STRONA GŁÓWNA RELACJE Z PODRÓŻY
Powrót do części I
Powrót do części II
Powrót do części III
Powrót do części IV
Kwiecień - Czerwiec 2008 r.
W poszukiwaniu Jedwabnego Szlaku !!!!
Część V - Iran.
Dzień dwudziesty dziewiąty - środa - 28.05.2008 r.
Nasz dzisiejszy hotel, to chyba pierwsze miejsce, gdzie mamy okazję załapać się na śniadanie
w cenie noclegu. Też warto o tym wspomnieć, bo różne cuda jedliśmy. Podano coś w rodzaju
omletu z papryką, gotowane jajka, podsmażoną parówkę, gotowaną soczewicę i miód razem
z plastrem. Niezła mieszanka. Do tego jeszcze do wyboru herbata, kawa lub soki. Można
było sobie nieźle podjeść.
Po śniadaniu wróciliśmy do Ardabil. Tutaj pierwsze kroki skierowaliśmy na bazar. Dziewczyny
chciały kupić sobie coś bardziej odpowiedniego, by nie odróżniać się zbyt mocno z tłumu.
Włóczęga po krytym bazarze zeszła nam dość długo. Zobaczyliśmy nieco ciekawostek,
dziewczyny kupiły sobie długie "narzutki" i byliśmy gotowi do wyjścia w miasto.
Ciekawostką na bazarze jest to, że większość towarów ma swoje ceny wypisane na metkach,
a jeśli sprzedawca poda nam cenę, a my nie wyrazimy swojego zainteresowania, nie narzuca
się. Całość robi nieco inne wrażenie, niż na znanych nam arabskich targowiskach. Mamy nadzieję,
że dalej będzie lepiej. Nie chcielibyśmy tracić przyjemności targowania się na bazarach.
Po zakupach kierujemy się w stronę pierwszego banku z zamiarem wymiany euro na lokalne riale.
Okazuje się, że nie jest to aż taka prosta czynność. Nie w każdym banku można wymienić
obcą walutę. Ale szef banku oddelegował pracownika, który nas zaprowadził do właściwego
oddziału. Tutaj zadeklarowaliśmy kwotę - z naszej strony było to może z 15 banknotów.
Po podpisaniu niezliczonej ilości kwitów, wypiciu herbaty i odczekaniu ładnych paru
chwil pojawiła się nasza gotówka. Kwoty w banderolach. W sumie dostaliśmy ok. 10 milionów
riali w banknotach o max nominale 50.000 riali. Nie wiedzieliśmy, że należy zabrać
neseser na gotówkę.
Spacerujemy sobie główną ulicą miasta nazwaną imieniem Imama Chomeiniego. Po kilku
minutach marszu docieramy do skrzyżowania ulic w pobliżu którego znajduje się mauzoleum
szejka Safi Od-din`a oraz meczet Haji Fakr. Meczet niestety był zamknięty, ale do
mauzoleum mamy swobodny dostęp (oczywiście pod warunkiem wniesienia stosownej opłaty).
We wnętrzach znajdują się głównie grobowce oraz muzeum porcelany. Wnętrza zwiedzamy z
jakąś irańską drużyną sportową - chłopiska wysokie, tak że wszystko co ciekawe pozasłaniali.
Przy wejściu do mauzoleum postanawiamy sobie zrobić małą przerwę - ot, taki odpoczynek
na świeżym powietrzu. Chwilkę później jesteśmy już w towarzystwie całej (trzypokoleniowej)
irańskiej rodziny. Po kilku minutach zostajemy zaproszeni na obiad do ich domu - nie
mogliśmy jednak zaproszenia przyjąć, bo wiązałoby się to z koniecznością wyjazdu do
Teheranu. To już drugie zaproszenie do tego miasta - pierwsze otrzymaliśmy od rodziny
pomagającej nam kupić po raz pierwszy paliwo.
Po krótkim spacerze i wizycie w cukierni (słodycze mają tu doskonałe) ruszamy dalej.
Zanim jednak opuścimy miasto udaje się nam odnaleźć dwa piękne, kamienne mosty łukowe
(pierwszy z trzema, drugi z siedmioma łukami).
Droga między Ardabil a Tabriz jest w doskonałym stanie, bardzo dobrze oznakowana, tyle,
że nieco zatłoczona. W asyście wielkich i wiekowych ciężarówek (wiele z nich pamięta
lata 50-te i 60-te) przemieszczamy się górską drogą. Nasze auta po raz kolejny dostają
wycisk, pną się pomalutku w górę. Mimo że nie odczuwaliśmy tego, droga wiodła raczej
przez wyżyny niż góry, to wspięliśmy się na wysokość ponad 2000 m n.p.m.
Weryfikujemy nasze plany i decydujemy się na nocleg w Tabriz. Tyle, że należy najpierw
do miasta dotrzeć i znaleźć zakwaterowanie. A to już wcale nie jest takie proste.
Jeden z moich kolegów podróżników napisał mi, że jazda po Tabriz to jazda po piekle.
Nie wiele się pomylił. To co dzieje się na drogach tego miasta to piekło. Ciekawe jest
jednak to, że właściwie nie widzieliśmy żadnej stłuczki. Ba - nawet poobijanych samochodów.
Nie mniej - jeżdżą jak wariaci i nawet piesze przejście ulicy z jednej strony na drugą
jest nie lada wyzwaniem. Mimo monitoringu zamontowanego na większych skrzyżowaniach
zarówno kierowcy jak i piesi nie wiele sobie robią z sygnałów wysyłanych przez podobne
do polskich sygnalizatory. Generalnie światło czerwone jest ignorowane przez jednych
i drugich.
Znaleźliśmy budżetowy hotelik. Niestety właściciel tego przybytku jest wyjątkowo
komunikatywny, więc zanim udało się nam zorganizować parking dla naszych samochodów
przeżyliśmy troszkę nerwowych chwil - byliśmy nawet skłonni zmienić hotel, na szczęście
w końcu zostaliśmy wpuszczeni na sąsiadujący z hotelem wolny plac, do którego musieliśmy -
o zgrozo - wjechać pod prąd drogą jednokierunkową.
Po zakwaterowaniu i posileniu się przez całą niemalże drużynę ruszamy na podbój Tabriz.
Centrum miasta właściwie skupia się wzdłuż ulicy Imama Chomeiniego. Tutaj też znajduje
się Błękitny Meczet. Dość specyficzna budowla. W przeszłości pełnił funkcję świątyni,
dzisiaj jest to tylko pusty zabytek. W XVIII w. dwa trzęsienia ziemi w dużym stopniu
zniszczyły budowlę, która mimo poddaniu odbudowie nigdy już nie odzyskała dawnego blasku.
Nazwa wzięła się od błękitnych i granatowych mozaik, którymi były pokryte ściany zarówno
wewnątrz jak i na zewnątrz. Dzisiaj na zewnątrz pozostały jedynie fragmenty, wewnątrz
jest troszkę lepiej, nie mniej ślady odbudowanej części meczetu są zauważalne. Po świątyni
oprowadzał nas młody mieszkaniec Tabrizu, student, który na nas chciał poćwiczyć znajomość
języka angielskiego.
Przyszła pora na wizytę w centrum miasta. Ścisłe centrum to kilka ulic handlowych oraz
wielki, kryty bazar. Sam bazar podzielony jest na kilka sekcji tematycznych, my
zwiedzanie zaczęliśmy (zupełnie przypadkowo) od części jubilerskiej, ociekającej złotem -
czym prędzej ewakuowaliśmy się z niej i ruszyliśmy na włóczęgę po "normalnych" miejscach
targowych. Wg naszego przewodnika na bazarze upchniętych jest ponad 7000 sklepów,
kramów i stoisk. Nie sposób wszystkich odwiedzić. Nie sposób również trafić drugi raz w
to samo miejsce.
Pomalutku zaczyna zmierzchać. Zanim zrobi się całkiem ciemno zamierzamy jeszcze odwiedzić
pozostałości XV-wiecznej cytadeli. Niestety - miejsce nie jest dostępne dla turystów.
Obecnie jest to wielki plac budowy. Pozostały fragment cytadeli prezentuje się imponująco,
mimo, że z wszystkich możliwych stron obstawiony jest rusztowaniami, warsztatami i ciężkim
sprzętem. W jej sąsiedztwie powstaje chyba potężny meczet.
Jesteśmy już mocno zmęczeni i szukamy miejsca, w którym moglibyśmy odpocząć, coś zjeść
i napić się czegoś. Za nami przecież dość męczący i intensywny dzień. Po długim szukaniu
znajdujemy aż 4 bary szybkiej, irańskiej obsługi. Wybieramy jeden z nich i zamawiamy
jedyne co serwuje - grilowane mięso mielone z lokalnym pieczywem. Po sutym posiłku,
któremu tak naprawdę tylko ja dałem radę ruszmy do hotelu. Po drodze spotykamy dwóch
młodzieńców, z którymi wdajemy się w dyskusje "prawie" polityczną.
Przed snem korzystamy jeszcze z restauracji hotelowej, gdzie przy gorącej herbacie
dziewczyny próbują się rozliczać.
Dzień trzydziesty - czwartek - 29.05.2008 r.
Poranny wyjazd z Tabriz jest podobnym przeżyciem jak wczorajszy wjazd. Lokalni kierowcy
są niesamowici. Nie da się tego opisać. Nasze samochody zostają dosłownie porwane przez
prąd poruszających się pojazdów. Co ciekawe - większość głównych dróg jest wielopasowych,
a światła są ustawiane sporadycznie. Główne skrzyżowania są realizowane za pomocą rond
(i nigdy nie wiemy, kto na nich ma pierwszeństwo). A mimo to wszystko, mimo, że samochodów
mamy wrażenie jest więcej niż w Warszawie, ruch jest płynny. Po prawdzie, ani razu nie
zatrzymujemy się, nie stoimy w korku. Z zewnątrz wygląda wszystko niezwykle chaotycznie,
ale tak naprawdę to działa. Pozazdrościć.
Docieramy do odległego o ładnych kilkadziesiąt km Kandowan. Jest to mała mieścina.
Ale niezwykle specyficzna i urokliwa. Ulokowana jest na wzgórzu, na stokach którego
znajduje się mnóstwo form skalnych przypominających stożki. Wewnątrz porobione są
mieszkania, warsztaty, sklepy. Całość przypomina miejsca, które odwiedzałem kilka lat
wcześniej w tureckiej Kapadocji. Jest tu pięknie.
Włóczymy się po wąskich uliczkach, czasami musimy się wspiąć po stromych podejściach lub
nawet schodach. Znajdujemy kilka przytulnych sklepików zlokalizowanych wewnątrz skalnych domków,
a w nich za całkiem przyzwoite pieniądze kupujemy troszkę pamiątek.
Zanim jednak rozpoczęliśmy wędrówkę po pięknej mieścinie, na parkingu, koło naszych
samochodów, zaparkowały 4 inne samochody marki Land Rover Discovery II. Nasze przy nich
wyglądały jak silne, ale jednak ubogie krewniaki. Samochody miały tablice rejestracyjne
z Kanady, a wyruszyły również po "Jedwabnym Szlaku" tyle że z Chin. Po krótkiej rozmowie
wymieniliśmy się kontaktami - być może skorzystamy z ich pomocy podczas organizacji
następnej wyprawy.
Mniej więcej od wysokości miasta Azar Shahr jedziemy wzdłuż wybrzeża potężnego jeziora.
Z daleka mieni się ostrą bielą, co sugeruje, że jest podobne do mocno zasolonych jezior,
które widzieliśmy w Turcji czy Senegalu. Decydujemy się podjechać w ich kierunku - pierwsza
próba zakończyła się niepowodzeniem - wjazd na wilgotne dno wyschniętej części jeziora
kończy się utopieniem naszej Dyskoteki. Na szczęście chwilę wcześniej z Januszem ustaliliśmy,
że wjeżdżam tylko ja bo może być konieczność wyciągania samochodu. Auto zatrzymało się
po osie w solnej mazi. Na szczęście wystarczył kinetyk i zapał Janusza i po chwili
byliśmy znowu na twardym. Drugie podejście to podjazd asfaltem do małej wioski,
która - jak nam się wydaje - w sezonie jest niezłym kurortem, teraz jednak wygląda na
opuszczoną. W wiosce jest prymitywne, drewniane molo, którym docieramy do jeziora. Przed
nami piękny widok. Woda jeziora mieni się ciekawą kolorystyką - przechodzi od jasnego
różu w ciemne brązy - niesamowity widok. Z kolei na brzegu krystalizuje się sól przybierając
fantastyczne kształty w różnych kolorach. Miejsce jakby z innej bajki.
Nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie pobrali kilku grudek soli na pamiątkę (właściwie był to
niemały worek foliowy - parę kilo soli). W drodze powrotnej do samochodów odwiedzamy
mały sklepik, do którego na motorku przyjechał właściciel kilka minut po nas - musiał
widzieć, że nadjeżdżamy. Raczymy się polecaną przez podróżników lokalną colą nazywaną
Zan Zan. Zimna przypominała naszą Polo Coctę, którą pamiętam z lat wczesnej młodości.
Mijamy kilka miasteczek, w każdym jesteśmy bardzo przyjaźnie pozdrawiani. W pewnym
momencie Janusz proponuje postój na najbliższej stacji benzynowej w celu uzupełnienia
zapasów paliwa. Uzasadnia to tym, że na wielu stacjach paliwa jest brak, a na wielu za
Dieslem tworzą się horrendalne kolejki (my już zapomnieliśmy co oznacza stanie w kolejce
za paliwem, tu - jeszcze to pamiętają). Podjeżdżamy do pierwszej napotkanej stacji,
przy naszych dystrybutorach pusto więc od razu podjeżdżamy - niestety, pracownicy z
nieznanych nam powodów odmawiają zatankowania paliwa i kierują nas do pobliskiej budki.
Nie specjalnie wiemy po co, ich znajomość angielskiego była na poziomie naszej znajomości
farsi, ale poszliśmy - tu również niczego specjalnie się nie dowiedzieliśmy, ale za to
jeden brodaty gość kazał iść za sobą. Więc poszliśmy. Dotarliśmy do dystrybutora i jak
ręką odjął - mogliśmy zatankować. Obawiając się problemów z zakupem paliwa na kolejnych
stacjach zatankowaliśmy po 20 dm3 do zbiorników dachowych. Tak na wszelki wypadek.
W jednym z miasteczek zgubiliśmy drogę. Przejeżdżając przez jedno z rond zablokowaliśmy
naszymi Dyskotekami ruch na drogach przyległych - od razu pojawił się radiowóz i dawał
nam dźwiękowe sygnały. Zatrzymaliśmy grzecznie nasze maszyny, wziąłem mapę do ręki
i tak uzbrojony podszedłem do radiowozu. Zanim policjanci zdążyli się odezwać zasypałem
ich gradem pytań o drogę - troszkę ich zmieszałem, nie specjalnie wiedzieli co mi powiedzieć,
wsiedli do auta i kazali jechać za sobą - kolejny raz jedziemy w asyście policji.
I znowu się nam upiekło, bo na wylocie z miasteczka tylko nam pomachali na pożegnanie.
Ale to nie koniec policyjnych przygód tego dnia. Kilka km dalej, wyprzedziliśmy wlokący
się traktor na zakazie - pech chciał, że na górce stał kolejny patrol i tym razem
zatrzymał Janusza. Na szczęście - metoda na "głupa" zadziałała i zrezygnowany przedstawiciel
lokalnej władzy kazał nam jechać.
Późnym popołudniem docieramy do Zendan-e Soleiman - samotnie stojącej góry wśród otaczających
ją pól. Na parkingu GPS wskazał prawie 2200 m n.p.m., a nam się jeszcze zachciało
urządzać wycieczkę na szczyt - tym razem w ograniczonym składzie, bo Ewa nam coś zaniemogła
i została w samochodzie. Szczyt zdobywaliśmy w dość zabójczym tempie, więc na szczycie
mieliśmy już wszyscy serdecznie dość. A na samym szczycie - niespodzianka - wnętrze góry
jest puste, jest to krater o głębokości dobrze ponad 100 m. Od razu zadziałały mechanizmy
"lęku wysokości". Obeszliśmy krater dookoła, ktoś trafnie nazwał to miejsce "więzieniem Salomona"
- jeśli ktoś zostałby osadzony na dnie - wydostać się nie sposób.
Trzy km dalej znajdują się ruiny starej świątyni zoroastriańskiej, nazwanej "tronem Salomona"
dla ochrony przed arabską dewastacją. Monumentalna budowla trafiła na listę dziedzictwa
UNESCO w 2003 r. Całość składa się z murów warownych wewnątrz których znajdują się
malownicze ruiny i piękne jeziorko wulkaniczne. Całe to miejsce wygląda tak, jakby
zostało wybudowane na szczycie (a może raczej kraterze) wygasłego wulkanu. Z tego miejsce
roztaczają się również piękne widoki na okoliczne góry, zwłaszcza na Zendan-e Soleiman.
Późnym wieczorem docieramy do Takab, gdzie zamierzamy spędzić kolejną noc.
Dzień trzydziesty pierwszy - piątek - 30.05.2008 r.
Poranek rozpoczęliśmy od przyjaznej pogawędki z właścicielem starego "Hiszpana"
(jak nam się początkowo wydawało), czyli starego Nissana Patrola. Po otwarciu maski
zauważyliśmy błąd - samochód nie powstał w Hiszpanii, tylko w Iranie, a pod maską miał
wyjątkowo małego, 4-ro cylindrowego benzyniaka.
Jeśli chodzi o samochody terenowe, to całkiem sporo ich tutaj jeździ. Tyle, że są to
najczęściej Toyoty sprzed wielu lat oraz Serie Land Rovera. Można również zauważyć sporo
indyjskich kopii Jeep`a Willysa. I jakiegoś dziwacznego klona Serii bądź Defendera. Poza
nimi - prawie nic innego.
Chcieliśmy odwiedzić jaskinie Ali Sadr (podobno trzecia co do wielkości jaskinia na świecie),
ale troszkę zmieniliśmy plany. Ruszyliśmy ostro na południe. Dzisiejsza poranna nasza droga
wypadła za to w pobliżu innej jaskini - Karaftu. Zmierzając w jej kierunku opuściliśmy
irański Azerbejdżan i wjechaliśmy do prowincji zwanej Kurdystan. Jechaliśmy nowiuteńką
asfaltową szosą, która w pewnym momencie najzwyczajniej w świecie się skończyła,
ustępując szutrówce. Tutaj troszkę się pogubiliśmy i jak zwykle skorzystaliśmy z pomocy
lokalnych mieszkańców. Tym razem trafiliśmy na kierownika budowy nowej drogi. Przy okazji
obchodu prac wskazał nam drogę do jaskini.
Docieramy na parking, skąd czeka nas jeszcze kilkunasto minutowy spacer w górę. Miejsce
przypomina raczej skalne miasta z Kapadocji lub Wardzi, niż typową jaskinie. Jest to grupa
komnat połączona tunelami i wykutymi przez człowieka komnatami. Całość w przeszłości
musiało również spełniać własności obronne. Spacerując po kolejnych komnatach jaskini
poznajemy się bliżej wpierw z kurdyjskimi chłopakami, później całą kurdyjską rodziną.
Wszyscy chętnie pozowali nam do zdjęć i koniecznie chcieli mieć zdjęcia z nami. Co kraj
to obyczaj, bo do tej pory mieszkańcy odwiedzanych przez nas okolic raczej unikali zdjęć,
bądź się burzyli, gdy im się jednak fotkę (nawet przypadkową) zrobiło.
Jeden z regionów Iranu to Kurdystan. Jest zamieszkany głównie przez mniejszość kurdyjską.
Można to zauważyć przede wszystkim po ubiorach i zachowaniu mieszkańców. Mężczyźni noszą
bardzo obszerne spodnie i w miarę możliwości również bardzo długie włosy - starszy mężczyzna,
który był głową poznanej przez nas rodziny, miał włosy prawie tak długie jak nasza Beata.
Wycieczka była fajna, ale wchodzenie po licznych podejściach, schodach i drabinach tak nas
wymęczyło, że wróciliśmy czym prędzej do samochodów.
W wielkim upale docieramy do Sanandaj - stolicy irańskiego Kurdystanu. Motogrzybki znajdują
sobie zacienione miejsce na odpoczynek, a ja z dziewczynami nie dajemy za wygraną,
byle upał nie może dać przecież nam rady, i ruszamy na podbój miasta. Włócząc się wąskimi
uliczkami próbujemy namierzyć wejście do twierdzy. Znajdujemy nawet mury twierdzy, ale obiekt
nie jest dla nas dostępny. Najprawdopodobniej w dalszym ciągu znajduje się tam jednostka wojskowa,
niestety - nie znajdujemy nikogo, kto by potwierdził nasze przypuszczenia.
Niestety - dzisiaj jest piątek i większość lokali jest pozamykanych. Dotyczy to nie tylko
sklepów czy przyulicznych barów, ale także m.in. muzeów. A tutaj chcieliśmy zajrzeć do
Asif Divan - kurdyjskiego muzeum regionalnego. Jedyny zabytkowy obiekt, który jest
dzisiaj otwarty - to meczet piątkowy - ale wyłącznie dla wiernych, więc okazałą budowlę
podziwiamy wyłącznie z zewnątrz.
Rezygnujemy więc z poznania tego miasta i ruszamy w kierunku Kermanshah na obrzeżach
którego znajduje się piękny park Qesta, a w jego wydzielonym fragmencie można podziwiać
piękne reliefy skalne zwane również Taq-e Bostan. Zanim jednak będzie nam to dane przeżyjemy
z Januszem wiele dziwnych zdarzeń na drogach dojazdowych. Pomijając fakt ciągłej walki
o "życie" na drodze, podczas parkowania zostaliśmy niemalże zmuszeni przez policjantów
do jazdy pod prąd po jednokierunkowej drodze. Tutaj chyba nic już nas nie zdziwi.
Ok. 30 km dalej, znajduje się kompleks Bisotun. To już prawdziwe centrum turystyczne.
Wśród skał znajduje się wiele ciekawych reliefów, a poniżej piękny karawanseraj oraz
ruiny pałacu. Poszczególne obiekty są bardzo dobrze oznakowane i opisane, ale ich rozlokowanie
powoduje, że na zwiedzanie kompleksu warto poświęcić cały dzień, zwłaszcza, że jest to
również doskonałe miejsce do integracji z Irańczykami tłumnie przybywającymi w to miejsce
w celach piknikowych.
Późnym wieczorem docieramy do Kangavar, w którym planowaliśmy odpoczynek. Pierwszy
napotkany taksówkarz podwozi nas do jedynego hotelu w mieście. Hotelu to może zbyt mocno
powiedziane. Raczej noclegowni. Dostajemy pokój z trzema zbitymi z desek łóżkami,
na których sen to wielkie wyzwanie. Chociaż uczciwie należy powiedzieć, że dziewczyny
zdecydowały się na nocleg w tym miejscu dopiero za drugim podejściem.
Zobaczymy co będzie rano.
Dzień trzydziesty drugi - sobota - 31.05.2008 r.
Nocleg na twardych łóżkach zbitych z desek to nie lada przeżycie. Nasze kręgosłupy prawie
odmówiły posłuszeństwa. Wstaliśmy wcześnie bez żalu, każdy - z wyjątkiem Beatki, bo ta
spała jak zabita - w duchu cieszył się, że trzeba już wstać.
Wczoraj wieczorem, podczas poszukiwań noclegu, przypadkiem zaparkowaliśmy koło jedynej
atrakcji turystycznej miasteczka (nie licząc stacjonarnego "Wesołego Miasteczka") -
ruin świątyni słodkich wód Anahita. Dzisiaj rano mieliśmy ułatwione zadanie, bo wiedzieliśmy,
gdzie szukać. Objechaliśmy kompleks ruin prawie dookoła w poszukiwaniu głównego wejścia,
zanim je jednak znaleźliśmy to odkryliśmy solidną przerwę w tylnym ogrodzeniu, z której
skwapliwie skorzystaliśmy i weszliśmy na teren kompleksu. Niestety, nie jest to okazała
budowla, raczej gratka dla pasjonatów archeologii bądź historii. Jako, że my do nich nie
należymy, świątynia nas nieco rozczarowała. Nie mniej - na jej terenie znajduje się sporo
pozostałości po różnych zabudowaniach, a najbardziej okazale prezentuje się ściana z resztkami
kolumn. Pozostała część miasteczka także nie zachwyca, podobna jest do hotelu.
Przed ruszeniem w dalszą drogę ustalamy z drugą załogą ostateczny plan działań. Dzisiaj się
rozdzielamy - nasi towarzysze są już nieco zmęczeni, Ewa jest na dodatek przeziębiona,
z tego względu skracają nieco drogę i ruszają do Esfahanu. My obieramy kierunek zgodnie
z założeniami - Zatoka Perska. Dystans dzielący nas jeszcze od zatoki jest ogromny,
trudno więc stwierdzić dzisiaj, czy uda nam się do niej dotrzeć.
Kierujemy się na Borujerd, gdzie robimy ostatnie wspólne zakupy i huczne pożegnanie,
jedziemy jeszcze parę km wspólnie, zatrzymujemy się m.in. w Chalanchulan, gdzie stoi
stary murowany most łukowy, i w końcu, kilka km przed Dorud rozjeżdżamy się na dwie różne
strony.
My zaczynamy ostrą wspinaczkę w wysokie góry. W asyście irańskich TIR`ów pokonujemy
kilka górskich przełęczy (wszystkie grubo ponad 2000 m n.p.m.), co jest wielkim
wyzwaniem, bo przecież nasza mocno przeciążona Dyskoteka do rakiet nie należy - wspina się,
ale z wielkim mozołem.
Tak docieramy po kilku godzinach jazdy do Khorram Abad. W mieście znajduje się wiele
atrakcji (jak wynika z przewodnika), a najokazalszą widać już z daleka. Jest to twierdza
Falak-ol-Aflak. Część twierdzy w dalszym ciągu wykorzystywana jest do celów militarnych,
mamy więc drobne problemy ze znalezieniem właściwego wejścia na wzgórze. Pomaga nam młody
uczniak, ćwiczący na mnie swój angielski (trafił swój na swego). Wewnątrz twierdzy zlokalizowane
jest ciekawe muzeum etnograficzne prezentujące życie lokalnych nomadów. Z murów twierdzy
podziwiać można całe miasto w pełnej okazałości. Twierdza jest odrestaurowana ogromnym
nakładem kosztów i prezentuje się bardzo okazale. Podczas zwiedzania muzeum otrzymujemy
plan miasta wraz z wykazem ciekawostek. Zamierzamy z niego skorzystać po wyjściu z twierdzy.
Niestety - przy pomocy tego planu nie potrafimy znaleźć żadnego z zabytków. Odkładamy go
więc do torby i ruszamy na samodzielny podbój miasta. Włóczymy się m.in. po dzielnicy
bazarów, gdzie w końcu trafiamy na maleńki sklepik pełen różnorakich fajek wodnych.
Oczywiście - wpadamy na genialny pomysł, żeby zrobić tu zakupy pamiątek (zwłaszcza, że taki
jeden, współodpowiedzialny za nasz wyjazd, zażyczył sobie takową). Jak postanowiliśmy,
tak też zrobiliśmy - teraz tylko mały zgryz, jak to przewieźć do Polski, bo jedna z
części fajek jest wykonana ze szkła. Ale to już problem dziewczyn - muszą pokombinować,
jak fajki pozabezpieczać.
W Khorram Abad jest kilka starych, zabytkowych mostów. Wszystkie - z wyjątkiem jednego -
są czynne do dzisiaj. A ten nieczynny, najciekawszy, zlokalizowany jest w pewnej odległości
od centrum i z dotarciem do niego mamy największe problemy. Odnajdujemy go w rejonie wysypiska
na śmieci, ale w dalszym ciągu mamy kłopot z dostaniem się w jego pobliże - z opresji
ratuje nas starszy pan, zbierający do swojego pojazdu kamienie z rzeki, który prowadzi
nas przez różne chaszcze i po kilku minutach stoimy przed ruinami okazałego mostu -
Shekasten. Nasz nowy znajomy poczekał aż obejrzymy ruiny, po czym wskazał nam drogę
powrotną. Przy samochodzie - dziewczyny otrzymały jeszcze on naszego znajomego po jednym
melonie. Były zachwycone.
Kierujemy się cały czas na Ahvaz. Po drodze mijamy kilka małych, starych perskich mostów,
aż docieramy na przedmieścia Pool-i-Dokhtar, gdzie znajdują się okazałe ruiny wspaniałego
mostu wybudowanego za czasów Sasanianów. W dobrym stanie zachowała się ta część mostu,
która leży na tym samym brzegu rzeki co miasto. Pod jedynym ocalałym w całości łukiem
przebiega główna szosa tranzytowa. Pozostała część mostu leży w gruzach w rzece.
Dalsza droga na południe to ponowna walka z niezliczoną ilością wielkich irańskich ciężarówek.
A droga bardzo kręta, prowadzi nas raz ostro w górę, po czym ostro w dół. Do tego pogoda
nam nie do końca sprzyja - są silne wiatry, które utrudniają jazdę samochodem, a na dodatek
wzbijają w górę tumany piasku (takie ilości, że robi się w powietrzu piaskowa mgła
przysłaniająca nam piękne, skądinąd widoki. A jedziemy teraz po pustynnej nizinie,
poprzecinanej w wielu miejscach malowniczymi wąwozami. Po drodze mijamy kilka "piaskowych"
zamków oraz ruin mostów wzdłuż starej drogi.
Późnym wieczorem docieramy do Shush.
Dzień trzydziesty trzeci - niedziela - 01.06.2008 r.
Wita nas niezwykle gorący poranek. Jest tak wielki zaduch, że ciężko na dworze swobodnie
oddychać. Najchętniej nie opuszczalibyśmy naszego hotelu.
Wybieramy się na spacer po Shush. Nad miastem góruje wielki zamek (nie możemy go zwiedzić -
aktualnie prowadzone są w nim prace remontowe), obok którego znajdują się ruiny antycznego
Pałacu Dariusza. Niestety - z pałacu tak naprawdę zostały tylko fundamenty, które są
jednak tak rozległe, że musiało to być w przeszłości niezwykłe miejsce. W rejonie pałacu
znajdują się jeszcze inne ruiny, ale w jeszcze gorszym stanie. Pogoda nam wyjątkowo nie
sprzyjała, więc nie poświęciliśmy temu miejscu zbyt wiele czasu. Ruszyliśmy więc na
spacer po miasteczku, w którego centrum znajduje się małe mauzoleum z bogato zdobionym
grobowcem Dariusza. W samym mauzoleum jest skutecznie działająca klimatyzacja, więc wewnątrz
roi się od osób odpoczywających w przyjemnym chłodzie. Część mężczyzn śpi na podłodze,
część czyta, ktoś gra w jakąś lokalną grę. Po wyjściu - dziewczyny powiedziały, że w żeńskiej
części mauzoleum jest podobnie.
Wychodząc z mauzoleum zostaję zaczepiony przez sympatycznego Irańczyka, który
koniecznie chciał nas zaprosić do swojego domu na lunch. Nabraliśmy jednak wprawy w
dziękowaniu za takie zaproszenia i czym prędzej wróciliśmy do samochodu, w którym jest
zdecydowanie chłodniej. Przy okazji - w ostatnim czasie diametralnie zmieniła się (wzrosła)
ilość spożywanych przez nas napojów. Niewiarygodne ile w tym klimacie człowiek potrzebuje
płynów. Zmalały za to nasze apetyty.
Głównym celem naszych odwiedzin tego regionu jest Choqa Zanbil - elamicki ziggurat.
Zanim jednak docieramy do położonego ok. 40 km od Shush miejsca, odwiedzamy niewielkie
muzeum w Haft Tappeh, gdzie prezentowane są m.in. znaleziska z zigguratu. Tutaj zapoznajemy
się również z historią i lokalizacją poszczególnych części kompleksu.
Po krótkiej wizycie ruszamy na poszukiwanie wzmiankowanego miejsca. Jest ono położone
w środku terenów pustynnych, w bardzo nieprzyjaznym regionie. A dzisiaj jest tu wyjątkowo
niesympatycznie - wysokie temperatury i wiatr unoszący drobinki piasku. Po zakupieniu
biletów ruszamy z przewodnikiem, niestety człowiek ten nie mówi po angielsku, więc cała
jego rola ogranicza się do głośnych okrzyków oraz gwałtownej gestykulacji w co ciekawszych
miejscach - nawet zabawnie to wyglądało. Asia fizycznie nie wytrzymała wizyty i po zwiedzeniu
samej piramidy uciekła do chłodnego samochodu. A my próbowaliśmy dotrzeć jeszcze do grobowców
elamickich królów.
Ruszamy do kolejnej miejscowości - do Shushtar - z zamiarem znalezienia młynów wodnych
(które są podobno lokalną atrakcją). Już na wjeździe do miasta przekonujemy się, że nie
jest to jedyna atrakcja. Pierwsze co widzimy do piękny starożytny most kamienny nad rzeką
Dariyan. Później jadąc za wskazówkami (miasteczko jest bardzo dobrze oznakowane, wszędzie
bez problemowo docieramy) zwiedzamy ruiny zamku z wodnymi tunelami nawadniającymi okolice,
następnie docieramy do małej zapory, gdzie znajdują się wzmiankowane młyny wodne, które
wcale nie są największą atrakcją. Ciekawostką tego miejsca są niezliczone tunele,
przepusty wodne, liczne wodospady i ciekawa zabudowa. A także miły chłód bijący od wody.
W drodze powrotnej zatrzymujemy się jeszcze przy starym moście. W mieście próbujemy zatankować
samochód, niestety - nie możemy znaleźć żadnej stacji mającej olej napędowy. Są tylko
stacje z benzyną i CNG.
Ruszamy więc na trasę w kierunku Zatoki Perskiej i kilka km za miastem znajdujemy bez
problemu stację z naszym paliwem (znowu za równowartość 2 $ kupujemy ponad 110 litrów
paliwa - żyć nie umierać).
W największym upale jedziemy dość szybko w chłodnym samochodzie, gdy nagle skoczyła
temperatura chłodzenia silnika a spod maski zaczęła wydobywać się para wodna w ogromnych
ilościach. Otwieram maskę i wszystko jasne - rozwaliło korki w termostacie i w chłodnicy.
Na szczęście mam dwa korki, więc od razu przystępuję do naprawy. Niestety - nie mamy
wystarczająco wody do zalania chłodnicy, ale po kilku minutach zatrzymuje się koło nas
ogromna ciężarówka, której kierowca ratuje nas z opresji, wlewając całą wodę ze swojego
termosu do naszego zbiorniczka.
Znowu poznajemy się na irańskiej gościnności i chęci do pomocy, która jak się okazuje
jest szczera. Po ponad godzinnym awaryjnym postoju ruszamy dalej.
Docieramy do Ahwaz, gdzie ponownie muszę zajrzeć pod maskę - jeden z przewodów wodnych się
poluzował i mamy mały wyciek. Kilka minut i wszystko jest już w najlepszym porządku.
Teraz już bez większych problemów kontynuujemy naszą podróż w kierunku zatoki. Jedziemy
po terenach nie wiele różniących się od afrykańskiej pustyni. Z tą różnicą, że co trochę
mijamy kolejne zakłady przetwórcze ropy naftowej, a wzdłuż dróg, którymi się poruszamy,
wiją się setki km stalowych rur. Wzdłuż naszej drogi biegnie jakiś stary (może nawet
starożytny) trakt, bo mijamy dziesiątki pięknych, małych kamiennych mostków. Niestety -
oglądanie tych miejsc jest mocno utrudnione przez upał. I wszechobecny piaskowy pył.
Wczesnym wieczorem docieramy do Deylan. Zatrzymujemy się przy pierwszym napotkanym patrolu
policji i próbujemy się dopytać o najbliższy hotel. Policjanci nie potrafią nam wytłumaczyć
jak do niego dotrzeć, więc każą po prostu za sobą jechać.
Przywożą nas do Sea Star Complex. Jak się okazuje, tu w niedalekiej przyszłości będzie
znajdował się hotel, ale teraz jest to tylko mały sklep, przyjemna restauracja, mieszkanie
właściciela i niewykończona górna część. Właściciel obiektu nie był specjalnie zachwycony
wizytą policjantów z obcokrajowcami, ale po chwili namysłu (i chyba również po telefonie
do żony) zmienił oblicze i zaprosił nas na nocleg do swojego mieszkania. Wprawdzie mieliśmy
nocleg na podłodze w naszych śpiworach (w sumie oni wszyscy śpią prawie wyłącznie na
podłogach, widzieliśmy jak śpią dzieci gospodarzy - także na podłodze), ale za to w pokoju
mieliśmy klimatyzację. Warunki życia u naszego gospodarza były dość surowe, brakowało
jeszcze m.in. drzwi we wszystkich pomieszczeniach (Beatka musiała się wykąpać w łazience
bez drzwi i światła - my zrezygnowaliśmy z tej przyjemności). Nasz gospodarz - Reza -
zaprosił nas najpierw na mały poczęstunek u siebie w domu, który spożyliśmy w jego towarzystwie
i jego małżonki - Fatimy. Niestety Reza znał pobieżnie angielski, jego rodzina wcale,
ale to nie stanowiło problemu, bo zaprosił swojego przyjaciela, nauczyciela angielskiego
w pobliskiej szkole. Następnie zostaliśmy zaproszeni do zamkniętej już restauracji,
gdzie podano nam po królewsku kolację. Wieczór upłynął bardzo szybko, w miłej atmosferze,
na rozmowach o wszelkich dzielących nasze kraje różnicach. Poznaliśmy odpowiedzi na wiele
naszych pytań, nie mniej, najtrudniejszych nie mieliśmy odwagi zadać.
Po sutej kolacji udaliśmy się na zasłużony odpoczynek.
W naszej sypialni było bardzo przyjemnie, wprawdzie klimatyzator hałasował niemiłosiernie,
ale można było za to oddychać normalnym, chłodnym powietrzem, czego nie dało się zrobić
na dworze. Wystarczyło wyjść na taras, do toalety, by poczuć "diabelski" klimat Zatoki Perskiej.
Mała dygresja - kibelek był świetny - z widokiem na gwiazdy ...
Dzień trzydziesty czwarty - poniedziałek - 02.06.2008 r.
Nocleg u rodziny Rezy troszkę się przedłużył. Nie wiedząc o której godzinie normalnie wstają
pozwoliliśmy sobie na nieco dłuższe spanie. Poranna toaleta w otwartym kibelku i łazience
(dom nie jest jeszcze wykończony i brakuje m.in. drzwi) to wielkie wyzwanie. A jeszcze
czeka nas wspólne śniadanie - rodzina nie zamierza nas wypuścić "na głodnego". W sumie
to bardzo fajne, tyle, że znowu wyjeżdżamy dość późno. Całe spotkanie kończy się tym,
że ani za nocleg, ani za kolację nie zapłaciliśmy grosza. Nasza polska przysłowiowa
gościnność blednie przy gościnności irańskiej.
A na dworze ukrop. Mimo, że jesteśmy nad morzem, w końcu Zatoka Perska to też morze,
mimo, że od morza przyjemnie powiewa, to upał jest nie do zniesienia. Zaczynamy rozumieć
opinię podróżników, którzy twierdzą, że Persian Gulf to przedsionek piekła (tylko klimatyczny,
rzecz jasna).
Ruszamy w drogę. Jedziemy wzdłuż wybrzeża. Zatrzymujemy się w pierwszym miasteczku po
drodze - Emam Hasan - i robimy sobie postój nad samą zatoką. Nie wiemy, czy możemy się
tu wykąpać, zwłaszcza, że w pobliżu jest port i rafineria, poza tym - nie znamy lokalnych
zwyczajów odnośnie kąpieli kobiet. Nie mniej zdejmujemy obuwie, podwijamy nogawki i moczymy
nasze nogi w ciepłej wodzie. Przyjemna odmiana.
Dziwi nas tylko jedna rzecz - mimo wybrzeża, do tej pory nie widzieliśmy żadnych wczasowisk,
hoteli, etc. A miejscowość, w której zatrzymaliśmy się, wyglądała jakby nigdy żaden turysta
bądź wczasowicz nie jej nie odkrył. Może w następnej, większej miejscowości będzie lepiej.
Z tą myślą docieramy do Bandar-e Gonaveh. Niestety - tu jest jeszcze gorzej. To już
typowe nadmorskie miasto portowe, częściowo żyjące z handlu, częściowo z przemysłu,
ale na pewno nie z turystyki. Jesteśmy nieco rozczarowani, chociaż z drugiej strony,
można znaleźć cichy zakątek na plaży i odpocząć w samotności. Każdy medal ma dwie strony ...
Dzisiaj chcemy koniecznie dotrzeć do Shiraz. Tam podobno klimat jest już znośniejszy (miasto
leży dużo wyżej niż region zatoki). Ale przed nami kawał drogi w niespecjalnie znośnych
warunkach. Na dworze jest piekielnie gorąco. Wyjście z samochodu to uderzenie ciepła
z każdej strony (w aucie klima ledwo daje radę), a spacer w sandałach czy tenisówkach
jest prawie niemożliwy - ziemia jest tak rozgrzana, że parzy w stopy.
Koło południa mamy totalny "zgon". Wszyscy mamy tak dość, że postanawiamy się na chwilę
zatrzymać i odpocząć. Niestety nie jest to praktycznie możliwe, klimatyzacja na postoju nie
daje rady i zaczynamy się w środku gotować. Ruszamy więc dalej i docieramy do palmowego
lasu. Tutaj odpoczywamy chwilę w cieniu wysokich palm, dziewczyny szukają pamiątek (stara
wysuszona kora, świeże gałązki z daktylami), po czym próbują nauczyć się latać na daktylowych
wiechciach - niestety, to nie nasze miotły, więc z nauki latania nic nie wyszło.
Ze względu na sporą różnicę wysokości między regionami, nasza dzisiejsza droga to praktycznie
tylko wspinaczka. Ale za to mijamy piękne górskie wąwozy, widoki mamy pierwsza klasa.
Jedyny problem, to wolno jadące ciężarówki, które skutecznie blokują górskie odcinki dróg.
Koło godz. 15 docieramy do Qamemiyech. W okolicy tego miasteczka znajdują się ciekawostki
archeologiczne. W odległości ok. 10 km znajdujemy Tang-e Chogan, ciekawą jaskinię,
do której jednak musimy wybrać się spacerkiem. Spacerek, to troszkę źle powiedziane - czekała
nas niespodzianka - półtorej godziny ostrego marszu wysoko w góry, w pełnym perskim słońcu -
katorga. Na szczęście nasz przewodnik (bez którego w życiu nie trafilibyśmy do jaskini,
a już na pewno nie w tak krótkim czasie) był bardzo wyrozumiały. Niestety - Asia nie
wytrzymała tempa i w połowie drogi zdecydowała się zostać i poczekać na nasz powrót.
Ja z Beatą zdecydowaliśmy się na dalszą wędrówkę, czego później żałowałem. Nie wiem jakim
cudem udało nam się wdrapać na sam szczyt, ale przed jaskinią długo musieliśmy szukać
normalnego oddechu. Sama jaskinia to jedna wielka komora, przed którą stoi wielki posąg
lokalnego władcy. Powrót zajmuje nam nieco mniej czasu, ale jest równie męczący. Rozliczamy
się z naszym przewodnikiem, który na koniec prowadzi nas do małej wytwórni dywanów, gdzie
ceny są zdecydowanie niższe, niż w centrach turystycznych. Dziewczyny nie znajdują jednak
niczego godnego uwagi więc ruszmy dalej. Jaskinia znajduje się w dolinie, u wylotu której,
na skałach, znajduje się sporo reliefów (płaskorzeźb wykonanych bezpośrednio na skale).
Nieopodal znajdują się również ruiny sasanyjskiego antycznego miasta Shapur. Rzeczywiście
- całego miasta. Tak rozległego kompleksu ruin jeszcze nie mieliśmy okazji zobaczyć. Na
poznanie tego miejsca pewnie zabrakłoby kilku dni, skupiamy się więc na najważniejszych,
najlepiej zachowanych obiektach. Wśród ruin mamy okazję również zapoznać się z lokalną fauną
i florą. W tunelach zamieszkuje sobie rodzina maleńkich nietoperzy, a wśród skał co trochę
można zauważyć różne rodzaje jaszczurek. Ruiny upodobała sobie również lokalna odmiana
ostów, która akurat w tym czasie kwitła.
Wczesnym wieczorem ruszamy w dalszą drogę. Do Shiraz zostało nam raptem 120 km. Niewielki
dystans, na pokonanie którego musieliśmy przeznaczyć prawie 3 godz. Droga między Qamemiyech
a Shiraz ostro wspina się w górę kilkukrotnie przekraczając poziom 2100 m n.p.m. a wieczorna
pora to czas, kiedy na trasę ruszają wszyscy kierowcy po całodniowym odpoczynku. W wielkim
korku, obserwując wariactwa irańskich kierowców pokonujemy górski odcinek drogi i gdzieś
przed północą jesteśmy w centrum miasta. Znajdujemy sobie miły hotel, z zamiarem odpoczynku
przed zwiedzaniem miasta. Podczas parkowania samochodu dziewczyny zaobserwowały wielki
wyciek - w pierwszej chwili myślałem, że to nie nasz, ale plamy były zbyt świeże. Wizyta pod
samochodem uwidoczniła usterkę - pęknięty wąż hydrauliczny wspomagania kierownicy. No pięknie.
Przy pomocy obsługi hotelu został znaleziony i wezwany mechanik samochodowy, który po
około godzinie wziął się do pracy. Pierwsze próby połatania węża nie zostały zakończone
powodzeniem, więc mechanik zdemontował wąż i zadeklarował się, że rano przyjedzie z nowym
i naprawi. Pożyjemy - zobaczymy. Na razie nasze plany się mocno skomplikowały. Dziewczyny poszły
do pokoju, a ja zostałem z mechanikiem na dworze. W międzyczasie miałem przyjemność
poznać starszego pana, który przedstawił się jako Ghishar, z którym wdałem się
w pogawędkę na temat Iranu, podróży i naszej pracy. Zostałem również przez niego zaproszony
na herbatę i na pogawędce czas nam szybko uciekł. Do pokoju dotarłem późno - ok. 2.30.
Dzień trzydziesty piąty - wtorek - 03.06.2008 r.
Dzień rozpoczął się w hotelowej restauracji, gdzie ponownie spotkaliśmy się - tym razem
już w trójkę, z Gisharem. Niestety - nasz mechanik nie dotarł o umówionej godzinie.
Jest przed południem, a my nie specjalnie wiemy co ze sobą zrobić. Mimo wielkiego upału
i informacji od naszych przygodnych znajomych, że w dniu dzisiejszym (ze względu na ważne
święto - o ile dobrze zrozumieliśmy jest to rocznica śmierci Chommeiniego), wszystko będzie
pozamykane. Nie mniej - z nudów ruszamy zwiedzać Shiraz. Dzisiejsze oblicze miasta jest
zgoła odmienne od dotychczas nam znanego. O tej porze miasto wygląda na wymarłe.
Rzeczywiście, prawie wszystko jest pozamykane. Na szczęście dla nas niektóre sklepy spożywcze
są czynne, więc na bieżąco możemy uzupełniać nasze strategiczne zapasy płynów. Przy okazji -
w Iranie jest bardzo popularny nie gazowany sok z kawałkami owoców, marki RANI, sprzedawany
w puszkach. Tak nam przypadł do gustu, że pijamy go po kilkanaście puszek dziennie każdy.
Rewelacyjny, zwłaszcza dobrze schłodzony.
Opuszczając hotel zakładaliśmy, że chociaż obiekty turystyczne oraz meczety będą otwarte.
Z tym założeniem dotarliśmy na plac Shohada, przy którym znajduje się jeden z największych
i najlepiej zachowanych zabytków - twierdza Karim Khani - niestety - zamknięta. Ruszyliśmy
spacerem w kierunku nieczynnych bazarów, które musieliśmy obejść bocznymi uliczkami. Ale
spacer pustymi zaułkami również jest bardzo przyjemny, zwłaszcza, że możemy robić zdjęcia
praktycznie bez ograniczeń. Zupełnie przypadkowo docieramy do medresy Khan. Przeciętnie
wyglądający budynek wzbudza nasze zainteresowanie zdobionymi elementami wokół bramy,
która, jak się okazało, była nawet otwarta. Nieśmiało zajrzeliśmy do środka, a chwilę
później zostajemy zaproszeni do zwiedzenia tego miejsca. A w środku to już zupełnie inna
bajka. Budynek medresy został zbudowany na planie prostokąta, wszystkie pomieszczenia
znajdują się w zewnętrznych ścianach a wewnątrz wygospodarowano miejsce na zacieniony gaj
drzewek cytrusowych i niewielką sadzawkę. W cieniu i spokoju mieliśmy chwilę oddechu od
wielkiego upału. Zwiedzane miejsce jest czynną do dzisiaj medresą, czyli szkołą koraniczną.
Ta jest nawet dość duża, przeciętnie ma ok. 100 uczniów.
Kierujemy się na południowy zachód i po jakimś czasie docieramy do placu Ahmadi, gdzie
znajduje się jeden z najważniejszych obiektów w Shiraz - mauzoleum szacha Cheragh - miejsce
bardzo ważne, pewnie nawet kultu religijnego, do którego wpuszczani są praktycznie wyłącznie
muzułmanie, chociaż przewodnik nasz opisuje możliwość turystycznego zwiedzania obiektu.
Nasza trójka nie spodobała się chyba specjalnie strażnikom, więc mieliśmy okazję zobaczyć
mauzoleum tylko zza płotu.
Troszkę zdegustowani ruszyliśmy w drogę powrotną - chcieliśmy zobaczyć jeszcze stary karawanseraj
oraz meczet Masjed-e Vakil. Z zewnątrz obydwa obiekty prezentują się okazale, natomiast środki
zamknięte były w dniu dzisiejszym na cztery spusty. Nie pozostaje nam nic innego,
jak tylko wrócić do hotelu, zbliża się bowiem kolejna umówiona godzina spotkania z mechanikiem -
14.00. Zanim jednak wróciliśmy, robimy sobie krótki spacer po okolicznych hotelach -
musimy nasz opuścić (brak miejsc na kolejną noc - ze względu na święto, wszystkie pokoje
były już wcześniej zarezerwowane). Dziewczyny obejrzały wiele hoteli, ale były tak
zdegustowane klasą budżetową, że wróciliśmy w rejon naszego hotelu, w pobliżu którego znajdują
się inne hotele podobnego standardu. Nocleg znaleźliśmy w hotelu Hadish - jest to wygodny
apartamentowiec. Kilka minut po godz. 14.00 wróciliśmy do naszego hotelu, gdzie zastaje
nas informacja, że nasz mechanik ponownie nie dotarł - miła pani w recepcji ponownie
dzwoni do tego nie słownego człowieka, który tym razem informuje nas, że będzie gotowe
gdzieś na godz. 19.00. Szlag mnie mało nie trafił, ale co zrobić? W międzyczasie do Shiraz
docierają Janusz z Ewą. Po krótkim odpoczynku ruszamy ponownie do centrum, by wspólnie
zwiedzać miasto. Mimo, że część miasta obudziła się do życia, otwarło się troszkę więcej
sklepów i pojawili się ludzie na ulicach, to wszystkie odwiedzone przez nas wcześniej
obiekty były w dalszym ciągu zamknięte.
Po chwili zastanowienia ruszamy w kierunku zabytkowego mostu na rzece Khoshk. Most znaleźliśmy,
ale po rzecze ani śladu. Zaraz za mostem znajduje się ciekawy obiekt. Z zewnątrz niepozorny.
Na wewnętrznym dziedzińcu właśnie rozwijano dywany, pewnie są to przygotowania na jutrzejszy
dzień (to złe święto - jak je określił jeden z recepcjonistów w hotelu, trwa dwa dni),
co wcale nie przeszkadza nam w zwiedzaniu tego miejsca - a jest to grobowiec Hamze (pełna
nazwa brzmi Imamzadeh-ye Ali Ebn-e Hamze). Zostajemy zaproszeni przez Imama do wnętrza świątyni.
A tutaj wielka niespodzianka. Budynek wewnątrz jest imponujący. Wszystkie ściany są
wyłożone drobną mozaiką wykonana z tysięcy drobnych lusterek - w połączeniu z delikatnym,
zielonkawym oświetleniem daje to efekt zapierający dech w piersi. Poza tym - wewnątrz
jest bardzo chłodno, co pozwala nam w całkiem przyjemnych warunkach odpocząć i zapomnieć
na chwilę o technicznych kłopotach, czekających na nas pod hotelem.
Po opuszczeniu grobowca rozdzielamy się - Janusz z Ewą wracają do hotelu, a ja z dziewczynami
ruszamy taksówką na poszukiwanie kościoła ormiańskiego. Taksiarz podwozi nas w rejon
placu Ahmadi, skąd spacerem ruszamy na poszukiwanie kościoła. Nie jest to wcale łatwe
zadanie, bo co trochę gubimy się w wąskich uliczkach. Po kilkunastu minutach kluczenia docieramy
do małego placyku, gdzie - jak nam wskazał lokalny sklepikarz - za białą bramą znajduje
się kościół. Dzwonimy przez domofon i po chwili jesteśmy już na terenie przynależnym
do kościoła.
Poznajemy opiekuna tego obiektu, młodego chłopaka o niemożliwym dla nas do zapamiętania imieniu,
który oprowadza nas po tym miejscu, po czym zaprasza nas na herbatę do swojego mieszkania.
Kościół jest zamknięty - zostaje otwierany tylko raz w tygodniu, w niedzielę, na nabożeństwo.
Mieszkanie naszego przewodnika to tak naprawdę maleńki pokoik i mikroskopijna kuchenka.
Bardzo skromnie wyposażone. Zostajemy poczęstowani herbatą i armeńskimi, domowymi ciastkami.
Pycha, ale strasznie słodkie.
Po wizycie taksówką wracamy do hotelu, gdzie dowiadujemy się, że mechanik jeszcze nie
dotarł, i że prawdopodobnie będzie zrobione to na rano, jak nam powiedział jeden z managerów
hotelu - "mam nadzieję, że jutro rano wszystko będzie ok.". Ja mu odpowiedziałem, że nie
wierzę.
Wróciliśmy do hotelu, w którym przez pół nocy kombinowałem, jak rozwiązać problem. Przejrzałem
raz jeszcze wykaz części zapasowych i znalazłem na nim brakujący przewód. Rano postanowiłem
przeszukać skrzynie raz jeszcze.
Z tą myślą w końcu udało mi się w końcu zasnąć. A było już dobrze po godz. 2.00.
Dzień trzydziesty szósty - środa - 04.06.2008 r.
Dziewczyny zafundowały mi pobudkę krótko po 7.00. Byłem tak nieprzytomny, że nawet nie
wiem, jak dotarłem na śniadanie. W przeciwieństwie do wczorajszego, wystawnego, dzisiejsze
było bardzo, bardzo skromne. Mnie to nie przeszkadzało, bo byłem myślami na dachu Dyskoteki
i przeszukiwałem już skrzynie, ale dziewczyny nieco marudziły. W końcu wszyscy zjedliśmy
i ruszyliśmy do auta. Zacząłem rozgrzebywać skrzynie z częściami, a dziewczyny w międzyczasie
przepakowały do wolnej skrzyni na dachu nasze pamiątki. Poszukiwania zostały zakończone
sukcesem - rzeczywiście w skrzyni miałem przewód ciśnieniowy wspomagania, wprawdzie używka
ale jest. Wróciliśmy do hotelu, gdzie przebrałem się w robocze ubranie i razem z Januszem
poszliśmy założyć nieszczęsny przewód. Po godzinie pracy, uwalany jak święty turecki,
wylazłem spod auta z szczęśliwą miną i oznajmiłem wszem i wobec - gotowe. W tym momencie
Ewa mało nie wyszła z siebie. Chciała mi najpierw coś zasadzić, potem zmieniła plany -
została kanibalem. Ale miała racje - dupa ze mnie i tyle. Mogłem wcześniej sprawę załatwić
i tyle.
Po naprawieniu samochodu poprosiliśmy recepcjonistę z naszego pierwszego hotelu o ostatni
telefon do naszego mechanika z informacją, że auto jest sprawne i że chcielibyśmy odzyskać
tylko nasz przewód i uregulować należność za nocną akcję.
Poskutkowało - godzinę później nasz mechanik czeka z naprawionym przewodem pod hotelem.
Teraz pakujemy się do samochodów i możemy ruszać. Jest już dość późno, a po drodze jest
jeszcze tyle atrakcji.
Wyjeżdżamy z Shiraz i kierujemy się na główną drogę w kierunku Esfahan. Tą drogą jechała
do nas już nasza druga ekipa, stąd wiemy, że przynajmniej połowę drogi mamy do przejechania
dobrą czteropasmówką.
Docieramy do Persepolis. Wielkie ruiny są dzisiaj - w przeciwieństwie do wielu innych miejsc -
otwarte. Ale w związku z tym, że jest święto, w tym miejscu są tłumy. Tutaj już widać
komercję na wielką skalę. Jest kilka miejsc bardzo dobrze zachowanych, zwłaszcza dwa grobowce
skalne górujące nad całą okolicą, ale samo Persepolis to jedna wielka ruina. Pasjonaci
archeologii i historii znowu będą zachwyceni. Nam też się podoba kilka miejsc - ujmują
precyzją i rozmachem. Ale po prawdzie, to - przynajmniej dla mnie - zachowało się zbyt
mało, by móc sobie coś wyobrazić. Do tego jeszcze dochodzą wysokie temperatury i słońce,
które powodują, że tak naprawdę to koncentrujemy się na poszukiwaniu zacienionych miejsc.
Z drugiej strony - to miejsce jest zdecydowanie lepiej zachowane i opisane, niż większość
ruin, które mieliśmy okazję zobaczyć. Warto tu przyjechać, ale zdecydowanie w porze mniejszych
upałów.
Doskonała droga prowadzi nas przez górskie przełęcze. Mimo, że specjalnie tego nie widać,
to nasze Dyskoteki dostają ostro w ... (no, po podzespołach). Wspinamy się na wysokość
2559 m n.p.m. Ciekawe jest to, że są to tereny zamieszkałe, wokół jest sporo pól uprawnych.
Na tej wysokości toczy się normalne życie, a jak przypomnę sobie nasze polskie góry - ot,
w rejonie Babiej Góry, której wysokość ledwie przekracza 1700 m n.p.m. praktycznie rośnie
tylko trawa.
Kilka km przed zjazdem na Yazd, znajduje się spora jednostka wojskowa, w rejonie której
znaleźliśmy kilka ciekawych zabytków. Był to całkiem spory kompleks, z którego do dzisiaj
zachowały się ruiny karawanseraju oraz hamamu, a także kilku budynków pomocniczych. Ze
względu na obecność jednostki wojskowej, której nie wolno fotografować, obiekty zwiedzamy
razem z obstawą, składającą się z dwóch żołnierzy.
Zjeżdżamy z głównej drogi. Teraz poruszamy się zdecydowanie wolniej. W jednym z miasteczek
kupujemy cały worek brzoskwiń. Mam wrażenie, że po ich zjedzeniu przez długi okres czasu
już na brzoskwinie nie spojrzymy.
Jest już późno. Robi się wieczór. Po raz kolejny przychodzi nam się zmierzyć z irańskimi
kierowcami po zachodzie słońca. I po raz kolejny podczas atakowania górskiej przełęczy.
Nie jest to łatwe zadanie, zwłaszcza, że w kulminacyjnym punkcie droga wspina się na wysokość
2637 m n.p.m. (co jest na razie nieoficjalnym rekordem wysokości, na jaką się wspięła
nasza Dyskoteka).
W rejonie miejscowości Taft uzupełniamy nasze zapasy paliwa (znowu zatankowałem ok. 135 dm3
za równowartość 6 polskich złotych - niewiarygodne).
Późnym wieczorem docieramy do Yazd. Pierwszego napotkanego taksówkarza pytamy o upatrzony
hotel Moshir-al.-Mamalek. Taksówkarz podprowadził nas pod hotel, po czym pomachał nam
i odjechał bez jakiejkolwiek zapłaty.
Gdy Ewa poleciła nam hotel, w pierwszej chwili wystraszyliśmy się poziomu cenowego - ale
na miejscu okazało się, że za całkiem rozsądne pieniądze trafił się nam nocleg w wyjątkowo
pięknym miejscu.
Dzień trzydziesty siódmy - czwartek - 05.06.2008 r.
Ewa jest nieprzejednana i nieprzyzwoita. Pora o której wyciągnęła nas z łóżek była okropna.
Ale co robić? Idziemy na śniadanie, gdzie jedynym rozsądnym wyborem były jajka sadzone
i normalne pieczywo. Po śniadaniu obserwujemy przez chwilę dwie hotelowe papugi, które
coś podejrzliwie na mnie patrzą. Chyba dobrze zapamiętały sobie wczorajszą wieczorną
sesję zdjęciową, podczas której wielokrotnie otrzymały flashem po oczach.
Dzisiaj dajemy wolne naszym Dyskotekom. Po Yazd zamierzamy podróżować taksówkami, co rozwiąże
nam generalnie problem parkowania samochodów, a także umożliwi skoki z jednego miejsca
w drugie bez konieczności wracania do samochodów. To nawet wygodne rozwiązanie. Taksówkami
więc docieramy do placu Amir Chakhmaq, przy którym znajduje się kompleks o tej samej nazwie.
Jest to imponująca budowla, z dwoma wieżami. W dniu dzisiejszym w jej obrębie panuje z
rana spory ruch - spora ekipa sprząta po wczorajszych obchodach. Spacerujemy sobie ulicą
Chomeiniego, przy której zwiedzamy dwa meczety oraz przyglądamy się wieży zegarowej (nie
udostępnionej do zwiedzania, wewnątrz jest posterunek policji). Od wieży zegarowej docieramy
do imponującego meczetu piątkowego. Zanim jednak znajdziemy się w środku, dziewczyny
zaczynają kolejne zakupy w niewielkim sklepiku. Do mnie w międzyczasie podchodzi starszy
pan, który po informacji, że jesteśmy Polakami wita nas swojskim "jak się masz". Okazuje
się, że ma przyjaciół w Polsce, którzy od czasu do czasu odwiedzają go w Iranie. W jego
towarzystwie zwiedzamy meczet piątkowy. Jest to specyficzna budowla, ponieważ robi wrażenie
otwartej - główna część, przeznaczona do modłów jest niczym nie odgrodzona od zewnętrznego
dziedzińca. W sumie wygląda to dziwnie, aczkolwiek sam meczet jest piękny. Po wizycie w
meczecie ruszamy na poszukiwanie miejsca zwanego "więzieniem Aleksandra Wielkiego".
Chcąc dotrzeć w to miejsce, musimy odbyć dość długi, ale w sumie bardzo przyjemny spacer
po starym mieście. Cała zabudowa starówki w Yazd, z wyjątkiem frontów budynków przy głównych
ulicach, przypomina nam zabudowę jaką widzieliśmy m.in. w Mopti w Mali. Wszystkie budynki
zostały wykonane z błotnych cegieł suszonych na słońcu (podobnie jak w Afryce), a tynk robił
wrażenie jakby został wykonany z mieszaniny błota ze słomą.
Zabudowania są tak ciasno rozmieszczone, że między kolejnymi murami są przejścia nieraz
tylko metrowej szerokości (co troszkę przypomina Wenecję), a główne trakty pozwalają przeciskać
się motocyklom. Auta mają tutaj bardzo ograniczone możliwości ruchu. Spora część uliczek
jest przykryta zadaszeniami, podobnie zresztą jak tutejsze bazary, a takie miejsca mają
ciekawie rozwiązaną wentylację. Ponad zabudowaniami starówki co jakiś czas wystają
"Wieże Wiatru". Są to najczęściej wieże o przekroju kwadratu z wykonanymi od każdej strony
kanałami skierowanymi później do dołu - niezależnie od której strony wiatr nie wieje,
wpycha strugę powietrza do zabudowań. Wewnątrz, w stropach, w różnych odstępach (najczęściej
kilku, kilkunastometrowych) , wykonane są okrągłe otwory, którymi wypychany jest nadmiar powietrza.
Średniowieczni budowniczy tego miasta mieli wyśmienity pomysł - Yazd należy do najgorętszych
miast Iranu, a spacerując po starym mieście praktycznie się tego nie odczuwa.
Docieramy w końcu do placu Ziaee, przy którym jest najwięcej zabytków tego miasta.
Przede wszystkim wzmiankowane już "Więzienie Aleksandra", w którego zabudowaniach dzisiaj
mieszczą się sklepiki, kawiarenka i małą galeria, a także Grobowiec 12 Immamów. W pobliżu
jest również zabytkowy rezerwuar wodny oraz piękny dom Khan-e Lari. Ten ostatni wart
jest w szczególności zobaczenia. Pokazuje zupełnie inny obraz starówki, która z zewnątrz
wygląda bardzo jednolicie, wszystkie ściany, tynki są podobne. Natomiast wnętrza zabudowań
są przepięknie zdobione, drewniane drzwi i posadzki, kamienne wykończenia ścian, liczne
witraże, wewnątrz zabudowań jest również mały dziedziniec z oczkiem wodnym i małymi drzewkami.
To chyba w najlepszy sposób odzwierciedla mentalność Persów - na zewnątrz starają się być
skromni, nie pokazywać swojego bogactwa, ale w domu, we własnym środowisku chcą się czuć
jak najlepiej.
Jest już dobrze po 13.00. Słonko zaczyna nam mocno doskwierać, a Asia narzeka jeszcze,
że jest bardzo głodna. Ruszamy więc na poszukiwanie restauracji. Widzieliśmy jedną fajną,
ale nie jesteśmy pewni, czy uda nam się do niej ponownie trafić. Mamy szczęście - znajdujemy
to miejsce. Jest to restauracja hotelu Mehr, zlokalizowana w starych zabudowaniach hammamu.
Klimat rewelacja. Wprawdzie można zjeść normalnie jak w restauracji przy stołach,
nam jednak bardziej przypadł do gustu alternatywny wariant - jedzenie na rozłożonych na
ziemi matach i dywanach. Z jednej strony - nie jest to może najwygodniejszy wariant,
z drugiej, jak najbardziej tradycyjny oraz oryginalny. W czasie oczekiwania na zamówiony
posiłek wypisujemy pierwsze zdobyte podczas tej podróży kartki. W krajach kaukaskich
nie znaleźliśmy typowych widokówek, stąd nasi bliscy pewnie poczują się zawiedzeni,
natomiast w Iranie, pierwsze ładne kartki znaleźliśmy dopiero tutaj, w Yazd. Po sutym
posiłku ruszyliśmy w drogę powrotną do hotelu, by dołączyć do leniuchujących już naszych
towarzyszy. Droga powrotna nam wypadła przez kryte bazary, które w znakomitej większości
były jeszcze nieczynne - tutaj życie tak naprawdę zaczyna się dopiero po 17.00 i trwa
do późnej nocy.
Wróciliśmy taksówką do hotelu i też poszliśmy poleniuchować.
Późnym popołudniem, całą piątką, wynajmujemy dwie taksówki i ruszamy na podbój pozostałych
ciekawych miejsc, odległych nieco od centrum. Przy okazji, ceny taksówek są tu równie
niskie, jak i pozostałych usług i towarów. Jednorazowy przejazd to wartość ok. 1 - 2 $,
z kolei wynajęcie taksówkarza z samochodem na godzinę - to ok. 3 $. Są to tak śmiesznie
niskie ceny, że nie warto nam się samym tłuc po nieznanym mieście, co z pewnością zajęłoby
dużo więcej czasu. Należy jednak uważać - sporo taksówkarzy, zwłaszcza tych starszych,
lubi naciągać turystów. Przekonaliśmy się już o tym w Shiraz. Innym problemem jest brak
taksometrów w większości taksówek. W te ostatnie są wyposażone tylko odpowiednio oznakowane
pojazdy. Najlepiej więc dogadać cenę jeszcze przed zajęciem miejsca w taksówce.
Na pierwszy ogień bierzemy zabytki kultury Zoroastriańskiej. Ateshkadeh to świątynia ognia,
ulokowana w stosunkowo nowym (bo z lat 30 XX w) budynku, w niczym nie przypominająca świątyni
z Baku. Na trasie wylotowej w kierunku na Kerman, w odległości ok. 5 km od centrum Yazd,
znajduje się cały kompleks pogrzebowy zoroastriański. Przede wszystkim są to dwa niewysokie
wzgórza, na których znajdują się ruiny "Wież Ciszy" bądź "Wież Milczenia". Są to dwie
wieże, na których do końca lat 60-tych odbywały się makabryczne obrządki pogrzebowe -
mianowicie ciało denata zostawało pozostawiane na szczycie wieży sępom na pożarcie.
U stóp wież znajdują się pozostałości różnych budynków, a nieopodal - nowy cmentarz,
gdzie są chowani wyznawcy od czasu zaprzestania starego "obrządku".
Ostatnim punktem dzisiejszego "turystycznego" programu jest wizyta w świątyni zoroastriańskiej
Ghal`eh-ye Asadan, położonej w okolicach parku Shohada, gdzie dowiadujemy się nieco
więcej o tej kulturze (a właściwie wyznaniu).
Po tej wizycie wracamy do centrum, zwalniamy już naszych uczynnych taksówkarzy i ruszamy
na podbój centrum handlowego - w końcu należy wydać nieco Riali i zapełnić wolne skrzynie
pamiątkami z podróży. Na tej czynności czas nam bardzo szybko upłynął i do hotelu
wróciliśmy późno.
Jeszcze tylko krótka wizyta w necie - w końcu to nasze jedyne okno na świat - i udajemy
się na zasłużony odpoczynek.
Dzień trzydziesty ósmy - piątek - 06.06.2008 r.
Rankiem jakoś nie specjalnie chcieliśmy opuszczać ten wygodny hotel. Nawet papugom
daliśmy już spokój. Ale kolejny dzień miał przynieść nam kolejne wyzwania. Znowu zapowiada
się bardzo długa droga. Ale co robić?
Spotkani wczoraj turyści w świątyni zoroastriańskiej polecili nam jeszcze jedno ciekawe
miejsce związane z tym wyznaniem. Czak - czak, co w farsi znaczy tyle samo co kap - kap.
Jest to jeszcze jeden kompleks świątynny, tym razem w znacznej odległości od innych
siedzib. Jest to również miejsce wypoczynku wielu rodzin - podczas naszej wizyty wiele
osób szykowało się do pikniku. Miejsce jest pięknie położone, na stoku jednej z gór
wyrastającej niemalże z pustyni. Niestety, zostało oszpecone nieszczególną zabudową,
które funkcjonalnością przypomina pueblo, natomiast architekturą raczej czasy późnego
"Gierka". Wewnątrz świątyni wdajemy się w dyskusję z nauczycielem akademickim, która
niestety zeszła na tematy polityczne. Nam jednak trudno prowadzić taką dyskusję, bo polityka
to jest tak naprawdę jedyny punkt informacji o Iranie, który w całości pominęliśmy.
Ale cóż zrobić - spotykani ludzie często chcą z nami wymieniać poglądy także w tej
materii.
Wracamy pustynną drogą do Ardakan, skąd już czteropasmówką zmierzamy do Esfahan.
Mniej więcej w połowie drogi zatrzymujemy się na krótki postój - znowu trafiają się
nam nieźle zachowane ruiny karawanseraju, wokół którego włóczy się samopas małe stado
wielbłądów. Panujący upał zmusza nas jednak do kontynuowania jazdy, której nie przerywamy
do samego Esfahanu. Na przedmieściach miasta pałeczkę przewodnika przejmuje Ewa - zna
to miasto lepiej niż my, spędziła tu w końcu kilka dni. W ten sposób docieramy nad rzekę,
nad którą znajduje się cała masa hoteli. Cóż jednak z tego, skoro żaden z nich nie może
nam zaoferować noclegu w połączeniu z parkingiem. W jednym z hoteli dostaliśmy nawet
bilet wjazdowy na parking, który okazał się wielopoziomowym budynkiem. Niestety - tu również
nasze Dyskoteki nie miały czego szukać. Przejechaliśmy więc rzekę i - co dziwne - w pierwszym
hotelu (MELAL) przyjmują nas pozwalając zostawić samochody z frontu.
Meldujemy się w hotelu, korzystamy też z możliwości odświeżenia się, po czym ruszamy na
pierwszą wizytę w tym pięknym mieście.
Popołudniową wizytę w centrum rozpoczynamy od imponującego placu Imama. Jest to kolosalny
plac, który tak naprawdę jest jednym wielkim parkiem rozrywki otoczonym przez kompleks
zabudowań, w których mieszczą się dwa meczety, okazały pałac a także ogromny bazar.
Próbujemy dostać się do wewnątrz meczetów, ale w piątki niestety są one przeznaczone
wyłącznie dla wiernych. Decydujemy się (ja z wielkim trudem) na wizytę na bazarze. Mamy
małe plany co do pamiątek. Po krótkiej włóczędze trafiamy do sklepu z dywanami. I tutaj
zaczyna się prawdziwa zabawa. Ewa i Janusz zrobili tu wcześniej zakupy, natomiast na nas
ta przyjemność czekała do dzisiejszego wieczoru. A sprzedaż dywanów to wielki rytuał -
pierwszy krok to prezentacja zasobów, podczas których my zobaczyliśmy kilkadziesiąt
dywanów, natomiast nasz rozmówca określa sobie nasze możliwości. Następny krok - to
wybór odpowiednich dla nas wzorów i rozmiarów, który kończy się odłożeniem na bok 6
pięknych dywanów, z których docelowo decydujemy się na zakup 3 szt. Kolejny krok -
to podanie ceny początkowej przez sprzedawcę i rozpoczęcie negocjacji. A te trwały długo.
Ostatni krok, to sfinalizowanie transakcji (co ciekawe, tutaj można zapłacić kartą kredytową
VISA bądź MasterCard) i przyjacielskie pożegnanie. W ten oto sposób zostaliśmy szczęśliwymi
posiadaczami trzech pięknych dywanów. Po zakończeniu wizyty w sklepie dywanowym ruszamy
na podbój dalszej części bazaru, a na zakończenie wracamy pod główne wejście do meczetu
Imama, który o dziwo, jest otwarty, a nas nikt nie próbuje zatrzymać. Gdy jesteśmy
już na dziedzińcu orientujemy się, że jest pora modłów, więc wycofujemy się po cichutku,
z nadzieją, że jutro będziemy mieli więcej szczęścia.
Wracamy taksówkami do hotelu, przy czym nasz taksówkarz jeżdżący wieloletnim Paykanem,
nie do końca nas zrozumiał i zawiózł nas do kompleksu hotelowego, ale nie naszego.
Dopiero druga próba uwieńczona była sukcesem.
Po krótkiej przerwie decydujemy się na wieczorny spacer połączony ze zwiedzaniem i fotografowaniem
esfahańskich mostów. Niestety - zmęczenie dało znać o sobie, więc po wizycie na jednym z mostów
(Si-o-seh) i spożyciu posiłku wracamy do hotelu. W międzyczasie podziwiamy Irańczyków,
którzy masowo rozłożyli się po obydwóch stronach rzeki na trawnikach, w celu organizacji
wieczornych pikników. Troszkę inny sposób spędzania wolnego czasu.
Dzień trzydziesty dziewiąty - sobota - 07.06.2008 r.
Zaczyna się ostatni dzień pobytu w Iranie Asi i Ewy.
Motogrzybki znają już Esfahan, więc zamierzają sobie nieco odpocząć, natomiast dla
naszej trójki zaczął się bardzo intensywny dzień. Zaraz po śniadaniu bierzemy taksówkę
i ruszamy na podbój miasta. Tyle o nim czytaliśmy, że nie możemy sobie odpuścić. Na
pierwszy rzut wybieramy meczet piątkowy - taksówkarz zawozi nas tam błyskawicznie, więc
jesteśmy na miejscu przed 9.00. Wczoraj lokalni handlarze poinformowali nas, że dzisiaj
wypada kolejny dzień świąteczny. I chyba się to potwierdza, bo przy głównym wejściu
do meczetu mijamy świąteczną procesję, a brama niestety jest zamknięta. Zrezygnowani
decydujemy się na obejście meczetu dookoła i pomyszkowanie po okolicznych zaułkach.
Chociaż tyle będzie nasze.
Wąskimi uliczkami i krytym bazarem obchodzimy dookoła cały meczet i ponownie stajemy
przed główną bramą, która o dziwo - jest otwarta. Okazało się, że pracownicy meczetu
(który obecnie pełni raczej funkcję muzeum) zaczynają dopiero pracę o godz. 9.00,
a my byliśmy przecież przed czasem.
Meczet piątkowy to olbrzymi budynek z całkiem sporym dziedzińcem wewnątrz. Całość
prezentuje się okazale. Dopiero wizyta wewnątrz sal, których sklepienia podparte są na
kolumnach, pozwala odkryć drobne mankamenty. Otóż kolumny stoją jakby nie trafiały
dokładnie w miejsca, które powinny podpierać. Niektóre też sprawiają wrażenie dość mocno
odchylonych od pionu. Chociaż wygląda to na partaninę, stoi już od wielu lat. Może tak
miało właśnie być?
Drugi punkt programu w dzisiejszym intensywnym zwiedzaniu Esfahanu to powrót na plac
Imama. Taksówkarz zostawia nas przy fontannach, skąd pierwsze kroki kierujemy, a jakże,
na bazar. Musimy uzupełnić skromne prezenty dla naszych bliskich, a to już tak naprawdę
ostatnie miejsce w Iranie, gdzie możemy to zrobić. Spacerując po placu i myszkując po
stoiskach z licznymi (i niestety dość tandetnymi) pamiątkami, zauważamy, że mimo święta,
obydwa meczety mają otwarte bramy. Jesteśmy bliżej meczetu Szejka Lotfollaha, zwanego
również meczetem kobiecym (informacja zasłyszana od miejscowego przewodnika, który uważa,
że jest to wynik braku minaretów). Jest to niewielka budowla wewnątrz wyłożona piękną
mozaiką. Na tablicy informacyjnej wewnątrz odczytaliśmy, że jest to jeden z najładniejszych
meczetów w Iranie. Coś w tym jest.
Wczorajsza wizyta w meczecie Imama została zakończona niepowodzeniem - obowiązująca zasada mówi,
że w czasie modłów świątyń się nie zwiedza, więc nie chcąc przeszkadzać wiernym rzuciliśmy
tylko okiem na dziedziniec. Dzisiaj - to inna sprawa - po zakupie biletów mieliśmy
możliwość zobaczenia całego meczetu. W przeciwieństwie do swojego sąsiada ten meczet jest
wyjątkowo okazały. Wnętrza są obszerne i bardzo wysokie. Jedyne co szpeci, to rusztowanie
podtrzymujące płócienne przykrycie na głównym dziedzińcu. Szkoda, bo nie można zobaczyć
meczetu w pełnej okazałości, ale z drugiej strony - w czasie takich upałów, odrobina
cienia wiernym jest niezbędna.
Po wizycie w meczecie wróciliśmy do ulubionej czynności dziewczyn - do zakupów. Po
dłuższej chwili, obładowani jak nie wiem co, pakujemy się do kolejnej taksówki i
jedziemy do hotelu, gdzie zostawiamy zakupy. Taksówkarz po chwili oczekiwania zawozi nas
do dzielnicy Julfa (stara dzielnica ormiańska), gdzie czekają na nas (podobno) piękne
kościoły. Ale nasz taksiarz jest jakiś lewy (cały czas, gdy on nas wozi po dzielnicy ja
porównuję trasę z planem miasta), kluczy po zaułkach, uliczkach, skręca w niespodziewane
miejsca, jedzie ostro pod prąd ulicą jednokierunkową, etc. W końcu jednak dociera w rejon
katedry Vank gdzie oczekuje sowitej zapłaty. Tutaj jednak się zdziwił, nie dostał tyle
ile chciał, chociaż dziewczyny i tak uważają, że zapłaciłem mu za dużo. Niech ma.
Katedra Vank, to stara ormiańska świątynia, wewnątrz której znajdują się odnowione freski
przedstawiające sceny biblijne. Część z obrazów jest dość niecenzuralna, żeby nie
powiedzieć obrzydliwa. Tak widocznie artyści sobie wyobrażali poszczególne wydarzenia.
W obrębie zabudowań urządzono również muzeum ormiańskie, w której prezentowane są
lokalne rękodzieła, pamiątki po znanych Ormianach, płyty nagrobne i chaczakary. Osobną
część poświęcono problematyce konfliktu Armeńsko - Tureckiego. Ormianie Turków traktują
jak zbrodniarzy po wydarzeniach z początku XX w. Nam jednak te wydarzenia trudno oceniać.
Wychodząc z terenu katedry podziwiamy jeszcze wieże zegarową nad bramą. Spacerując
dzielnicą ormiańską mamy wrażenie, że to jakby nieco inny Iran. Uliczki czyste i zadbane,
wszędzie dookoła ładnie otynkowane zabudowania, małe ogródki. Wprawdzie mamy wiele
sympatii do miejsc takich jak starówka w Yazd, ale to nam również się bardzo podoba.
A tak na marginesie - mieszkańcy Julfy są chyba miłośnikami starych samochodów z napędem
na cztery koła marki Toyota - wszędzie ich pełno, a część doskonale odrestaurowana.
Docieramy do jeszcze dwóch ormiańskich kościołów, które jednak nie są czynne (nie są udostępnione
do zwiedzania), nie mniej - na teren jednego z nich udaje się nam wśliznąć i mamy okazję
podziwiać pięknie odnowiony dziedziniec tonący niemalże w roślinności.
Została nam niespełna godzina. Decydujemy się na ostatniego taksówkarza i szybką wycieczkę
po starych esfahańskich mostach.
Wróciliśmy do naszego hotelu, rozliczyliśmy się, zjedliśmy jeszcze ostatniego kebaba
i ruszyliśmy w drogę. Zanim udało się nam znaleźć właściwą drogę wylotową z miasta na
Teheran, objechaliśmy większość głównych dróg w Esfahanie. Byliśmy pod wrażeniem.
Możemy tylko pozazdrościć (mnie natomiast szlag trafia, gdy podczas rozmowy z Irańczykami
oni twierdzą, że mają kiepskie drogi - tutaj swobodnie można przyjechać sportowym wozem
i gnać ile wlezie).
Po godzinie jazdy robimy małą przerwę. Zjeżdżamy na stację benzynową uzupełnić nasze zapasy
(w aglomeracji nie mamy zamiaru stać w kolejkach za paliwem). Po zatankowaniu coś mnie
tknęło i zajrzałem pod samochód - a tam niespodzianka - krzyżak przedniego wału w rozsypce.
Trzeba było wejść pod samochód i nieco pod nim poleżeć. Asfalt był tak nagrzany, że nie
szło na nim usiedzieć, a na dodatek wszystko pod samochodem rozgrzane do bólu. Niestety -
ze względu na konieczność dojechania do lotniska w określonej porze, nie było czasu na
czekanie, aż auto ostygnie. Po godzinie udało mi się uporać z problemem, ale byłem
czarny i prawie usmażony. Ale mogliśmy ruszyć dalej.
Dróg z Esfahanu do Teheranu jest kilka, wszystkie w dobrym stanie, wszystkie zatłoczone.
My poruszaliśmy się starą autostradą, płatną (za odcinek ok. 100 km płaciliśmy równowartość
50 groszy), za to mającą na całym odcinku min 3 pasy ruchu w każdą stronę. Niestety -
poruszaliśmy się w tak wielkim tłoku, że właściwie nie było można się rozpędzić (nasze auta
wymagają dość długich prostych, by osiągnąć właściwe prędkości podróżne). Za to mieliśmy
świetne towarzystwo - bez przerwy byliśmy pozdrawiani przez kierowców i pasażerów mijających
nas samochodów, niektórzy robili nam zdjęcia, ktoś nawet nas filmował. Czuliśmy się jak
zwierzątka w ZOO, chociaż z drugiej strony to jest nawet przyjemne i zabawne.
Poza zatłoczeniem głównej drogi na Teheran zauważyliśmy jeszcze jeden problem - fotoradary -
ich koncentracja na tej drodze jest większa niż na naszej "bezpiecznej 8". Na szczęście
ograniczeń prędkości (do 120 km/h) nasze Dyskoteki nie były w stanie zignorować.
Dalszy przejazd w kierunku międzynarodowego lotniska (którego nie mieliśmy na żadnej z naszych map)
minął bez większych przygód. No może z wyjątkiem jednej, gdy minęliśmy zjazd na lotnisko
i musieliśmy się nieźle nakombinować, żeby wrócić na właściwą drogę. Ale to drobiazg.
Dotarliśmy na lotnisko, gdzie w lokalnym odpowiedniku McDonald`s spędziliśmy z naszymi
dziewczynami ostatnie minuty. Kilka minut po 22.00 Ewa zarządziła pożegnania - chcąc nie
chcąc wróciliśmy całą piątką do Dyskotek, z którymi zrobiliśmy sobie ostatnie zdjęcia,
daliśmy dziewczynom im bagaż podróżny i po krótkim pożegnaniu ruszyliśmy w dalszą drogę -
Ewa z Asią czekały na swój samolot na lotnisku, a Beata, Janusz i ja ruszyliśmy w dalszą
drogę.
Skończył się kolejny etap naszej podróży.
Szkoda, że dziewczyny musiały wrócić, nas jednak czekają jeszcze różne przygody.
Pierwsza z nich właśnie nadchodziła. Przejazd przedmieściami stolicy Iranu. Z założenia
zrezygnowaliśmy podczas tej wyprawy ze zwiedzania Teheranu - raz, że nie przepadamy za
wielkimi miastami (no, przynajmniej nie wszyscy przepadają), dwa, poruszanie się
samochodami po takiej aglomeracji to tylko strata czasu. Na celownik wybraliśmy więc
miejscowość oddaloną o jakieś 40 km od stolicy - Karaj.
Jakimś cudem wytrzymaliśmy walkę z wieloma atakującymi na raz nasze Dyskoteki kierowcami
i dotarliśmy do całkiem sympatycznego Hotelu Marmar, gdzie ponownie mamy kłopot z
zaparkowaniem samochodów.
Dzień czterdziesty - niedziela - 08.06.2008 r.
Śniadanie mamy dzisiaj mniej niż skromne. Tak naprawdę jest tylko jajko na twardo i
lokalne pieczywo. Do tego jeszcze herbata i sok. Ale wystarczy.
Podczas śniadania zaczepia nas starszy gość, mówiący całkiem nieźle po angielsku (nieźle =
w sposób dla nas zrozumiały). Po chwili jesteśmy z nim w całkiem niezłej komitywie -
wiemy, że jego babka była z Ukrainy, że on był kapitanem żeglugi wielkiej, że z bardzo
przykrych powodów przybył do Karaj (o ile dobrze go zrozumiałem, 10 dni wcześniej ktoś
zamordował jego brata, a on teraz dopełnia przykrych formalności). Nie wiemy ile w tym
prawdy. Wymieniamy się namiarami, robimy pamiątkową fotkę i ruszamy w drogę.
Karaj jest jednym z ościennych miast Teheranu. Ruch drogowy jest tutaj straszny. Panuje totalny chaos.
Na drodze nie ma tak naprawdę żadnych zasad, a policja próbująca sterować ruchem, światła
sygnalizacyjne i znaki drogowe są raczej traktowane jak luźne wskazówki, a nie polecania.
My sami starając się nie dopuścić do żadnego niebezpiecznego zdarzenia łamiemy przepisy
jeden po drugim (co dziwne, przychodzi nam to z dziecinną łatwością). Czasem mamy tylko
wrażenie, że na co poniektórym z kierowców - posiadaczy nowszych samochodów, robią wrażenie
przednie zderzaki naszych pojazdów. Ale tylko czasami.
Jakimś cudem wyjeżdżamy na główną drogę wylotową w kierunku Qazvin, do przedmieść którego
dojeżdżamy godzinę później. Zjeżdżając z autostrady widzimy zjazd na Alamut, szybka narada
i decyzja - i chwilę później już jedziemy w tym kierunku. Nazwa brzmi znajomo, gdzieś
w przewodniku wyczytaliśmy, że do zamku (bo to właśnie w Alamut jest najciekawsze) jest ok.
30 km. Ale nasze informacje okazują się dość nieprecyzyjne. Po przejechaniu ok. 30 km
w małej miejscowości znajdujemy znak, że do Alamut jest jeszcze 60 km. Hmm - jest to
zastanawiające i dość problematyczne, bo pierwsze 30 km przejechaliśmy ostro kręcąc po
górach. Następne wcale nie wyglądają lepiej. W sumie - droga prześliczna, piękna pogoda,
wokoło wysokie góry. Niestety - czasowo nie wystartowaliśmy dzisiaj dobrze i to teraz pokutuje.
Po przejechaniu kolejnych kilkunastu km znajdujemy znak na jeden z okolicznych zamków.
Jest to Hassan Saban. Ruiny starego zamku ulokowane są na wysokiej skale, co w zdecydowanym
stopniu utrudnia nam jego zdobycie, zwłaszcza, że nikt nie przewidział drogi dla naszych
maszyn. Jawna dyskryminacja, bo wąska ścieżka dla osiołków się znalazła. Ale co było
robić? Ruszyliśmy więc z mozołem i wdrapaliśmy się z wielkim trudem na samą górę (tylko
Beatce poszło coś bardzo gładko). Z zamku nie zostało zbyt wiele, za to poznaliśmy
kolejną osobę żywo nami zainteresowaną. Tym razem jest to Ahmed - opiekun całego
tego przybytku. Oprowadza nas po wszystkich zakątkach tego miejsca - dla niego musimy
być nie lada rozrywką. Sam zamek nie jest może specjalnie interesującym obiektem,
natomiast jego lokalizacja jest rewelacyjna. Podziwiamy piękne panoramy górskie i
rozkoszujemy się całkiem przyjemnym chłodem, którego generalnie brak nam na co dzień
w Iranie. Ale to jednak są wysokie góry - w końcu jesteśmy ponownie grubo ponad 2000
m n.p.m.
Po wizycie na zamku i zejściu do samochodów jest już tak późno, że nie ma sensu dalsza
jazda po górach w kierunku Alamut. Wracamy więc do Qazvin. W drodze powrotnej raz
jeszcze zbaczamy z głównej drogi by dotrzeć do małego, górskiego jeziorka Oven. Kolejne
bardzo urocze miejsce. Niestety - mieszkańcy pobliskiej wioski nie znają chyba jeszcze
walorów tego miejsca, bo jedyne osoby spotkane przez nas w tej okolicy to młodzi chłopcy,
myjący w wodzie motocykle. Na dodatek - zakaz kąpieli całkowicie nas zniechęcił do tego
miejsca.
Dalsza droga powrotna upływa bez przeszkód.
Docieramy do Qazvin - to całkiem duże miasto. I jest w nim kilka hoteli. Centrum zlokalizowane
jest wzdłuż ciągu ulic Talqani i Chomeini. Tutaj również znajdują się wszystkie hotele.
Niestety dla nas - praktycznie żaden nie ma parkingu mogącego pomieścić nasze "gabloty" -
tutaj popularne są parkingi podziemne bądź w bramach na tyłach budynków. Niestety -
bramy najczęściej mają max 220 cm wysokości, co skutecznie uniemożliwia nam korzystanie
z nich. W jednym z hoteli dowiedzieliśmy się, że jest jeden parking, ba - nawet nas tam
zawieziono. Niestety - na parkingu mieszczącym w normalnych warunkach ze 20 samochodów
tutaj zmieszczono ze 3 razy więcej. Zachodziła więc obawa, że w godzinach porannych
możemy nie dać rady wyjechać z tego miejsca. To przeważyło i zdecydowaliśmy się na
poszukiwania hotelu na obrzeżu miasta a nie w centrum. Trafiliśmy do hotelu MARMAR.
Wybraliśmy się jeszcze na małe zakupy, zjedliśmy sandwicza podobnego do przerośniętego
hot-dog`a i wróciliśmy do hotelu.
W pewnym momencie odzywa się mój telefon - Asia napisała do mnie SMS`a informującego
o wielkim wydarzeniu - dzisiaj grają Polacy z Niemcami na EURO. W tym momencie Janusz
złapał za pilota i znalazł irański kanał transmitujący mecz biało - czerwonych na żywo.
Niestety - przegraliśmy, ale jeszcze nie wiemy ile ...
Dzień czterdziesty pierwszy - poniedziałek - 09.06.2008 r.
Szybka pobudka, skromne śniadanie i wychodzimy z hotelu. Zebraliśmy się dzisiaj błyskawicznie.
Taksówką (rozpasaliśmy się ostatnio strasznie) pojechaliśmy do centrum. Rolę przewodnika
wzięła na siebie dzisiaj Beata - pierwsza jej propozycja to piękny dom Chechel Sotun -
jest to budowla o konstrukcji mieszanej. Parter jest murowany, z pięknym sklepieniem,
piętro to konstrukcja w zdecydowanej części drewniana - wrażenie robią przede wszystkim
drewniane witraże. Wewnątrz zlokalizowane jest niewielkie muzeum. Po opuszczeniu muzeum,
całkiem przypadkowo natrafiliśmy na pocztę, która co ciekawe - była czynna. W końcu udaje
się nam wysłać pierwsze kartki z podróży. Ciekawe kiedy dotrą do adresatów. A przy okazji -
na poczcie znajduje się okienko filatelistyczne, gdzie znaleźliśmy piękne znaczki - chcieliśmy
rzecz jasna kupić na pamiątkę, ale uprzejma pani w okienku poinformowała nas, że nie
jest to możliwe. Pomyśleliśmy, że może jest za wcześnie i postanowiliśmy wrócić tu w drodze
powrotnej.
Poranny spacer po Qazvin jest całkiem przyjemny. Dzisiaj nie przywitał nas upał. Co więcej -
wychodząc z hotelu mieliśmy wrażenie, że jest dość zimno. Wprawdzie dość szybko słoneczko
dało znać o sobie, ale upału nie było. Poszliśmy więc na spacer po mieście, odwiedzając
co ciekawsze miejsca. Minęliśmy wielką bramę miejską Ali Qapu, skąd dotarliśmy do meczetu
piątkowego. Dzisiejszego poranka na terenie meczetu spotkaliśmy praktycznie tylko uczniów,
wertujących swoje notatki, korzystając z cienia dającego przez nisze meczetu. Poza tym
panował niczym niezmącony spokój. Tutejszy meczet piątkowy tak naprawdę nie odbiega
konstrukcyjnie od innych tego typu odwiedzonych przez nas budowli, różni się tylko
detalami wystroju. Takie przynajmniej odniosłem wrażenie.
Meczet opuściliśmy tylnym wyjściem i bocznymi uliczkami dotarliśmy na bazar. Po drodze
minęliśmy całą plejadę motoryzacyjnych zabytków - stare Jeep`y, Citroeny, Nissany, Dodge`e,
Chevrolet`y etc. Z obejrzanych przez nas dzisiaj samochodów można by zbudować całkiem
spore muzeum motoryzacji. Niektóre z nich to okazałe modele. Z kolei miejscowy bazar
nie różnił się niczym od odwiedzanych do tej pory. Nasz spacer zakończyliśmy przy budynku
poczty, do którego wróciliśmy po znaczki. Tym razem rozmawiamy z szefem okienek, który
nie powiedział nam nic innego. Nie sprzeda i koniec.
Wróciliśmy więc do hotelu, spakowaliśmy samochody i ruszyliśmy w drogę.
Wyjazd z miasta nie był prosty. Objechaliśmy Qazvin niemalże dookoła zanim udało się nam
wyjechać. Ale tragedia czekała nas dopiero na drodze do Rasht. To co wyprawiali kierowcy
na trasie, zwłaszcza jeden bałwan autokarem, przerastało wszystko co widziałem do tej
pory. Na krętej górskiej drodze, kierowca kilkudziesięcioletniego autokaru mało nie
zepchnął Dyskoteki Janusza z drogi, po czym, jak gdyby nigdy nic - powtarzał te manewry
na kolejnych ofiarach - zgroza.
Dotarliśmy do Lowshan, gdzie musieliśmy zrobić małą przerwę techniczną. Janusz skontrolował
układ wysprzęglania, a ja w tym czasie zrobiłem kilka fotek. W miejscowości znajduje się
piękny, wykonany z cegieł, stary most.
Kilka km dalej diametralnie zmienia się pogoda. Zaczyna wiać bardzo silny wiatr i zacina
deszczem. A im bardziej zbliżamy się do wybrzeża Morza Kaspijskiego tym jest coraz gorzej.
Zresztą - ten teren chyba należy do bardzo wietrznych, bo w jednej z kolejnych miejscowości,
Manjil, obserwujemy potężne pole, na którym pracuje kilkadziesiąt wiatraków. Tutaj jest
też spore sztuczne jezioro, za którym znajduje się potężna zapora.
Przed Rasht pogubiliśmy się nieco. Nie mogliśmy odnaleźć drogi na Fouman, skąd wiedzie
droga do Masuleh. Po kilku próbach w końcu udaje się nam odnaleźć dobrą drogę. Mimo, że
pogoda jest niespecjalna, czujemy się wyśmienicie. Duża wysokość plus duża wilgotność
plus piękne, zielone lasy sprawiają, że czujemy się prawie jak w polskich górach.
Wjeżdżamy do Masuleh. Jest to mała miejscowość, w której budynki są budowane na wielu
poziomach. W ten sposób powstała jedna wielka konstrukcja, w której dachy dolnego
poziomu są tarasami dla wyższego. Całość została wybudowana bardzo przypadkowo, a teraz
jest troszkę zaniedbana. Duża część tarasów zagospodarowana jest na bary i palarnie fajek,
a w wielu domach są sklepy z pamiątkami. To wszystko powoduje, że wizyta w Masuleh jest
niezapomnianym przeżyciem.

Do miejscowości dochodzi tylko jedna droga asfaltowa. Pozostałe drogi są szutrowe i ciągną ostro w górę. My nie chcemy wracać się przez Fouman (dookoła), więc idąc za radą jednego z mieszkańców ruszamy ostro w górę po szutrowej drodze. Droga wspina się ostro, jest wąska i cały czas wiedzie wzdłuż przepaści. Na nasze szczęście przez zdecydowaną większość podjazdu jest gęsta mgła, więc nie widzimy tego co po boku. Do przejechania - wg pytanego - po szutrowej drodze jest tylko 15 km, co w rzeczywistości daje dobrze ponad 60 km. Ale co tam, ważna jest frajda. Jak tylko osiągnęliśmy najwyższą przełęcz na drodze, diametralnie zmienia się pogoda. Przestaje padać, mgła się rozmywa, słoneczko przygrzewa. Za to, podczas naszego przejazdu, wzbijamy samochodami tumany kurzu, co od razu widać na naszym lakierze. Wczesnym wieczorem dotarliśmy do Khalkhal, gdzie znaleźliśmy skromny, ale sympatyczny hotel. Podczas, gdy moi towarzysze dokonują formalności meldunkowych, ja podjeżdżam do pobliskiego warsztatu, gdzie za dosłownie parę złotych mechanicy od ręki wymieniają krzyżaki w moim wale. Ja w tym czasie zajmuję się nieco moją Dyskoteką (wymieniam filtr, kilka spalonych żarówek, no i robię w końcu troszkę porządku w środku).
Dzień czterdziesty drugi - wtorek - 10.06.2008 r.
Dzisiejszy dzień z założenia przeznaczony miał być tylko na tranzyt w rejon tureckiej
granicy. Niestety - nasz czas przeznaczony na Iran dobiega końca i trzeba już myśleć
poważnie o powrocie do domu. A droga przed nami jeszcze długa.
Wyjeżdżamy z Khalkhal i górskimi drogami, pomalutku przebijamy się do Miyanech, skąd już
dobrą, ale zatłoczoną drogą jedziemy do samego Tabriz.
Mijamy dość szybko Tabriz, następnie Marand. Tutaj decydujemy się na zmianę kierunku -
skoro tak szybko dotarliśmy aż tak daleko, to możemy zobaczyć jeszcze dzisiaj coś ciekawego,
zwłaszcza, że w tej części Iranu jest co oglądać. Decydujemy się na przejazd przez Jolfę -
jest to miejscowość przygraniczna, z przejściem granicznym do Republiki Nachichewańskiej
(terytorium Azerbejdżanu). Tutaj musimy jechać wzdłuż granicy, którą na tym odcinku stanowi
rzeka Araz. Trasa biegnie pięknym wąwozem, który o tej porze jest przepięknie oświetlony.
Dodatkową atrakcję stanowią ruiny zniszczonego mostu, kilku ciekawych kościołów i karawanseraju.
Kiedy zbliżamy się do mostu, z wieży strażniczej ostro wykrzykuje do nas żołnierz -
zrozumieliśmy to jako zakaz, więc zrobiliśmy kilka fotek i wróciliśmy do samochodów.
W największym spokoju podjechaliśmy do karawanseraju, gdzie przyglądaliśmy się robotnikom
prowadzącym rekonstrukcję obiektu, po czym podjechaliśmy do ruin pierwszego z kościołów - Choopan.
Kiedy zwiedzaliśmy to miejsce na motorze podjechał do nas żołnierz z policji wojskowej i
zaczął dość niesympatyczną rozmowę, z której wynikało jednoznacznie, że tą drogą wolno
nam tylko jechać, bez zatrzymywania i robienia zdjęć. Po kontroli dokumentów i zrobieniu
z naszej strony kilku niewinnych, aczkolwiek dość głupawych min, żołnierz w poczuciu
swojej wyższości odjechał. My pojechaliśmy dalej w swoją stronę, nic sobie nie robiąc
z zakazów.
W ten sposób dojechaliśmy do jednego z najważniejszych zabytków tego rejonu - do kompleksu
klasztornego św. Stefana. Zlokalizowany u stóp wysokich gór warowny klasztor robi ogromne
wrażenie. Mimo, że w dużym stopniu właśnie poddawany jest renowacji. Wewnątrz murów znajduje
się stary kościół, patio i stare zabudowania klasztorne, które obecnie adaptowane są chyba
na pokoje noclegowe.
Najkrótsza droga do granicy tureckiej wiedzie w dalszym ciągu przy rzece i przy granicy
azerskiej. Podróżując tą drogą mamy mieszane uczucia. Niby rzeka stanowi naturalną barierę,
ale wzdłuż linii kolejowej (po stronie azerskiej) wybudowane zostało ogrodzenie z drutu
kolczastego. Przypominają się dawne czasy, gdy i u nas można było coś takiego zobaczyć.
Docieramy do całkiem sporej zapory, na której zlokalizowane są dwa bloki turbin, a droga
w tym miejscu odbija od granicy. Po drodze spotykamy chłopaków, z których jeden mówi
płynnie po rosyjsku i angielsku. Od słowa do słowa i już mam towarzysza na przejazd
do granicy. Bez większych problemów docieramy do przygranicznego miasteczka Bazargan,
w którym zamierzamy uzupełnić zapasy paliwa i zorganizować ostatni nasz nocleg w Iranie.
Pierwsza przykra niespodzianka - na stacji otrzymujemy informację, że nie sprzedadzą nam
paliwa, i że najbliższa stacja która może nam sprzedać znajduje się w odległym o
kilkanaście km Maku (przez które przejeżdżaliśmy z godzinę wcześniej). Co robić - jesteśmy
sknery, więc decydujemy się na powrót do Maku. Tutaj odwiedzamy kilka stacji i na każdej
otrzymujemy tą samą informację - obcokrajowcom paliwa tutaj się nie sprzedaje. W ten
sposób docieramy na przedmieścia Maku, gdzie przy zjeździe na obwodnicę znajduje się wielka
stacja do której ustawił się wielki ogonek TIR`ów. Tutaj od szefa stacji dowiadujemy się,
że możemy zatankować tylko po 30 litrów na samochód. Mało mnie szlag nie trafił. Ale co
zrobić. Tankujemy i rozeźleni wracamy do Bazargan.
Tutaj kolejna przykra niespodzianka - w pierwszym napotkanym hotelu nikt nie chce z nami
rozmawiać. Mamy wrażenie, że Iran na koniec robi się cokolwiek niesympatyczny. Na szczęście
w drugim hotelu było zdecydowanie lepiej. Dostajemy skromny pokoik, meldujemy się i po chwili
wyruszamy na poszukiwanie knajpki na nasz ostatni irański posiłek. Gdy tak sobie spacerujemy
po mieścinie zaglądając w różne jej zakątki i podziwiając ośnieżony Ararat, podchodzi do
nas pracownik kafejki internetowej i zagaduje do nas po angielsku, oferując (bezinteresownie)
- jak to wszyscy w Iranie mają w zwyczaju - swoją pomoc. Pytam go o lokal, w którym możemy
coś zjeść, w tym momencie on zostawia swoje obowiązki i proponuje wspólny spacer. Czas
nam mija na miłej pogawędce i w końcu nasz nowy znajomy przyprowadza nas do przeciętnie
wyglądającego lokalu, który serwował za to wyśmienite jedzenie. Tyle, że na koniec nieco
się wygłupiliśmy - chcieliśmy wydać wszystkie nasze Riale, więc wygrzebywaliśmy coraz to
bardziej podniszczone banknoty, aż kelner patrząc z politowaniem stwierdził, że mu wystarczy.
Koniec części V.
Część VI
Autor: Cyprian Pawlaczyk
Uczestnicy wycieczki:
I załoga:
- Joanna Zapęcka - niestety tylko do 07.06.2008 r.
- Beata Nowak
- autor
- Land Rover Discovery "Dyskoteka", 1996 r.
II załoga
- Ewa Jankowska - niestety tylko do 07.06.2008 r.
- Janusz Grzybowski
- Land Rover Discovery
Więcej zdjęć z wyprawy:
GALERIA ZDJĘĆ - IRAN