkę podobny do
angielskiego Stonehenge. Niestety - oznakowanie jest tak czytelne, że wielokrotnie
gubimy drogę. Na szczęście w końcu udaje się nam je odnaleźć. Miejsce nie jest specjalnie
oblegane, spacerujemy w samotności.
Następne w kolejności jest miasto Goris. Aśka doczytała się w przewodniku, że gdzieś
na wschodnim obrzeżu znajduje się stara dzielnica. Ale nasze przewodniki chyba coś poplątały,
bo w miejscu wskazanym na mapie znaleźliśmy wielki cmentarz. Z kolei jadąc wg koordynaty
zapisanej w odbiorniku GARMIN mało nie wywróciliśmy na cmentarzu naszej Dyskoteki. Sam
cmentarz nie prezentował niczego ciekawego, wprawdzie inny niż nasze, ale tak naprawdę
to zwykła współczesna nekropolia. Nieco powyżej znaleźliśmy natomiast intrygującą
ciekawostkę - ormiańską Kapadocję. Cmentarz otaczały skały w kształcie stożków, a wiele
z nich miało niewielkie groty. Przypomniały mi się czasy, gdy włóczyłem się po Goreme
i Zelve. Wyjeżdżając główną trasą z Goris zatrzymujemy się na nieźle wyglądającej stacji
benzynowej i stajemy pod dystrybutorem z napisem DIESEL. Podchodzi do nas smętnie
wyglądający chłopak i oświadcza nam, że u nich tego paliwa "niet". Jest to dla nas nieco
kłopotliwie, bo tak naprawdę w baku mamy już tylko opary a nie paliwo, ale co zrobić.
Jedziemy w kierunku Jegegnadzor, w pobliżu którego kwaterujemy. Po drodze odbijamy jeszcze
z zamiarem odnalezienie klasztoru w Tatew, ale gdy dotarliśmy do pierwszej wioski
napotkani ludzie oświadczyli, że tędy nie da się dojechać (mimo, że GPS uparcie wskazywał
ten kierunek, podobnie zresztą nasz atlas), zmuszeni zostaliśmy do zawrócenia. Nie
chciało się nam już jechać do monastyru objazdem przez Goris, więc ruszyliśmy w kierunku
naszego hotelu. Dziewczyny wyczytały jeszcze, że po drodze, niedaleko wioski Szaki, jest
malowniczy wodospad.
Zanim jednak tam się udaliśmy odwiedziliśmy stację benzynową (która dysponowała
akceptowalnym przez naszą Dyskotekę paliwem) i wdaliśmy się w sympatyczną rozmowę o
naszej podróży. Miły gość wytłumaczył nam również dość dokładnie, jak dostać się do
poszukiwanego wodospadu. Zjechaliśmy z głównej drogi i stanęliśmy pod zakładową bramą,
zamkniętą zresztą na kłódkę. Podszedł do nas starszy pracownik tego zakładu (byłą to
elektrownia pompowo-szczytowa, podobna jak na polskiej górze Żar) i wyjaśnił, że
wodospad znajduje się na terenie zakładu i jeśli chcemy, to możemy go pójść zobaczyć,
ale dzisiaj w nim nie ma za dużo wody (!!!), bo elektrownia właśnie pracuje. Wyjaśnił
również, że okresowo podczas pracy elektrowni wodospad całkowicie zanika.
W drodze powrotnej zatrzymujemy się ponownie w naszej knajpce w Wajk, gdzie folgujemy
sobie słusznie no i w końcu docieramy do hotelu, gdzie wita nas już nieco lepiej wyglądający
Janusz z Ewą. Beatka jeszcze w między czasie wykombinowała młode wino (ten region Armenii
słynie z produkcji win) i wieczór mamy wesoły. Ale cośmy wyprawiali pozostanie słodką
tajemnicą.
Dzień dwudziesty czwarty - piątek - 23.05.2008 r.
O poranku okazuje się, że Janusz na tyle wydobrzał, że zdecydował się na jazdę. W związku
z powyższym pakujemy nasze maszyny i ruszamy w dalszą drogę. Zanim jednak wyjechaliśmy
dziewczyny zaplanowały kąpiel - złośliwość rzeczy martwych (brak prądu) im to nieco
utrudniła. A właściwie - wszystkie zrezygnowały z tego luksusu. Po czym, wychodząc,
Janusz zauważył, że tylko automat bezpiecznikowy wybiło - były złe, ale się nie wróciły -
na szczęście.
Początkowo nasz kierunek podróży to Erewan. Nie planujemy jednak zwiedzania ormiańskiej
stolicy - zdecydowaliśmy wspólnie, że czeka nas zdecydowanie więcej ciekawostek po drodze,
a wielkie miasta z wielkimi korkami nas specjalnie nie interesują. Nie mniej - początkowy
odcinek trasy pokonaliśmy po szosie na stolicę. Już po kilku km kręcenia po górskich
drogach naszym oczom ukazał się bliźniak - Ararat. Jest to wyjątkowa góra (a właściwie
dwie góry), a widok zapiera dech w piersiach. Dla Ormian to święta góra. W sumie nic
dziwnego - podobno to właśnie na niej wylądowała Arka Noego. Podobno.
Zjechaliśmy z górskich przełęczy i główna szosa na stolicę Armenii zmieniła oblicze.
Teraz przemieszczamy się wygodną czteropasmówką, która nie ustępuje naszej wrocławskiej
autostradzie (dla pewności dodam, że chodzi mi o odcinek między Wrocławiem a Legnicą).
Przemieszczamy się błyskawicznie i po kilkunastu minutach docieramy do wioski Khor Virap,
gdzie znajduje się już ostatni monastyr, jaki zaplanowaliśmy w Armenii. Ten jest
wyjątkowy. Przypomina troszkę gruziński kościół Tsminda Sameba. Lokalizacją. Tamten leżał
u stóp Kazbeka, ten - Araratu. Obie góry piękne i wyjątkowe. Obydwa szczyty to pięciotysięczniki,
chociaż to Ararat dzierży palmę pierwszeństwa. Nie da się ich opisać prostymi słowami -
koniecznie należy je zobaczyć. Wyjątkowe miejsca.
Podchodząc do klasztoru, jeszcze na parkingu, zaczepia nas mężczyzna, który oferuje
"gołębia do wynajęcia" - za drobną opłatą otrzymujemy gołąbka (półżywego ze strachu),
którego wypuszczamy na wolność u stóp pięknej góry. Monastyr zwiedzamy z grupą
japończyków (też już mają odwagę zapuszczać się w te rejony), którzy kibicują Aśce
podczas wypuszczania gołąbka. Kiedy my dotarliśmy do klasztoru, na parking, z piskiem
opon, podjechało kilkanaście samochodów - prawdopodobnie weselnych. Już po chwili pojawiło
się w monastyrze tyle osób, że czar tego miejsca prysł. My również prysneliśmy czym prędzej.
Kilka km za wioską zjeżdżamy z głównej szosy i kierujemy się objazdami Erewania.
Tak docieramy do Eczmiadzynia, gdzie zwiedzamy ogromny kompleks katedralny. Tutaj również
dziewczyny zaopatrują nas w ostatnie ormiańskie pamiątki, które w sklepach wychodziły
nieco taniej, niż u ulicznych handlarzy. Ale u handlarzy ulicznych, podobnie jak na
bazarach liczy się również zabawa, związana z targowaniem, której nie ma w sklepie
z wypisanymi na metkach cenami.
Z Ezmiadzynia kierujemy się już na północ, w kierunku gruzińskiej granicy. Dzisiaj
planujemy przedostać się już do Azerbejdżanu, ale granica między Armenią i Azerbejdżanem
jest wciąż zamknięta. W dalszym ciągu oba narody nie uporały się ze swoimi bolączkami -
przede wszystkim - solą w oku jest Nagorny Karabach, który obydwa kraje traktują jak
własny. Smutne, ale prawdziwe. Mamy nadzieję, że czas uleczy rany i będziemy mogli w
przyszłości odwiedzić także to miejsce.
Na objazd wybraliśmy malowniczą drogę, prowadzącą u stóp innej wysokiej góry (a właściwie
wygasłego wulkanu) - Aragats - bo o nim mowa, to czterotysięcznik. Z daleka prezentuje
się również okazale. Jadąc drogą wiodącą poniżej wulkanu zatrzymujemy się przy jednej
z przydrogowych jadłodajni - zamawiamy sobie po ostatnim "kebabie" (który prawdziwy kebab
przypomina tak naprawdę tylko z nazwy, co nie znaczy, że nie warto się nim zachwycać -
wręcz przeciwnie, jest to najczęściej wyśmienite mielone mięso, oryginalnie doprawione,
grilowane, podawane zawinięte w lawasz - pycha). Janusz patrzy na nas z nieukrywanym
wstrętem, chyba rzeczywiście uwierzył, że to kebab mu zaszkodził - my w to nie wierzymy
i dalej się ze smakiem zajadamy.
Odwiedzamy ostatnią armeńską stację benzynową, gdzie Motogrzybki pozbywają się ostatnich
lokalnych groszy i już praktycznie "pełnym gazem" mijamy ostatnie miasteczka i wioski.
Na niecałe 3 km przed granicą wpadamy z impetem na policyjny patrol z radarem -
na dozwolonych 60 km/h jechaliśmy 76 km/h, co sympatyczni policjanci przeliczyli na 40$
mandatu. Od razu przypomniałem sobie wszystkie zebrane informacje o policjantach, którzy
tylko zatrzymują pojazdy i próbują wyłudzić łapówki. Próbowałem się z nimi dogadać -
bardzo grzecznie odmówili i wystawili mi, skądinąd należny mi, mandat. Nie byli
napastliwi, nie chcieli wyłudzić żadnej łapówki - kolejny mit runął w gruzach, zwłaszcza,
że podczas naszego krótkiego pobytu w Armenii na drodze mijaliśmy dziesiątki patroli,
przy czym jedyną reakcją jaka była, gdy zostaliśmy w końcu zauważeni były przyjazne
pozdrowienia.
Po tym małym incydencie docieramy do granicy, gdzie po stronie armeńskiej wszystko
mija w ciągu kilku dosłownie minut, natomiast po stronie gruzińskiej zaczynają się
schody - celnicy bardzo chcą przetrzepać nasze bagaże, na szczęście - jeden z pograniczników
nieźle zna angielski i studzi ich zamiary. Przy salwach śmiechu (bo ze dwie torby i
jedna skrzynka jednak musiały być zaprezentowane, udaje się nam wjechać do Gruzji.
Teraz pozostaje nam dotrzeć do przejścia granicznego z Azerbejdżanem, niestety,
wybieramy nienajlepszą (a prawdę mówiąc, kiepską) drogę, której pokonanie zabiera nam
dobrą godzinę. Od razu przypominają się nam niezłe drogi w Armenii.
Docieramy do gruzińskiego terminala i powtarza się cyrk z celnikami - uparty celnik
gruziński zagląda niemalże do każdej skrzyni - w tym do czterech na dachu. Ale dajemy
radę. Po przejściu kontroli gruzińskiej celnicy informują nas, że możemy mieć duże
problemy z wjechaniem do Azerbejdżanu, ponieważ mamy wizę i pieczątki armeńskie.
Pełni obaw mijamy piękny kamienny most (przejście graniczne nazywa się "Red Bridge")
i wjeżdżamy na część azerską. I tu rzeczywiście zaczynają się schody. Pierwszy etap
przekraczania granicy to wywiad, jaki funduje mi oficer azerskiej armii. Zostaję w
szczegółach wypytany o cel naszej wizyty w Azerbejdżanie i w Armenii. Pyta mnie nawet,
czyj wg mnie jest Nagorny Karabach. A ja - po prawdzie nie mam pojęcia co mu odpowiedzieć.
Chyba to zauważył, bo spuścił z tonu i przyjaźnie zapewnił, że wpuszczą nas do swojego
kraju. Drugi etap - to wypisanie pozwolenia na pobyt, które kosztuje 25$, ale oficer
wyciąga od nas dodatkowe 10$ łapówki. Daliśmy się z Januszem podejść. Trzeci etap -
musimy wrócić się do biurowego "wagonu" i wnieść opłaty drogowe - kolejne 20$ - tutaj
dzielnie opieramy się kolejnemu oficerowi chcącemu łapówkę. Wracamy do samochodów i
przechodzimy do czwartego etapu - do kontroli celnej. Celnicy na szczęście nie są zbyt
drobiazgowi i zadowalają się zajrzeniem do kabiny. Piąty etap - to właściwa kontrola
paszportowa, wbicie odpowiednich pieczątek i otwarcie ostatnich bramek. Tak w największym
skrócie wyglądało przekraczanie granicy. Trwało to blisko 2 godz. Daliśmy radę.
W międzyczasie mieliśmy okazję do zawarcia nowych znajomości. Na przejściu poznaliśmy
wielu młodych azerskich żołnierzy, którzy jak się okazuje przyjechali z wielu krajów
do wojska (jeden nawet z Białorusi). Spotkaliśmy również parę Francuzów podróżujących
podobnie jak my, tyle że Toyotą. Od nich uzyskaliśmy kilka cennych informacji - przede
wszystkim o paliwie w Iranie, gdzie jednak nie będą konieczne żadne talony, oraz o tym,
że przejście graniczne nie jest czynne całą dobę a tylko do godz. 19.00. Ostrzegają
nas również przed policją, która wymusza łapówki za wszystko, co tylko przyjdzie im do
głowy.
Rozpoczynamy naszą podróż po Azerbejdżanie. Z uzyskanych informacji wynika, że
najbliższy hotel oddalony jest ok. 35 km od granicy. Bliziutko, więc planujemy do niego
jeszcze dzisiaj dotrzeć. Na granicy wymieniamy odrobinę gotówki i ruszamy. W międzyczasie
dzień się skończył i naszą podróż kontynuowaliśmy już po ciemku.
Kilka km od granicy trafiamy na pierwszy posterunek policji. Oczywiście zostajemy zatrzymani,
wychodzimy z samochodów i na pytanie "czy jesteśmy z Niemiec?" odpowiadamy, że nie, że
z Polski. Nastawienie policjantów od razu się zmienia i rozpoczynamy przyjazną pogawędkę
po rosyjsku (nic w tym złego nie było, gdyby nie fakt, że jesteśmy już bardzo zmęczeni
i marzymy o ciepłym prysznicu i łóżeczku).
Spotkanie minęło bardzo sympatycznie i udało nam się ruszyć dalej. Byliśmy znowu bogatsi
o kolejne doświadczenie. A przy okazji - policja azerska diametralnie różni się od innych
kaukaskich - przynajmniej na pierwszy rzut oka - widzieliśmy wieczorem dwa patrole,
obydwa na stanie miały nowiuteńkie radiowozy marki BMW. Nie należy próbować ucieczki,
to nie stare Łady.
Policjanci polecają nam hotel przy sportowym kompleksie olimpijskim, ale wybieramy tańszy -
jak się nam wydawało - wariant, czyli przydrożny motel.
Dzień dwudziesty piąty - sobota - 24.05.2008 r.
Pierwszy poranek w Azerbejdżanie wita nas bardzo ładną pogodą. Mimo, że jest jeszcze
dość wcześnie, na dworze jest bardzo ciepło.
Kierujemy się na wschód. Główna droga na Baku wiedzie przez miejscowość Ganca (pisownia
nie jest prawidłowa, ale brak mi w alfabecie azerskich liter). A droga wygląda na nową,
jest prosta jak stół, można więc przycisnąć - my jednak pomni uwag otrzymanych na granicy
przemieszczamy się Dyskotekami rozsądnie, zwłaszcza, że policja drogowa jest na drogach
więcej niż widoczna i co gorsza dla nas - większość radiowozów to rzeczywiście nowiutkie
BMW, a nie jak w Armenii czy Gruzji wysłużone Żiguli. Pomalutku docieramy do Gancy -
okazuje się, że jest to duże miasto przemysłowe. Wjeżdżamy do centrum i po przejechaniu
starych dzielnic mieszkaniowych docieramy do nowoczesnego centrum, które przypomina nasze
duże miasta, także pod kątem występujących korków ulicznych.
W centrum dziewczyny rzuciły się na bankomaty, jakby nigdy czegoś podobnego nie widziały.
Ja w tym czasie robię mały rekonesans i docieram do monumentalnego placu, przy którym
siedzibę ma równie potężny ratusz. Cały plac jest w tej chwili w remoncie, ale przypuszczalnie,
po jego zakończeniu będzie się tu skupiało życie miejskie. Przy placu siedzibę ma
również małe muzeum, a na jego obrzeżach udało nam się zobaczyć mały meczet bez minaretów,
starą medresę przy której stoją (a właściwie wyglądają tak, jakby miały się przewrócić)
dwa niewielkie minarety i przyległy hammam. Pod meczetem, spotkaliśmy mężczyznę studiującego
koran, od którego chcieliśmy się dowiedzieć, czy możemy wejść do środka meczetu. Nie
mogliśmy, natomiast mężczyzna zabrał się za nawracanie straconych naszych dusz. Bezskutecznie.
Ale zawsze warto spróbować ...
Wybraliśmy się na spacer po mieście i lokalnych kantorach, w których zauważyliśmy dwa
różne poziomy cenowe w wymianie walut, przy czym jeden wydawał się nam bardzo niekorzystny.
Szybko jednak okazało się, że jest to tylko efekt dziwnej denominacji, która polegała
na podzieleniu starej wartości przez 5500 - co dało dość dziwaczny efekt. Co kraj
to inna metoda ...
Spacerując sobie bocznymi uliczkami Gancy dotarliśmy jeszcze do jednego ciekawego miejsca -
znaleźliśmy "butelkowy dom" - niby normalny, ale zdobienia zrobiono ze szklanych zwykłych
butelek - ot, architektoniczna nowinka.
Wyjeżdżając z Gancy Ewa nieopatrznie powiedziała, że mijamy chyba jakiś znaczący obiekt
(i wcale nie chodziło jej o nowoczesną hutę aluminium). Klucząc udało się nam wrócić
do tego miejsca, które jest okazałym mauzoleum wystawionym dla wielkiego lokalnego pisarza
Nizami (który tworzył w języku farski). Postać w ogóle nie jest nam znana, nie mniej w
tym miejscu warto się zatrzymać, żeby zobaczyć, z jakim rozmachem traktuje się tu swoich
"wielkich".
Kierujemy się na Baku, ale główna droga to liczne patrole policji (w nieodżałowanych
trójeczkach) i wielki tłok. Dojechaliśmy w ten sposób jedynie do Agdash, gdzie zdecydowaliśmy
się na zmianę drogi na boczną, równoległą. Od razu się uspokoiło, a przy okazji - dziewczyny
wyczytały w przewodniku, że niedaleko znajduje się ogromna stacja radarowa sowieckiego
programu kosmicznego. Z daleka widzieliśmy w górach jakieś konstrukcje, ale nie ma
możliwości zwiedzania obiektu - to teren wojskowy. Dalsza część dnia to przejazd
górskimi drogami, najpierw bocznymi, później główną, do Baku. To co widzieliśmy
na głównej drodze do Baku to materiał na inną opowieść. Wspomnę tylko tyle, że takiego
wariactwa na drodze dawno nie widzieliśmy. Na moich oczach kierowca Forda Transita
wypełnionego po brzegi ludźmi, mało go nie położył na zakręcie - tak ostro nas wyprzedzał.
Strach w oczach.
Wczesnym wieczorem dotarliśmy do przedmieść stolicy Azerbejdżanu - do Baku. Staraliśmy
się znaleźć zakwaterowanie poza stolicą, tak by mieć łatwiejszy dostęp do okolicznych
atrakcji. Jedyne co znaleźliśmy to potężne pola naftowe otaczające całe miasto.
Dziesiątki, a raczej setki niewielkich szybów naftowych, podobnych do tych, które
widzieliśmy w Muzeum Górnictwa Naftowego w Polsce. Z tą różnicą - że większość z tych
tutaj jest czynna. Sam widok nie należy jednak do najprzyjemniejszych. Bocznymi drogami,
klucząc wśród pól naftowych wjeżdżamy do Baku. Przedmieścia stolicy Azerbejdżanu nie
różnią się specjalnie od naszych polskich blokowisk. Zatrzymujemy się przy postoju taksówek
i po krótkiej rozmowie z młodym kierowcą mamy przewodnika do hotelu. Wybrał nam nienajgorszy
hotel - o ciekawej nazwie "Clear".
Dzień dwudziesty szósty - niedziela - 25.05.2008 r.
Wybrany wczoraj wieczorem hotel wyglądał na całkiem wysokiego standardu. Właściwie to
brakowało nam tylko klimatyzacji.
Przygotowując się w Polsce do wyjazdu, do Azerbejdżanu, Asia poznała pewną dziewczynę,
Azerkę, o imieniu Gunel, mieszkającą w Polsce i pracującą w ambasadzie. Za pomoc w
przejściu niezbędnych formalności, zadeklarowaliśmy się do zrealizowania małej przysługi -
do przekazania małej paczki jej mamie, mieszkającej w Baku. Asia próbowała wczoraj przez
cały dzień dodzwonić się do brata dziewczyny, bezskutecznie, więc dzisiaj rano spróbowała
zadzwonić do jej mamy. Rozmowa była zabawna - Asia prawie nic po rosyjsku, a z drugiej
strony, tylko w tym języku możliwa była komunikacja. Jakimś cudem jednak udaje się jej
umówić pod Basztą Dziewic na starym mieście.
Pakujemy więc wszystkie nasze manatki (nie mylić z manatami - lokalną walutą) i bazując
na linii brzegowej wyświetlanej przez naszego GPS`a, staramy się dotrzeć do centrum.
Nasz hotel zlokalizowany był kilka km od portu, więc czeka nas niezła przeprawa.
A mamy tylko godzinę. Baku, to potężne miasto, wydaje mi się, że sporo większe od naszej
Warszawy. Jest to też miasto na wskroś nowoczesne, w którym na dodatek sporo się
inwestuje. Drogi przelotowe i wylotowe z miasta są bardzo dobre, brakuje tylko oznakowania.
Po kilku nawrotach udaje się nam w końcu dotrzeć do starszej dzielnicy, gdzie nasze
Dyskoteki mają już mały problem z manewrowaniem między budynkami i zaparkowanymi przy
nich samochodami. Docieramy do samego centrum - nowoczesnej części miasta, która niczym
nie różni się od wielkich, europejskich metropolii. Docieramy do głównego bulwaru, biegnącego
wzdłuż wybrzeża Morza Kaspijskiego (a właściwie największego na świecie jeziora).
Zatrzymujemy się przy potężnym budynku, który zostaje naszym punktem orientacyjnym w
mieście - jest to świeżo wyremontowany Dom Sowiecki. Stąd już raptem kilkaset metrów do
starego miasta, znajdujemy więc wolne miejsca postojowe i ruszamy na spotkanie z mamą
Gunel. Docieramy do Baszty Dziewic kilka minut przed umówioną porą, ale ta pani była
jednak szybsza i już nas oczekiwała. Przesympatyczna, wesoła kobieta, która zaproponowała
nam wspólną wycieczkę po starym mieście. Niestety - w tym miejscu musieliśmy się rozdzielić
z Ewą i Januszem, bo wpadły im w oko pewne dywany ...
Poranek jest ciepły i słoneczny, ale od morza wieje przyjemna, chłodna bryza. Wspaniały
czas na zwiedzanie. Spędzając czas na miłej rozmowie z mamą Gunel odwiedzamy coraz to
ciekawsze zakątki. W rejonie baszty, znajdują się dwa karawanseraje i ruiny starego
bazaru. Jednak lokalne zabytki są nieco inaczej eksponowane niż np. w naszym Krakowie.
Między starą zabudową usytuowanych jest sporo współczesnych zabudować. Wprawdzie są nawet
nieźle wkomponowane, ale to jednak nie jest to. Spacerujemy sobie wzdłuż murów otaczających
częściowo starówkę i docieramy do pałacu, a właściwie kompleksu Sirvansahlar Sarayi -
najcenniejszego zabytku Baku (objętego ochroną UNESCO). Na wejściu kasa biletowa, gdzie
lokalnym zwyczajem uiszczamy opłatę ze wstęp, ale biletów nie uświadczamy, ale znając
tutejsze zwyczaje wcale się nie dopraszamy. Wycieczkę po kompleksie chcemy rozpocząć
właśnie od pałacu, ale tutaj czeka nas przykra niespodzianka - przy wejściu siedzi dziewczyna
z drogimi biletami, a co więcej - informuje, że nas, "inostranców" obowiązuje inna,
dwukrotnie wyższa taryfa. Zdegustowani tym faktem, rezygnujemy z wizyty we wnętrzach
pałacowych i koncentrujemy się na tym, co znajdujemy na zewnątrz. Odwiedzamy starą
medresę, grobowiec lokalnego pisarza, mały meczet szacha, mauzoleum - grobowiec jego rodziny
i ruiny hammamu. Kompleks zwiedzamy w towarzystwie wycieczki szkolnej (zastanawiam się,
czy jak ja byłem w ich wieku, to czy w towarzystwie mojej klasy zachowywałem się
tak samo okropnie?).
Wracamy spacerkiem do samochodów. Towarzysząca nam miła kobieta coś niespecjalnie nam
chyba wierzy, że cokolwiek przywieźliśmy jej od córki z Polski, bo chce się z nami
pożegnać i wracać do domu. Nie poddajemy się i prawie "siłą" zaciągamy ją na nasz parking,
gdzie zgodnie z obietnicą przekazujemy jej paczuszkę. Chyba brakło jej słów. Bardzo miła
osoba. I miłe spotkanie.
Wracamy do Janusza i Ewy i ruszamy na spacer po głównym bulwarze, a właściwie po Parku
Primorskim. Zahaczamy m.in. o molo, skąd mamy niezły widok na Baku, a także na platformy
wiertnicze ulokowane na morzu (widok nieco gorszy, o czym przekonamy się zapewne jeszcze
później).
Małe śniadanie na bulwarze (czyli kebab do łapki), potem deser i herbatka i właściwie możemy
opuszczać stolicę Azerbejdżanu.
Ale wokół miasta czeka na nas kilka atrakcji do odkrycia. Tylko jak to zrobić? Niektóre
miejsca Asia odnalazła w Google Earth, i mamy na nie przybliżone koordynaty GPS. Ale
wyjazd z miasta, w którym niektóre ulice mają po 6 - 8 pasów, i w którym nie ma prawie
w ogóle tablic drogowskazowych, nie jest łatwy, a co dopiero odnalezienie ciekawostek.
Mamy tylko nadzieję, że koordynaty okażą się prawidłowe.
Po kilkudziesięciu minutach jazdy docieramy do Ateszgiech, gdzie znajduje się zoroastriańska
świątynia ognia. Jest to kompleks, przypominający typowy lokalny karawanseraj, z tą
różnicą, że został wybudowany w miejscu, gdzie ulatniał się metan z podziemi i dzięki
temu cały czas płonął tu ogień.
Drugie miejsce - jest podobne. To Yanar Dag (nazwa coś dziwnie podobna do tureckich nazw gór).
Tym razem jest to zbocze góry, które cały czas płonie. W tym miejscu również ulatniają
się palne frakcje spod ziemi. I mamy wrażenie, że jeszcze nie zostało odkryte przez
turystów, bo gdyby nie dokładne koordynaty - w życiu byśmy tu nie trafili - jest to
kilkanaście km od centrum Baku, w środku wsi, ukryte za zabudowaniami. Oczywiście -
można dopytać. Tylko jak?
Po obejrzeniu płonącej góry wracamy do tematu serwisu naszych pojazdów. Udało im się już
przejechać parę km, w związku z powyższym, chyba zasłużyły na mały przegląd. Serwisów
jest sporo, tyle, że do większości warsztatów nasze Dyskoteki po prostu nie wjadą, są
za wysokie. Ale zanim przystąpimy do przeglądu, musimy zakupić oleje. Nie ma z tym
najmniejszych problemów, w każdym miasteczku jest co najmniej kilka takich sklepów.
Ja kupuję bez problemu polskiego LOTOS`a, Janusz również znajduje olej, na jakim jeździ.
Zaopatrzeni wracamy ze sklepu do samochodów. W pewnym momencie - zamieszanie, Ewie robi
się słabo. Co się okazało? Przed ich Dyskoteką stał młody byczek, przywiązany do słupa -
Ewa chciała go obejść, pewnie wystraszyła biedne zwierzę, które zareagowało dość
gwałtownie - zdarty naskórek na dłoni i wielki siniak poniżej pasa (nie powiem gdzie,
bo nie widziałem) - na szczęście nic wielkiego się nie stało, skończyło się tylko na
strachu - możemy jechać dalej. Chwilę później Ewa odzyskała cały wigor - dało się to
odczuć przez CB. Umówiliśmy się, że serwis zrobimy w miejscowości Qobustan, gdzie chcieliśmy
znaleźć nocleg, by nazajutrz zwiedzić park z rysunkami naskalnymi oraz odwiedzić miejsce
z wulkanami błotnymi.
Wyjechaliśmy z aglomeracji bocznymi, ale bardzo zatłoczonymi drogami. Qobustan znajduje się
na drodze do głównego przejścia granicznego z Iranem, więc jest to nam po drodze. A
najlepsze jest to, że zaraz za Baku, jak tylko nasza droga zbliżyła się do Morza Kaspijskiego,
to zmienia się w doskonałą dwujezdniową szosę. Wydaje się nam, że bardzo szybko dotrzemy
do miasteczka i zorganizujemy nocleg. Rzeczywiście - docieramy na miejsce bardzo szybko,
po drodze mijając kilka fotoradarów, nie przewidzieliśmy tylko jednej rzeczy - że
w miasteczku nie będzie żadnego hotelu. Postanawiamy zjechać na pustynię, w poszukiwaniu
wulkanów błotnych, wg koordynat, które spisała Asia. Niestety - tym razem było to pudło.
We wskazanym miejscu nie było nic, tylko płaska jak stół równina i kilka porzuconych
domostw, a w oddali jakaś niewielka osada nomadów. Ale miejsce nam się tak spodobało,
że postanowiliśmy się rozbić w nim obozem. Konieczne było tylko zdobycie wody. W tym
celu wróciliśmy się w kierunku miasteczka i dotarliśmy do miejsca, w którym są malowidła
skalne. Niestety, park o tej porze jest już zamknięty (pracują tylko do 16.30, a my
przyjechaliśmy koło 19.00) i na miejscu spotkaliśmy tylko policjanta. Mundurowy był bardzo
uprzejmy, sprowadził przewodnika i wpuścił nas do parku. W ten sposób udało się nam
obejrzeć malowidła naskalne. Ciekawe miejsce, na odludziu. Ewa rozmawiała z przewodnikiem,
od którego się dowiedziała, że w okolicy żyje mnóstwo żmij i że rozbicie się namiotem
nie jest najlepszym pomysłem. Ja przypuszczam, że znaki i informacje o żmijach mają być
tylko straszakiem na dzikich turystów, tak, by nie niszczyli przyrody i nie włóczyli się
po skałkach samopas.
Na koniec - chcieliśmy zapytać naszego przewodnika i policjanta o drogę na wulkany błotne,
nie potrafili nam powiedzieć, ale zaoferowali się, że ściągną przewodnika. W międzyczasie
do parku podjechał radiowóz i następni policjanci zaoferowali nam swoje usługi. Jadąc za
ich radiowozem dotarliśmy po kilkunastu km do miejsca - drugiej koordynaty (tym razem
prawidłowej) - gdzie znajdują się piękne wulkaniki błotne. Wszyscy mieliśmy tutaj wielką
uciechę. Nawet nasi policjanci. Jeden z nich odnalazł w sobie talent do robienia zdjęć -
wielką uciechę sprawiało mu fotografowanie nas. A same wulkany? Cóż - wulkan to może
zbyt wiele powiedziane. Ot małe pagórki, które sobie pomalutku rosną, wypluwając dość
nieregularnie pęcherzyki powietrza i błota. Po drodze mieliśmy inne zdarzenie, które
spowodowało, że od razu moje nastawienie do lokalnych żmij diametralnie się zmieniło.
Otóż, jadąc zauważyliśmy żmiję bardzo szybko przemieszczającą się po drodze. Policjanci
gwałtownie zatrzymali się i zaczęli rzucać w nią kamieniami tak długo, aż ją ubili.
Na pytanie dlaczego - odpowiedzieli, że jej ukąszenie jest śmiertelne i niedawno ich
kolega tak zmarł. Od razu nam przeszła ochota na spanie pod namiotem.
Po zakończeniu wspólnej wycieczki, policjanci wyprowadzili nas na główną szosę wylotową
do granicy. Dali nam również wskazówkę, że najbliższy hotel znajduje się w Sailan,
oddalonym o jakieś 45 km.
Po przejechaniu tych kilkudziesięciu km byliśmy już tak zmęczeni - kierowcy jeżdżą tu jak
idioci, zwłaszcza w nocy, więc jazda wymagała zdwojonej energii. Minęliśmy kilkadziesiąt
restauracji, a żadnego hotelu. Zatrzymaliśmy się więc w miasteczku i zatrudniliśmy
taksówkarza, który nas podwiózł do hotelu - jak nam się wydawało.
Dziewczyny poszły na rekonesans. Niestety - nawet zapłaciły - musiały być bardzo zmęczone,
do czego zresztą się przyznały. Hotel Kur w Sailan to obraz nędzy i rozpaczy - to
czteropiętrowy, całkowicie zapuszczony obiekt, który kiedyś miał swoje dziesięć minut.
Syf, brak wody, robactwo - spowodowało, że zweryfikowaliśmy nasze poglądy co do konieczności
odpoczynku w tym miejscu, spakowaliśmy nasze graty ponownie do samochodów, ba - nawet
oddano nam pieniądze, na co zresztą wcale nie liczyliśmy i ruszyliśmy dalej. Czekało nas
jeszcze ponad 100 km jazdy, a właściwie walki z irańskimi i azerskimi kierowcami.
Minęliśmy nawet jeden hotel w połowie drogi, ale akurat mieli wesele, więc trudno było
oczekiwać wolnych miejsc. Późno po północy dotarliśmy w końcu do Massali, gdzie znajdujemy
upragniony hotel. Jako ciekawostka - budynek jest bliźniakiem tego w Sailan. Tylko
standard inny.
Dzień dwudziesty siódmy - poniedziałek - 26.05.2008 r.
Poranek był ciężki. Nikomu nie chciało się jakoś wyjść z łóżeczka, więc nieco zbyt długo
leniuchowaliśmy. Poza tym - zamierzaliśmy przeznaczyć poranek na załatwienie serwisu
samochodowego, a że tutejsi nieco później zaczynają działanie niż my, więc specjalnie
się nie spieszyliśmy.
Zeszliśmy do samochodów, przygotować rzeczy i przepakować pamiątki. Gdy tak krzątaliśmy
się przy samochodach wzbudziliśmy zainteresowanie wielu mieszkańców, którzy z zapałem
towarzyszyli nam w pracach.
Jeden z nich - jak się okazało dyrektor i chyba również właściciel hotelu - zaprosił nas
najpierw na herbatkę po pracy, po której zaoferował nam pomoc w znalezieniu serwisu
i myjni (niestety Ewa nie zamierzała nam popuścić). Zostawiliśmy więc Asię i Beatkę
i pojechaliśmy. Po kilku próbach znaleźliśmy warsztat, w którym nasze Dyskoteki się
zmieściły. Zmieniliśmy olej i filtry, u mnie dodatkowo sprawdzony został poziom oleju
w dyfrach, reduktorze i skrzyni biegów, następnie zrobiona została przekładka kół
w mojej Dyskotece. A na sam koniec zostało już tylko mycie i czyszczenie, podczas którego
jasne już było, że w dniu dzisiejszym do granicy już nie pojedziemy (granicę z Iranem zamykają
o godzinie 19.00). Przez cały czas serwisu towarzyszył nam dyrektor hotelu, a gdy
już wróciliśmy zaprosił nas na wystawny obiad do swojej restauracji. Spędziliśmy
z Ahmedem, bo tak się nam przedstawił, całe popołudnie, po czym - zostaliśmy zaproszeni
przez niego na wizytę w Isni Su - uzdrowisku z gorącymi źródłami. Kąpiel w basenie
z wodą o temperaturze ponad 45 stopni Celsjusza zrobiła na mnie piorunujące wrażenie,
na tyle - że po dwóch 5 minutowych kąpielach zrobiło mi się nieco słabawo. Na szczęście
podczas kąpieli serwują doskonałą gorącą herbatę, która postawiła mnie na nogi.
Przed wizytą w uzdrowisku, Janusz wrócił do serwisu z zamiarem wymiany przedniego wału
i klocków hamulcowych. Po półtorej godzinie, gdy wracaliśmy z leczniczych kąpieli,
autko było gotowe, więc już razem wróciliśmy do hotelu.
Nasz nowy przyjaciel nam nie odpuścił i zostaliśmy zaproszeni na wieczorną kolację.
Niestety - mimo, że wieczór zapowiadał się rewelacyjnie (niechybnie skończyłby się
wielkim obżarstwem), musieliśmy naszego gospodarza przeprosić - jutro rano musimy
wcześnie wyjechać.
Niestety.
Nie mniej - Masalli to miejsce które będziemy bardzo długo i bardzo dobrze wspominać.
Gościnność w Azerbejdżanie przerosła wszelkie nasze oczekiwania. Mieliśmy wiele szczęścia,
że trafiliśmy na tak miłego i interesującego człowieka.
Dzień dwudziesty ósmy - wtorek- 27.05.2008 r.
Wstajemy bardzo wcześnie, pakujemy się i czekamy na naszego gospodarza. Zgodnie z
obietnicą przyjechał się z nami pożegnać a przy okazji zaprosił nas na ostatnia wspólną
herbatkę - bojąc się, że może się to przeciągnąć, grzecznie aczkolwiek stanowczo odmówiliśmy
i ruszyliśmy w kierunku granicy irańskiej.
Jazda w ciągu dnia po drogach Azerbejdżanu jest dużo spokojniejsza, nie mniej - również
ekscytująca. Przede wszystkim ruch jest dużo mniejszy.
Przygraniczne miasteczko Astara podzielone jest na dwie części - azerbejdżańską i irańską.
W tej pierwszej zatrzymujemy się na bazarze - dziewczyny muszą kupić odpowiednie stroje
na pobyt w Iranie. Pomni informacji zebranych jeszcze w Polsce pomagamy dziewczyną kupić
odpowiednie chusty. Aśka kupuje cały kostium w białym kolorze (zresztą bardzo twarzowy),
Ewa z Beatą - tylko chusty (Ewa nawet kilka). Zresztą stwierdziliśmy, że w sumie będzie
z tego nawet całkiem fajna pamiątka i prezenty dla bliskich. Po zrealizowaniu głównego
zadania zdecydowaliśmy się jeszcze na małe myszkowanie wśród straganów - ja chciałem
znaleźć coś odpowiedniego dla Tomaszka, niestety - w sprzedaży były tylko tandetne
chińskie zabawki. Szkoda. Wychodząc z bazaru zauważyłem mały warsztacik, który robił
małe gipsowe figurki (koniki i wielbłądy) - jestem ciekaw jak długo taki konik z Tomkiem
wytrzyma.
Po zakupach została nam krótka wizyta nad morzem, później śniadanie na stacji benzynowej
(normalne jajka sadzone z lokalnym chlebem i kawą smakującą jak nasz zbożowy "Turek").
Do samego przejścia granicznego prowadzi nierówna, gruntowa droga. Mamy nawet spore problemy
z jej znalezieniem. Po stronie Azerbejdżanu terminal nie jest zbyt wielki, musimy przejechać
przez odkrytą halę z kanałami (co wcale nie jest takie proste) i ... poczekać ponad
półtorej godziny, bo obsługa przejścia poszła sobie na obiad. Na przejściu znowu daliśmy się
naciąć na pierwszej bramce na opłatę 10$, a w drugim punkcie - jeden z oficerów zażądał
20$, ale natychmiast drugi doprowadził go do porządku i w sumie nie zapłaciliśmy już
więcej. Podczas oczekiwania na obsługę czas nam umilał młody żołnierz, mówiący świetnie
po angielsku. Zdradził nam kilka sekretów i polecił kilka interesujących miejsc (ciekawe,
czy uda nam się z jego propozycji skorzystać). W końcu dociera obsługa i kończymy
formalności po tej stronie granicy. Z duszą na ramieniu przejeżdżamy graniczny most
i pokonujemy pierwszą bramkę po irańskiej stronie. Początkowo wszystko idzie gładko.
Jeden z żołnierzy wypisuje nam karty identyfikacyjne, trafiamy na kontrolę graniczną,
gdzie w trybie pilnym załatwiamy sobie kolejne pieczątki i zostajemy skierowani
do budynku z szyldem "TIR & TRANZIT". Tutaj zostaje nam tylko jedna formalność -
odprawa wjazdowa samochodu. W międzyczasie poznajemy młodego Azera, mieszkającego
w Iranie, władającego świetnie językiem angielskim (jak nam wyjaśnił, jest nauczycielem
tego języka w astarskiej szkole). Dzięki niemu dowiadujemy się, że czeka nas kolejne
półtora godziny czekania, bo tym razem pracownicy tego biura zrobili sobie przerwę.
Dziewczyny zamknęliśmy w mojej Dyskotece i włączyliśmy im klimatyzację, żeby nie były
zbytnio marudne, a ja z Januszem zabraliśmy się za nawiązywanie nowych znajomości.
Poznaliśmy kilku tureckich kierowców TIR`ów, którzy podzielili się z nami bieżącymi
informacjami z terenu Kurdystanu, przez który przyjdzie nam wracać. Podobno nie jest tam
tak źle, ale czas pokaże jak będzie.
Nadeszła pora końcowej odprawy, celnicy pojawili się punktualnie o godz. 16.00 czasu
irańskiego (który w stosunku do naszego czasu przesunięty jest o dwie i pół godziny).
W międzyczasie okazało się, że przyda się w końcu z ciężkim trudem załatwiony karnet CDP
(dobiła nas nieszczęsna kaucja gwarancyjna - 15 tyś. złotych). Za to obyło się bez
jakichkolwiek opłat - nie licząc granic między krajami Unii Europejskiej - jest to
jedyny kraj jaki znam, do którego za wjazd nie była konieczna żadna opłata - oficjalna
czy nie. Z tego co dogadaliśmy się z celnikami, prawdopodobnie udałoby się nam
wjechać bez karnetu, ale wtedy konieczne byłyby dodatkowe formalności. A tak pozostaje
nam tylko pilnować, żeby w drodze powrotnej karnet został wypełniony poprawnie. Jeszcze
tylko przejazd przez terminal, oddanie kopii dokumentów na bramie wyjazdowej i po ponad
5 i pół godzinie jesteśmy w Iranie. Tyle czasu chyba jeszcze nie miałem przyjemności
spędzić na żadnej z granic. Zawsze musi być ten pierwszy raz.
Pierwsze km po Iranie i zaraz wyciągamy pierwsze wnioski. Kierujemy się na Ardabil,
droga jest świetna, chociaż pnie się ostro w górę (pokonujemy na dość krótkim odcinku
różnicę poziomu rzędu 1400 m), jest dobrze oznakowana - tablice i znaki opisowe są w dwóch
językach - farsi i angielskim (oby taka tendencja utrzymała się na terenie całego Iranu).
Policja również jest obecna, nawet całkiem jej sporo, a drogówka przemieszcza się nowiutkimi
Mercedesami klasy E (pozazdrościć). Nie możemy jedynie znaleźć żadnej stacji paliw.
Od granicy przejechaliśmy ponad 50 km i nie trafiliśmy na żadną. Cosik zaczęło nam
to paliwo śmierdzieć. W końcu trafiamy na jedną stację, ale obsługa jakoś nie jest
zbyt chętna, żeby nam to paliwo sprzedać. Po raz kolejny mamy szczęście. Na stacji
zatrzymuje się samochód, w którym jest młoda dziewczyna mówiąca po angielsku - nie
potrafimy jej wytłumaczyć o co nam chodzi, a właściwie, że potrzebny jest nam Diesel
do naszych samochodów. U nich to tylko ciężkie ciężarówki na takim paliwie jeżdżą i
w związku z powyższym, nie wszystkie stacje to paliwo sprzedają, co więcej - na wielu
z tych co mają wydzielone dystrybutory, oleju napędowego i tak nie ma. Ale poznana
rodzina nie daje za wygraną i każe nam jechać za sobą. W ich asyście pokonujemy cały
dystans do Ardabil, zatrzymując się prawie na każdej stacji i z każdej z nich odjeżdżając
z kwitkiem. W końcu zaoferowali się, że zawiozą nas do odległej o 20 km miejscowości wypoczynkowej,
gdzie znajdziemy hotel. Znaleźliśmy też w niej w końcu stację benzynową, na której tankujemy
Diesla. Niestety - obsługa nie chce przyjąć ani dolarów ani euro, więc ojciec poznanej
dziewczyny wykłada pieniążki za nas. Ja płacę 18 tyś. riali, za 110 litrów paliwa. Nie
było by w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że wzmiankowane 18 tyś. to równowartość
1,8$ (TAK - ZA 1$ W IRANIE MOŻNA KUPIĆ 60 dm3 OLEJU NAPĘDOWEGO - ISTNY RAJ).
Iran nam się strasznie już spodobał.
Koniec części IV.
Część V
Autor: Cyprian Pawlaczyk
Uczestnicy wycieczki:
I załoga:
- Joanna Zapęcka - niestety tylko do 07.06.2008 r.
- Beata Nowak
- autor
- Land Rover Discovery "Dyskoteka", 1996 r.
II załoga
- Ewa Jankowska - niestety tylko do 07.06.2008 r.
- Janusz Grzybowski
- Land Rover Discovery
Więcej zdjęć z wyprawy:
GALERIA ZDJĘĆ - ARMENIA GALERIA ZDJĘĆ - AZERBEJDŻAN