STRONA GŁÓWNA RELACJE Z PODRÓŻY


Powrót do części I
Powrót do części II
Powrót do części III
Powrót do części IV

Kwiecień - Czerwiec 2008 r.

W poszukiwaniu Jedwabnego Szlaku !!!!
Część V - Iran.

Dzień dwudziesty dziewiąty - środa - 28.05.2008 r.

Iran - rejon Astary - pola ryżowe. Nasz dzisiejszy hotel, to chyba pierwsze miejsce, gdzie mamy okazję załapać się na śniadanie w cenie noclegu. Też warto o tym wspomnieć, bo różne cuda jedliśmy. Podano coś w rodzaju omletu z papryką, gotowane jajka, podsmażoną parówkę, gotowaną soczewicę i miód razem z plastrem. Niezła mieszanka. Do tego jeszcze do wyboru herbata, kawa lub soki. Można było sobie nieźle podjeść.
Iran - Ardabil - bazar. Po śniadaniu wróciliśmy do Ardabil. Tutaj pierwsze kroki skierowaliśmy na bazar. Dziewczyny chciały kupić sobie coś bardziej odpowiedniego, by nie odróżniać się zbyt mocno z tłumu. Włóczęga po krytym bazarze zeszła nam dość długo. Zobaczyliśmy nieco ciekawostek, dziewczyny kupiły sobie długie "narzutki" i byliśmy gotowi do wyjścia w miasto. Ciekawostką na bazarze jest to, że większość towarów ma swoje ceny wypisane na metkach, a jeśli sprzedawca poda nam cenę, a my nie wyrazimy swojego zainteresowania, nie narzuca się. Całość robi nieco inne wrażenie, niż na znanych nam arabskich targowiskach. Mamy nadzieję, że dalej będzie lepiej. Nie chcielibyśmy tracić przyjemności targowania się na bazarach. Po zakupach kierujemy się w stronę pierwszego banku z zamiarem wymiany euro na lokalne riale. Okazuje się, że nie jest to aż taka prosta czynność. Nie w każdym banku można wymienić obcą walutę. Ale szef banku oddelegował pracownika, który nas zaprowadził do właściwego oddziału. Tutaj zadeklarowaliśmy kwotę - z naszej strony było to może z 15 banknotów. Po podpisaniu niezliczonej ilości kwitów, wypiciu herbaty i odczekaniu ładnych paru chwil pojawiła się nasza gotówka. Kwoty w banderolach. W sumie dostaliśmy ok. 10 milionów riali w banknotach o max nominale 50.000 riali. Nie wiedzieliśmy, że należy zabrać neseser na gotówkę.
Iran - Ardabil - mauzoleum szejka Safi Od-din`a. Spacerujemy sobie główną ulicą miasta nazwaną imieniem Imama Chomeiniego. Po kilku minutach marszu docieramy do skrzyżowania ulic w pobliżu którego znajduje się mauzoleum szejka Safi Od-din`a oraz meczet Haji Fakr. Meczet niestety był zamknięty, ale do mauzoleum mamy swobodny dostęp (oczywiście pod warunkiem wniesienia stosownej opłaty). We wnętrzach znajdują się głównie grobowce oraz muzeum porcelany. Wnętrza zwiedzamy z jakąś irańską drużyną sportową - chłopiska wysokie, tak że wszystko co ciekawe pozasłaniali.
Przy wejściu do mauzoleum postanawiamy sobie zrobić małą przerwę - ot, taki odpoczynek na świeżym powietrzu. Chwilkę później jesteśmy już w towarzystwie całej (trzypokoleniowej) irańskiej rodziny. Po kilku minutach zostajemy zaproszeni na obiad do ich domu - nie mogliśmy jednak zaproszenia przyjąć, bo wiązałoby się to z koniecznością wyjazdu do Teheranu. To już drugie zaproszenie do tego miasta - pierwsze otrzymaliśmy od rodziny pomagającej nam kupić po raz pierwszy paliwo.
Po krótkim spacerze i wizycie w cukierni (słodycze mają tu doskonałe) ruszamy dalej. Zanim jednak opuścimy miasto udaje się nam odnaleźć dwa piękne, kamienne mosty łukowe (pierwszy z trzema, drugi z siedmioma łukami).
Iran - Ardabil - most siedmiojłukowy. Droga między Ardabil a Tabriz jest w doskonałym stanie, bardzo dobrze oznakowana, tyle, że nieco zatłoczona. W asyście wielkich i wiekowych ciężarówek (wiele z nich pamięta lata 50-te i 60-te) przemieszczamy się górską drogą. Nasze auta po raz kolejny dostają wycisk, pną się pomalutku w górę. Mimo że nie odczuwaliśmy tego, droga wiodła raczej przez wyżyny niż góry, to wspięliśmy się na wysokość ponad 2000 m n.p.m.
Weryfikujemy nasze plany i decydujemy się na nocleg w Tabriz. Tyle, że należy najpierw do miasta dotrzeć i znaleźć zakwaterowanie. A to już wcale nie jest takie proste. Jeden z moich kolegów podróżników napisał mi, że jazda po Tabriz to jazda po piekle. Nie wiele się pomylił. To co dzieje się na drogach tego miasta to piekło. Ciekawe jest jednak to, że właściwie nie widzieliśmy żadnej stłuczki. Ba - nawet poobijanych samochodów. Nie mniej - jeżdżą jak wariaci i nawet piesze przejście ulicy z jednej strony na drugą jest nie lada wyzwaniem. Mimo monitoringu zamontowanego na większych skrzyżowaniach zarówno kierowcy jak i piesi nie wiele sobie robią z sygnałów wysyłanych przez podobne do polskich sygnalizatory. Generalnie światło czerwone jest ignorowane przez jednych i drugich.
Iran - Tabriz - błękitny meczet. Znaleźliśmy budżetowy hotelik. Niestety właściciel tego przybytku jest wyjątkowo komunikatywny, więc zanim udało się nam zorganizować parking dla naszych samochodów przeżyliśmy troszkę nerwowych chwil - byliśmy nawet skłonni zmienić hotel, na szczęście w końcu zostaliśmy wpuszczeni na sąsiadujący z hotelem wolny plac, do którego musieliśmy - o zgrozo - wjechać pod prąd drogą jednokierunkową.
Po zakwaterowaniu i posileniu się przez całą niemalże drużynę ruszamy na podbój Tabriz. Centrum miasta właściwie skupia się wzdłuż ulicy Imama Chomeiniego. Tutaj też znajduje się Błękitny Meczet. Dość specyficzna budowla. W przeszłości pełnił funkcję świątyni, dzisiaj jest to tylko pusty zabytek. W XVIII w. dwa trzęsienia ziemi w dużym stopniu zniszczyły budowlę, która mimo poddaniu odbudowie nigdy już nie odzyskała dawnego blasku. Nazwa wzięła się od błękitnych i granatowych mozaik, którymi były pokryte ściany zarówno wewnątrz jak i na zewnątrz. Dzisiaj na zewnątrz pozostały jedynie fragmenty, wewnątrz jest troszkę lepiej, nie mniej ślady odbudowanej części meczetu są zauważalne. Po świątyni oprowadzał nas młody mieszkaniec Tabrizu, student, który na nas chciał poćwiczyć znajomość języka angielskiego.
Iran - Tabriz - ulica Imama Chomeiniego. Przyszła pora na wizytę w centrum miasta. Ścisłe centrum to kilka ulic handlowych oraz wielki, kryty bazar. Sam bazar podzielony jest na kilka sekcji tematycznych, my zwiedzanie zaczęliśmy (zupełnie przypadkowo) od części jubilerskiej, ociekającej złotem - czym prędzej ewakuowaliśmy się z niej i ruszyliśmy na włóczęgę po "normalnych" miejscach targowych. Wg naszego przewodnika na bazarze upchniętych jest ponad 7000 sklepów, kramów i stoisk. Nie sposób wszystkich odwiedzić. Nie sposób również trafić drugi raz w to samo miejsce.
Pomalutku zaczyna zmierzchać. Zanim zrobi się całkiem ciemno zamierzamy jeszcze odwiedzić pozostałości XV-wiecznej cytadeli. Niestety - miejsce nie jest dostępne dla turystów. Obecnie jest to wielki plac budowy. Pozostały fragment cytadeli prezentuje się imponująco, mimo, że z wszystkich możliwych stron obstawiony jest rusztowaniami, warsztatami i ciężkim sprzętem. W jej sąsiedztwie powstaje chyba potężny meczet.
Jesteśmy już mocno zmęczeni i szukamy miejsca, w którym moglibyśmy odpocząć, coś zjeść i napić się czegoś. Za nami przecież dość męczący i intensywny dzień. Po długim szukaniu znajdujemy aż 4 bary szybkiej, irańskiej obsługi. Wybieramy jeden z nich i zamawiamy jedyne co serwuje - grilowane mięso mielone z lokalnym pieczywem. Po sutym posiłku, któremu tak naprawdę tylko ja dałem radę ruszmy do hotelu. Po drodze spotykamy dwóch młodzieńców, z którymi wdajemy się w dyskusje "prawie" polityczną.
Przed snem korzystamy jeszcze z restauracji hotelowej, gdzie przy gorącej herbacie dziewczyny próbują się rozliczać.

Dzień trzydziesty - czwartek - 29.05.2008 r.

Iran - Kandowan - spotkanie Dyskotek na Jedwabnym Szlaku. Poranny wyjazd z Tabriz jest podobnym przeżyciem jak wczorajszy wjazd. Lokalni kierowcy są niesamowici. Nie da się tego opisać. Nasze samochody zostają dosłownie porwane przez prąd poruszających się pojazdów. Co ciekawe - większość głównych dróg jest wielopasowych, a światła są ustawiane sporadycznie. Główne skrzyżowania są realizowane za pomocą rond (i nigdy nie wiemy, kto na nich ma pierwszeństwo). A mimo to wszystko, mimo, że samochodów mamy wrażenie jest więcej niż w Warszawie, ruch jest płynny. Po prawdzie, ani razu nie zatrzymujemy się, nie stoimy w korku. Z zewnątrz wygląda wszystko niezwykle chaotycznie, ale tak naprawdę to działa. Pozazdrościć.
Iran - Kandowan - skalne miasto. Docieramy do odległego o ładnych kilkadziesiąt km Kandowan. Jest to mała mieścina. Ale niezwykle specyficzna i urokliwa. Ulokowana jest na wzgórzu, na stokach którego znajduje się mnóstwo form skalnych przypominających stożki. Wewnątrz porobione są mieszkania, warsztaty, sklepy. Całość przypomina miejsca, które odwiedzałem kilka lat wcześniej w tureckiej Kapadocji. Jest tu pięknie.
Włóczymy się po wąskich uliczkach, czasami musimy się wspiąć po stromych podejściach lub nawet schodach. Znajdujemy kilka przytulnych sklepików zlokalizowanych wewnątrz skalnych domków, a w nich za całkiem przyzwoite pieniądze kupujemy troszkę pamiątek.
Zanim jednak rozpoczęliśmy wędrówkę po pięknej mieścinie, na parkingu, koło naszych samochodów, zaparkowały 4 inne samochody marki Land Rover Discovery II. Nasze przy nich wyglądały jak silne, ale jednak ubogie krewniaki. Samochody miały tablice rejestracyjne z Kanady, a wyruszyły również po "Jedwabnym Szlaku" tyle że z Chin. Po krótkiej rozmowie wymieniliśmy się kontaktami - być może skorzystamy z ich pomocy podczas organizacji następnej wyprawy.
Mniej więcej od wysokości miasta Azar Shahr jedziemy wzdłuż wybrzeża potężnego jeziora. Z daleka mieni się ostrą bielą, co sugeruje, że jest podobne do mocno zasolonych jezior, które widzieliśmy w Turcji czy Senegalu. Decydujemy się podjechać w ich kierunku - pierwsza próba zakończyła się niepowodzeniem - wjazd na wilgotne dno wyschniętej części jeziora kończy się utopieniem naszej Dyskoteki. Na szczęście chwilę wcześniej z Januszem ustaliliśmy, że wjeżdżam tylko ja bo może być konieczność wyciągania samochodu. Auto zatrzymało się po osie w solnej mazi. Na szczęście wystarczył kinetyk i zapał Janusza i po chwili byliśmy znowu na twardym. Drugie podejście to podjazd asfaltem do małej wioski, która - jak nam się wydaje - w sezonie jest niezłym kurortem, teraz jednak wygląda na opuszczoną. W wiosce jest prymitywne, drewniane molo, którym docieramy do jeziora. Przed nami piękny widok. Woda jeziora mieni się ciekawą kolorystyką - przechodzi od jasnego różu w ciemne brązy - niesamowity widok. Z kolei na brzegu krystalizuje się sól przybierając fantastyczne kształty w różnych kolorach. Miejsce jakby z innej bajki.

Iran - jezioro Oroumieh - na solnym brzegu. Iran - jezioro Oroumieh - kolorowe jezioro. Iran - jezioro Oroumieh - w poszukiwaniu skarbów. Iran - jezioro Oroumieh - kolorowe jezioro.


Nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie pobrali kilku grudek soli na pamiątkę (właściwie był to niemały worek foliowy - parę kilo soli). W drodze powrotnej do samochodów odwiedzamy mały sklepik, do którego na motorku przyjechał właściciel kilka minut po nas - musiał widzieć, że nadjeżdżamy. Raczymy się polecaną przez podróżników lokalną colą nazywaną Zan Zan. Zimna przypominała naszą Polo Coctę, którą pamiętam z lat wczesnej młodości.
Iran - w drodze do Zendan-e Soleiman - zabytkowy most. Mijamy kilka miasteczek, w każdym jesteśmy bardzo przyjaźnie pozdrawiani. W pewnym momencie Janusz proponuje postój na najbliższej stacji benzynowej w celu uzupełnienia zapasów paliwa. Uzasadnia to tym, że na wielu stacjach paliwa jest brak, a na wielu za Dieslem tworzą się horrendalne kolejki (my już zapomnieliśmy co oznacza stanie w kolejce za paliwem, tu - jeszcze to pamiętają). Podjeżdżamy do pierwszej napotkanej stacji, przy naszych dystrybutorach pusto więc od razu podjeżdżamy - niestety, pracownicy z nieznanych nam powodów odmawiają zatankowania paliwa i kierują nas do pobliskiej budki. Nie specjalnie wiemy po co, ich znajomość angielskiego była na poziomie naszej znajomości farsi, ale poszliśmy - tu również niczego specjalnie się nie dowiedzieliśmy, ale za to jeden brodaty gość kazał iść za sobą. Więc poszliśmy. Dotarliśmy do dystrybutora i jak ręką odjął - mogliśmy zatankować. Obawiając się problemów z zakupem paliwa na kolejnych stacjach zatankowaliśmy po 20 dm3 do zbiorników dachowych. Tak na wszelki wypadek.
Iran - Zendan-e Soleiman - Więzienie Salomona - wygasły wulkan - wnętrze krateru. W jednym z miasteczek zgubiliśmy drogę. Przejeżdżając przez jedno z rond zablokowaliśmy naszymi Dyskotekami ruch na drogach przyległych - od razu pojawił się radiowóz i dawał nam dźwiękowe sygnały. Zatrzymaliśmy grzecznie nasze maszyny, wziąłem mapę do ręki i tak uzbrojony podszedłem do radiowozu. Zanim policjanci zdążyli się odezwać zasypałem ich gradem pytań o drogę - troszkę ich zmieszałem, nie specjalnie wiedzieli co mi powiedzieć, wsiedli do auta i kazali jechać za sobą - kolejny raz jedziemy w asyście policji. I znowu się nam upiekło, bo na wylocie z miasteczka tylko nam pomachali na pożegnanie.
Ale to nie koniec policyjnych przygód tego dnia. Kilka km dalej, wyprzedziliśmy wlokący się traktor na zakazie - pech chciał, że na górce stał kolejny patrol i tym razem zatrzymał Janusza. Na szczęście - metoda na "głupa" zadziałała i zrezygnowany przedstawiciel lokalnej władzy kazał nam jechać.
Późnym popołudniem docieramy do Zendan-e Soleiman - samotnie stojącej góry wśród otaczających ją pól. Na parkingu GPS wskazał prawie 2200 m n.p.m., a nam się jeszcze zachciało urządzać wycieczkę na szczyt - tym razem w ograniczonym składzie, bo Ewa nam coś zaniemogła i została w samochodzie. Szczyt zdobywaliśmy w dość zabójczym tempie, więc na szczycie mieliśmy już wszyscy serdecznie dość. A na samym szczycie - niespodzianka - wnętrze góry jest puste, jest to krater o głębokości dobrze ponad 100 m. Od razu zadziałały mechanizmy "lęku wysokości". Obeszliśmy krater dookoła, ktoś trafnie nazwał to miejsce "więzieniem Salomona" - jeśli ktoś zostałby osadzony na dnie - wydostać się nie sposób.

Iran - Tron Salomona - świątynia zoroastriańskiej - wulkaniczne jezioro. Iran - Tron Salomona - świątynia zoroastriańskiej - ruiny. Iran - Tron Salomona - świątynia zoroastriańskiej - ruiny i Asia. Iran - Tron Salomona - świątynia zoroastriańskiej - widok na Zendan-e Soleiman.


Trzy km dalej znajdują się ruiny starej świątyni zoroastriańskiej, nazwanej "tronem Salomona" dla ochrony przed arabską dewastacją. Monumentalna budowla trafiła na listę dziedzictwa UNESCO w 2003 r. Całość składa się z murów warownych wewnątrz których znajdują się malownicze ruiny i piękne jeziorko wulkaniczne. Całe to miejsce wygląda tak, jakby zostało wybudowane na szczycie (a może raczej kraterze) wygasłego wulkanu. Z tego miejsce roztaczają się również piękne widoki na okoliczne góry, zwłaszcza na Zendan-e Soleiman.
Późnym wieczorem docieramy do Takab, gdzie zamierzamy spędzić kolejną noc.

Dzień trzydziesty pierwszy - piątek - 30.05.2008 r.

Iran - Karaftu - skalne miasto - z kurdyjską rodziną. Poranek rozpoczęliśmy od przyjaznej pogawędki z właścicielem starego "Hiszpana" (jak nam się początkowo wydawało), czyli starego Nissana Patrola. Po otwarciu maski zauważyliśmy błąd - samochód nie powstał w Hiszpanii, tylko w Iranie, a pod maską miał wyjątkowo małego, 4-ro cylindrowego benzyniaka.
Jeśli chodzi o samochody terenowe, to całkiem sporo ich tutaj jeździ. Tyle, że są to najczęściej Toyoty sprzed wielu lat oraz Serie Land Rovera. Można również zauważyć sporo indyjskich kopii Jeep`a Willysa. I jakiegoś dziwacznego klona Serii bądź Defendera. Poza nimi - prawie nic innego.
Iran - Karaftu - skalne miasto - pozy Joanny :). Chcieliśmy odwiedzić jaskinie Ali Sadr (podobno trzecia co do wielkości jaskinia na świecie), ale troszkę zmieniliśmy plany. Ruszyliśmy ostro na południe. Dzisiejsza poranna nasza droga wypadła za to w pobliżu innej jaskini - Karaftu. Zmierzając w jej kierunku opuściliśmy irański Azerbejdżan i wjechaliśmy do prowincji zwanej Kurdystan. Jechaliśmy nowiuteńką asfaltową szosą, która w pewnym momencie najzwyczajniej w świecie się skończyła, ustępując szutrówce. Tutaj troszkę się pogubiliśmy i jak zwykle skorzystaliśmy z pomocy lokalnych mieszkańców. Tym razem trafiliśmy na kierownika budowy nowej drogi. Przy okazji obchodu prac wskazał nam drogę do jaskini.
Docieramy na parking, skąd czeka nas jeszcze kilkunasto minutowy spacer w górę. Miejsce przypomina raczej skalne miasta z Kapadocji lub Wardzi, niż typową jaskinie. Jest to grupa komnat połączona tunelami i wykutymi przez człowieka komnatami. Całość w przeszłości musiało również spełniać własności obronne. Spacerując po kolejnych komnatach jaskini poznajemy się bliżej wpierw z kurdyjskimi chłopakami, później całą kurdyjską rodziną. Wszyscy chętnie pozowali nam do zdjęć i koniecznie chcieli mieć zdjęcia z nami. Co kraj to obyczaj, bo do tej pory mieszkańcy odwiedzanych przez nas okolic raczej unikali zdjęć, bądź się burzyli, gdy im się jednak fotkę (nawet przypadkową) zrobiło.
Iran - Sanandaj - meczet piątkowy - po modłach. Jeden z regionów Iranu to Kurdystan. Jest zamieszkany głównie przez mniejszość kurdyjską. Można to zauważyć przede wszystkim po ubiorach i zachowaniu mieszkańców. Mężczyźni noszą bardzo obszerne spodnie i w miarę możliwości również bardzo długie włosy - starszy mężczyzna, który był głową poznanej przez nas rodziny, miał włosy prawie tak długie jak nasza Beata. Wycieczka była fajna, ale wchodzenie po licznych podejściach, schodach i drabinach tak nas wymęczyło, że wróciliśmy czym prędzej do samochodów.
W wielkim upale docieramy do Sanandaj - stolicy irańskiego Kurdystanu. Motogrzybki znajdują sobie zacienione miejsce na odpoczynek, a ja z dziewczynami nie dajemy za wygraną, byle upał nie może dać przecież nam rady, i ruszamy na podbój miasta. Włócząc się wąskimi uliczkami próbujemy namierzyć wejście do twierdzy. Znajdujemy nawet mury twierdzy, ale obiekt nie jest dla nas dostępny. Najprawdopodobniej w dalszym ciągu znajduje się tam jednostka wojskowa, niestety - nie znajdujemy nikogo, kto by potwierdził nasze przypuszczenia.
Iran - Kermanshah - park Qesta - reliefy skalne zwane również Taq-e Bostan. Niestety - dzisiaj jest piątek i większość lokali jest pozamykanych. Dotyczy to nie tylko sklepów czy przyulicznych barów, ale także m.in. muzeów. A tutaj chcieliśmy zajrzeć do Asif Divan - kurdyjskiego muzeum regionalnego. Jedyny zabytkowy obiekt, który jest dzisiaj otwarty - to meczet piątkowy - ale wyłącznie dla wiernych, więc okazałą budowlę podziwiamy wyłącznie z zewnątrz.
Rezygnujemy więc z poznania tego miasta i ruszamy w kierunku Kermanshah na obrzeżach którego znajduje się piękny park Qesta, a w jego wydzielonym fragmencie można podziwiać piękne reliefy skalne zwane również Taq-e Bostan. Zanim jednak będzie nam to dane przeżyjemy z Januszem wiele dziwnych zdarzeń na drogach dojazdowych. Pomijając fakt ciągłej walki o "życie" na drodze, podczas parkowania zostaliśmy niemalże zmuszeni przez policjantów do jazdy pod prąd po jednokierunkowej drodze. Tutaj chyba nic już nas nie zdziwi.
Iran - Bisotun - Asia z autorem. Ok. 30 km dalej, znajduje się kompleks Bisotun. To już prawdziwe centrum turystyczne. Wśród skał znajduje się wiele ciekawych reliefów, a poniżej piękny karawanseraj oraz ruiny pałacu. Poszczególne obiekty są bardzo dobrze oznakowane i opisane, ale ich rozlokowanie powoduje, że na zwiedzanie kompleksu warto poświęcić cały dzień, zwłaszcza, że jest to również doskonałe miejsce do integracji z Irańczykami tłumnie przybywającymi w to miejsce w celach piknikowych.
Późnym wieczorem docieramy do Kangavar, w którym planowaliśmy odpoczynek. Pierwszy napotkany taksówkarz podwozi nas do jedynego hotelu w mieście. Hotelu to może zbyt mocno powiedziane. Raczej noclegowni. Dostajemy pokój z trzema zbitymi z desek łóżkami, na których sen to wielkie wyzwanie. Chociaż uczciwie należy powiedzieć, że dziewczyny zdecydowały się na nocleg w tym miejscu dopiero za drugim podejściem.
Zobaczymy co będzie rano.

Iran - Kangavar - w hotelu - gimnastyka i narzekania Beatki.


Dzień trzydziesty drugi - sobota - 31.05.2008 r.

Iran - Kangavar - ruiny świątyni słodkich wód Anahita. Nocleg na twardych łóżkach zbitych z desek to nie lada przeżycie. Nasze kręgosłupy prawie odmówiły posłuszeństwa. Wstaliśmy wcześnie bez żalu, każdy - z wyjątkiem Beatki, bo ta spała jak zabita - w duchu cieszył się, że trzeba już wstać.
Wczoraj wieczorem, podczas poszukiwań noclegu, przypadkiem zaparkowaliśmy koło jedynej atrakcji turystycznej miasteczka (nie licząc stacjonarnego "Wesołego Miasteczka") - ruin świątyni słodkich wód Anahita. Dzisiaj rano mieliśmy ułatwione zadanie, bo wiedzieliśmy, gdzie szukać. Objechaliśmy kompleks ruin prawie dookoła w poszukiwaniu głównego wejścia, zanim je jednak znaleźliśmy to odkryliśmy solidną przerwę w tylnym ogrodzeniu, z której skwapliwie skorzystaliśmy i weszliśmy na teren kompleksu. Niestety, nie jest to okazała budowla, raczej gratka dla pasjonatów archeologii bądź historii. Jako, że my do nich nie należymy, świątynia nas nieco rozczarowała. Nie mniej - na jej terenie znajduje się sporo pozostałości po różnych zabudowaniach, a najbardziej okazale prezentuje się ściana z resztkami kolumn. Pozostała część miasteczka także nie zachwyca, podobna jest do hotelu.
Iran - Khorram Abad - twierdza Falak-ol-Aflak. Przed ruszeniem w dalszą drogę ustalamy z drugą załogą ostateczny plan działań. Dzisiaj się rozdzielamy - nasi towarzysze są już nieco zmęczeni, Ewa jest na dodatek przeziębiona, z tego względu skracają nieco drogę i ruszają do Esfahanu. My obieramy kierunek zgodnie z założeniami - Zatoka Perska. Dystans dzielący nas jeszcze od zatoki jest ogromny, trudno więc stwierdzić dzisiaj, czy uda nam się do niej dotrzeć.
Kierujemy się na Borujerd, gdzie robimy ostatnie wspólne zakupy i huczne pożegnanie, jedziemy jeszcze parę km wspólnie, zatrzymujemy się m.in. w Chalanchulan, gdzie stoi stary murowany most łukowy, i w końcu, kilka km przed Dorud rozjeżdżamy się na dwie różne strony.
My zaczynamy ostrą wspinaczkę w wysokie góry. W asyście irańskich TIR`ów pokonujemy kilka górskich przełęczy (wszystkie grubo ponad 2000 m n.p.m.), co jest wielkim wyzwaniem, bo przecież nasza mocno przeciążona Dyskoteka do rakiet nie należy - wspina się, ale z wielkim mozołem.
Iran - Khorram Abad - ruiny starożytnego mostu. Tak docieramy po kilku godzinach jazdy do Khorram Abad. W mieście znajduje się wiele atrakcji (jak wynika z przewodnika), a najokazalszą widać już z daleka. Jest to twierdza Falak-ol-Aflak. Część twierdzy w dalszym ciągu wykorzystywana jest do celów militarnych, mamy więc drobne problemy ze znalezieniem właściwego wejścia na wzgórze. Pomaga nam młody uczniak, ćwiczący na mnie swój angielski (trafił swój na swego). Wewnątrz twierdzy zlokalizowane jest ciekawe muzeum etnograficzne prezentujące życie lokalnych nomadów. Z murów twierdzy podziwiać można całe miasto w pełnej okazałości. Twierdza jest odrestaurowana ogromnym nakładem kosztów i prezentuje się bardzo okazale. Podczas zwiedzania muzeum otrzymujemy plan miasta wraz z wykazem ciekawostek. Zamierzamy z niego skorzystać po wyjściu z twierdzy. Niestety - przy pomocy tego planu nie potrafimy znaleźć żadnego z zabytków. Odkładamy go więc do torby i ruszamy na samodzielny podbój miasta. Włóczymy się m.in. po dzielnicy bazarów, gdzie w końcu trafiamy na maleńki sklepik pełen różnorakich fajek wodnych. Oczywiście - wpadamy na genialny pomysł, żeby zrobić tu zakupy pamiątek (zwłaszcza, że taki jeden, współodpowiedzialny za nasz wyjazd, zażyczył sobie takową). Jak postanowiliśmy, tak też zrobiliśmy - teraz tylko mały zgryz, jak to przewieźć do Polski, bo jedna z części fajek jest wykonana ze szkła. Ale to już problem dziewczyn - muszą pokombinować, jak fajki pozabezpieczać.
Iran - Pool-i-Dokhtar - ruiny mostu wybudowanego za czasów Sasanianów. W Khorram Abad jest kilka starych, zabytkowych mostów. Wszystkie - z wyjątkiem jednego - są czynne do dzisiaj. A ten nieczynny, najciekawszy, zlokalizowany jest w pewnej odległości od centrum i z dotarciem do niego mamy największe problemy. Odnajdujemy go w rejonie wysypiska na śmieci, ale w dalszym ciągu mamy kłopot z dostaniem się w jego pobliże - z opresji ratuje nas starszy pan, zbierający do swojego pojazdu kamienie z rzeki, który prowadzi nas przez różne chaszcze i po kilku minutach stoimy przed ruinami okazałego mostu - Shekasten. Nasz nowy znajomy poczekał aż obejrzymy ruiny, po czym wskazał nam drogę powrotną. Przy samochodzie - dziewczyny otrzymały jeszcze on naszego znajomego po jednym melonie. Były zachwycone.
Kierujemy się cały czas na Ahvaz. Po drodze mijamy kilka małych, starych perskich mostów, aż docieramy na przedmieścia Pool-i-Dokhtar, gdzie znajdują się okazałe ruiny wspaniałego mostu wybudowanego za czasów Sasanianów. W dobrym stanie zachowała się ta część mostu, która leży na tym samym brzegu rzeki co miasto. Pod jedynym ocalałym w całości łukiem przebiega główna szosa tranzytowa. Pozostała część mostu leży w gruzach w rzece.
Dalsza droga na południe to ponowna walka z niezliczoną ilością wielkich irańskich ciężarówek. A droga bardzo kręta, prowadzi nas raz ostro w górę, po czym ostro w dół. Do tego pogoda nam nie do końca sprzyja - są silne wiatry, które utrudniają jazdę samochodem, a na dodatek wzbijają w górę tumany piasku (takie ilości, że robi się w powietrzu piaskowa mgła przysłaniająca nam piękne, skądinąd widoki. A jedziemy teraz po pustynnej nizinie, poprzecinanej w wielu miejscach malowniczymi wąwozami. Po drodze mijamy kilka "piaskowych" zamków oraz ruin mostów wzdłuż starej drogi.
Późnym wieczorem docieramy do Shush.

Dzień trzydziesty trzeci - niedziela - 01.06.2008 r.

Iran - Shush - Apadana Hotel (polecamy). Wita nas niezwykle gorący poranek. Jest tak wielki zaduch, że ciężko na dworze swobodnie oddychać. Najchętniej nie opuszczalibyśmy naszego hotelu.
Wybieramy się na spacer po Shush. Nad miastem góruje wielki zamek (nie możemy go zwiedzić - aktualnie prowadzone są w nim prace remontowe), obok którego znajdują się ruiny antycznego Pałacu Dariusza. Niestety - z pałacu tak naprawdę zostały tylko fundamenty, które są jednak tak rozległe, że musiało to być w przeszłości niezwykłe miejsce. W rejonie pałacu znajdują się jeszcze inne ruiny, ale w jeszcze gorszym stanie. Pogoda nam wyjątkowo nie sprzyjała, więc nie poświęciliśmy temu miejscu zbyt wiele czasu. Ruszyliśmy więc na spacer po miasteczku, w którego centrum znajduje się małe mauzoleum z bogato zdobionym grobowcem Dariusza. W samym mauzoleum jest skutecznie działająca klimatyzacja, więc wewnątrz roi się od osób odpoczywających w przyjemnym chłodzie. Część mężczyzn śpi na podłodze, część czyta, ktoś gra w jakąś lokalną grę. Po wyjściu - dziewczyny powiedziały, że w żeńskiej części mauzoleum jest podobnie.
Iran - Shush - centrum - mauzoleum Dariusza. Wychodząc z mauzoleum zostaję zaczepiony przez sympatycznego Irańczyka, który koniecznie chciał nas zaprosić do swojego domu na lunch. Nabraliśmy jednak wprawy w dziękowaniu za takie zaproszenia i czym prędzej wróciliśmy do samochodu, w którym jest zdecydowanie chłodniej. Przy okazji - w ostatnim czasie diametralnie zmieniła się (wzrosła) ilość spożywanych przez nas napojów. Niewiarygodne ile w tym klimacie człowiek potrzebuje płynów. Zmalały za to nasze apetyty.
Głównym celem naszych odwiedzin tego regionu jest Choqa Zanbil - elamicki ziggurat. Zanim jednak docieramy do położonego ok. 40 km od Shush miejsca, odwiedzamy niewielkie muzeum w Haft Tappeh, gdzie prezentowane są m.in. znaleziska z zigguratu. Tutaj zapoznajemy się również z historią i lokalizacją poszczególnych części kompleksu.
Po krótkiej wizycie ruszamy na poszukiwanie wzmiankowanego miejsca. Jest ono położone w środku terenów pustynnych, w bardzo nieprzyjaznym regionie. A dzisiaj jest tu wyjątkowo niesympatycznie - wysokie temperatury i wiatr unoszący drobinki piasku. Po zakupieniu biletów ruszamy z przewodnikiem, niestety człowiek ten nie mówi po angielsku, więc cała jego rola ogranicza się do głośnych okrzyków oraz gwałtownej gestykulacji w co ciekawszych miejscach - nawet zabawnie to wyglądało. Asia fizycznie nie wytrzymała wizyty i po zwiedzeniu samej piramidy uciekła do chłodnego samochodu. A my próbowaliśmy dotrzeć jeszcze do grobowców elamickich królów.

Iran - Choqa Zanbil - elamicki ziggurat - brama wjazdowa. Iran - Choqa Zanbil - elamicki ziggurat.


Ruszamy do kolejnej miejscowości - do Shushtar - z zamiarem znalezienia młynów wodnych (które są podobno lokalną atrakcją). Już na wjeździe do miasta przekonujemy się, że nie jest to jedyna atrakcja. Pierwsze co widzimy do piękny starożytny most kamienny nad rzeką Dariyan. Później jadąc za wskazówkami (miasteczko jest bardzo dobrze oznakowane, wszędzie bez problemowo docieramy) zwiedzamy ruiny zamku z wodnymi tunelami nawadniającymi okolice, następnie docieramy do małej zapory, gdzie znajdują się wzmiankowane młyny wodne, które wcale nie są największą atrakcją. Ciekawostką tego miejsca są niezliczone tunele, przepusty wodne, liczne wodospady i ciekawa zabudowa. A także miły chłód bijący od wody.
Iran - Shushtar - pozostałości systemu irygacyjnego. W drodze powrotnej zatrzymujemy się jeszcze przy starym moście. W mieście próbujemy zatankować samochód, niestety - nie możemy znaleźć żadnej stacji mającej olej napędowy. Są tylko stacje z benzyną i CNG.
Ruszamy więc na trasę w kierunku Zatoki Perskiej i kilka km za miastem znajdujemy bez problemu stację z naszym paliwem (znowu za równowartość 2 $ kupujemy ponad 110 litrów paliwa - żyć nie umierać).
W największym upale jedziemy dość szybko w chłodnym samochodzie, gdy nagle skoczyła temperatura chłodzenia silnika a spod maski zaczęła wydobywać się para wodna w ogromnych ilościach. Otwieram maskę i wszystko jasne - rozwaliło korki w termostacie i w chłodnicy. Na szczęście mam dwa korki, więc od razu przystępuję do naprawy. Niestety - nie mamy wystarczająco wody do zalania chłodnicy, ale po kilku minutach zatrzymuje się koło nas ogromna ciężarówka, której kierowca ratuje nas z opresji, wlewając całą wodę ze swojego termosu do naszego zbiorniczka.
Znowu poznajemy się na irańskiej gościnności i chęci do pomocy, która jak się okazuje jest szczera. Po ponad godzinnym awaryjnym postoju ruszamy dalej.
Docieramy do Ahwaz, gdzie ponownie muszę zajrzeć pod maskę - jeden z przewodów wodnych się poluzował i mamy mały wyciek. Kilka minut i wszystko jest już w najlepszym porządku.
Zatoka Perska - rurociągi ... Teraz już bez większych problemów kontynuujemy naszą podróż w kierunku zatoki. Jedziemy po terenach nie wiele różniących się od afrykańskiej pustyni. Z tą różnicą, że co trochę mijamy kolejne zakłady przetwórcze ropy naftowej, a wzdłuż dróg, którymi się poruszamy, wiją się setki km stalowych rur. Wzdłuż naszej drogi biegnie jakiś stary (może nawet starożytny) trakt, bo mijamy dziesiątki pięknych, małych kamiennych mostków. Niestety - oglądanie tych miejsc jest mocno utrudnione przez upał. I wszechobecny piaskowy pył.
Wczesnym wieczorem docieramy do Deylan. Zatrzymujemy się przy pierwszym napotkanym patrolu policji i próbujemy się dopytać o najbliższy hotel. Policjanci nie potrafią nam wytłumaczyć jak do niego dotrzeć, więc każą po prostu za sobą jechać.
Przywożą nas do Sea Star Complex. Jak się okazuje, tu w niedalekiej przyszłości będzie znajdował się hotel, ale teraz jest to tylko mały sklep, przyjemna restauracja, mieszkanie właściciela i niewykończona górna część. Właściciel obiektu nie był specjalnie zachwycony wizytą policjantów z obcokrajowcami, ale po chwili namysłu (i chyba również po telefonie do żony) zmienił oblicze i zaprosił nas na nocleg do swojego mieszkania. Wprawdzie mieliśmy nocleg na podłodze w naszych śpiworach (w sumie oni wszyscy śpią prawie wyłącznie na podłogach, widzieliśmy jak śpią dzieci gospodarzy - także na podłodze), ale za to w pokoju mieliśmy klimatyzację. Warunki życia u naszego gospodarza były dość surowe, brakowało Iran - Deylan - nocleg u naszych nowych przyjaciół jeszcze m.in. drzwi we wszystkich pomieszczeniach (Beatka musiała się wykąpać w łazience bez drzwi i światła - my zrezygnowaliśmy z tej przyjemności). Nasz gospodarz - Reza - zaprosił nas najpierw na mały poczęstunek u siebie w domu, który spożyliśmy w jego towarzystwie i jego małżonki - Fatimy. Niestety Reza znał pobieżnie angielski, jego rodzina wcale, ale to nie stanowiło problemu, bo zaprosił swojego przyjaciela, nauczyciela angielskiego w pobliskiej szkole. Następnie zostaliśmy zaproszeni do zamkniętej już restauracji, gdzie podano nam po królewsku kolację. Wieczór upłynął bardzo szybko, w miłej atmosferze, na rozmowach o wszelkich dzielących nasze kraje różnicach. Poznaliśmy odpowiedzi na wiele naszych pytań, nie mniej, najtrudniejszych nie mieliśmy odwagi zadać.
Po sutej kolacji udaliśmy się na zasłużony odpoczynek.
W naszej sypialni było bardzo przyjemnie, wprawdzie klimatyzator hałasował niemiłosiernie, ale można było za to oddychać normalnym, chłodnym powietrzem, czego nie dało się zrobić na dworze. Wystarczyło wyjść na taras, do toalety, by poczuć "diabelski" klimat Zatoki Perskiej.
Mała dygresja - kibelek był świetny - z widokiem na gwiazdy ...

Dzień trzydziesty czwarty - poniedziałek - 02.06.2008 r.

Iran - Deylan - nocleg u naszych nowych przyjaciół - pamiątkowe zdjęcie z rodziną Rezy i Fatimy Nocleg u rodziny Rezy troszkę się przedłużył. Nie wiedząc o której godzinie normalnie wstają pozwoliliśmy sobie na nieco dłuższe spanie. Poranna toaleta w otwartym kibelku i łazience (dom nie jest jeszcze wykończony i brakuje m.in. drzwi) to wielkie wyzwanie. A jeszcze czeka nas wspólne śniadanie - rodzina nie zamierza nas wypuścić "na głodnego". W sumie to bardzo fajne, tyle, że znowu wyjeżdżamy dość późno. Całe spotkanie kończy się tym, że ani za nocleg, ani za kolację nie zapłaciliśmy grosza. Nasza polska przysłowiowa gościnność blednie przy gościnności irańskiej.
Iran - Zatoka Perska - cel naszej podróży A na dworze ukrop. Mimo, że jesteśmy nad morzem, w końcu Zatoka Perska to też morze, mimo, że od morza przyjemnie powiewa, to upał jest nie do zniesienia. Zaczynamy rozumieć opinię podróżników, którzy twierdzą, że Persian Gulf to przedsionek piekła (tylko klimatyczny, rzecz jasna).
Ruszamy w drogę. Jedziemy wzdłuż wybrzeża. Zatrzymujemy się w pierwszym miasteczku po drodze - Emam Hasan - i robimy sobie postój nad samą zatoką. Nie wiemy, czy możemy się tu wykąpać, zwłaszcza, że w pobliżu jest port i rafineria, poza tym - nie znamy lokalnych zwyczajów odnośnie kąpieli kobiet. Nie mniej zdejmujemy obuwie, podwijamy nogawki i moczymy nasze nogi w ciepłej wodzie. Przyjemna odmiana.
Dziwi nas tylko jedna rzecz - mimo wybrzeża, do tej pory nie widzieliśmy żadnych wczasowisk, hoteli, etc. A miejscowość, w której zatrzymaliśmy się, wyglądała jakby nigdy żaden turysta bądź wczasowicz nie jej nie odkrył. Może w następnej, większej miejscowości będzie lepiej. Z tą myślą docieramy do Bandar-e Gonaveh. Niestety - tu jest jeszcze gorzej. To już typowe nadmorskie miasto portowe, częściowo żyjące z handlu, częściowo z przemysłu, ale na pewno nie z turystyki. Jesteśmy nieco rozczarowani, chociaż z drugiej strony, można znaleźć cichy zakątek na plaży i odpocząć w samotności. Każdy medal ma dwie strony ...
Czarownice Dzisiaj chcemy koniecznie dotrzeć do Shiraz. Tam podobno klimat jest już znośniejszy (miasto leży dużo wyżej niż region zatoki). Ale przed nami kawał drogi w niespecjalnie znośnych warunkach. Na dworze jest piekielnie gorąco. Wyjście z samochodu to uderzenie ciepła z każdej strony (w aucie klima ledwo daje radę), a spacer w sandałach czy tenisówkach jest prawie niemożliwy - ziemia jest tak rozgrzana, że parzy w stopy.
Koło południa mamy totalny "zgon". Wszyscy mamy tak dość, że postanawiamy się na chwilę zatrzymać i odpocząć. Niestety nie jest to praktycznie możliwe, klimatyzacja na postoju nie daje rady i zaczynamy się w środku gotować. Ruszamy więc dalej i docieramy do palmowego lasu. Tutaj odpoczywamy chwilę w cieniu wysokich palm, dziewczyny szukają pamiątek (stara wysuszona kora, świeże gałązki z daktylami), po czym próbują nauczyć się latać na daktylowych wiechciach - niestety, to nie nasze miotły, więc z nauki latania nic nie wyszło.
Iran - doskonałe, dwujęzyczne oznakowanie dróg Ze względu na sporą różnicę wysokości między regionami, nasza dzisiejsza droga to praktycznie tylko wspinaczka. Ale za to mijamy piękne górskie wąwozy, widoki mamy pierwsza klasa. Jedyny problem, to wolno jadące ciężarówki, które skutecznie blokują górskie odcinki dróg. Koło godz. 15 docieramy do Qamemiyech. W okolicy tego miasteczka znajdują się ciekawostki archeologiczne. W odległości ok. 10 km znajdujemy Tang-e Chogan, ciekawą jaskinię, do której jednak musimy wybrać się spacerkiem. Spacerek, to troszkę źle powiedziane - czekała nas niespodzianka - półtorej godziny ostrego marszu wysoko w góry, w pełnym perskim słońcu - katorga. Na szczęście nasz przewodnik (bez którego w życiu nie trafilibyśmy do jaskini, a już na pewno nie w tak krótkim czasie) był bardzo wyrozumiały. Niestety - Asia nie wytrzymała tempa i w połowie drogi zdecydowała się zostać i poczekać na nasz powrót. Ja z Beatą zdecydowaliśmy się na dalszą wędrówkę, czego później żałowałem. Nie wiem jakim cudem udało nam się wdrapać na sam szczyt, ale przed jaskinią długo musieliśmy szukać normalnego oddechu. Sama jaskinia to jedna wielka komora, przed którą stoi wielki posąg lokalnego władcy. Powrót zajmuje nam nieco mniej czasu, ale jest równie męczący. Rozliczamy się z naszym przewodnikiem, który na koniec prowadzi nas do małej wytwórni dywanów, gdzie Iran - Shapur - ruiny sasanyjskiego antycznego miasta - mały mieszkaniec ceny są zdecydowanie niższe, niż w centrach turystycznych. Dziewczyny nie znajdują jednak niczego godnego uwagi więc ruszmy dalej. Jaskinia znajduje się w dolinie, u wylotu której, na skałach, znajduje się sporo reliefów (płaskorzeźb wykonanych bezpośrednio na skale).
Nieopodal znajdują się również ruiny sasanyjskiego antycznego miasta Shapur. Rzeczywiście - całego miasta. Tak rozległego kompleksu ruin jeszcze nie mieliśmy okazji zobaczyć. Na poznanie tego miejsca pewnie zabrakłoby kilku dni, skupiamy się więc na najważniejszych, najlepiej zachowanych obiektach. Wśród ruin mamy okazję również zapoznać się z lokalną fauną i florą. W tunelach zamieszkuje sobie rodzina maleńkich nietoperzy, a wśród skał co trochę można zauważyć różne rodzaje jaszczurek. Ruiny upodobała sobie również lokalna odmiana ostów, która akurat w tym czasie kwitła.
Iran - Shapur - ruiny sasanyjskiego antycznego miasta Wczesnym wieczorem ruszamy w dalszą drogę. Do Shiraz zostało nam raptem 120 km. Niewielki dystans, na pokonanie którego musieliśmy przeznaczyć prawie 3 godz. Droga między Qamemiyech a Shiraz ostro wspina się w górę kilkukrotnie przekraczając poziom 2100 m n.p.m. a wieczorna pora to czas, kiedy na trasę ruszają wszyscy kierowcy po całodniowym odpoczynku. W wielkim korku, obserwując wariactwa irańskich kierowców pokonujemy górski odcinek drogi i gdzieś przed północą jesteśmy w centrum miasta. Znajdujemy sobie miły hotel, z zamiarem odpoczynku przed zwiedzaniem miasta. Podczas parkowania samochodu dziewczyny zaobserwowały wielki wyciek - w pierwszej chwili myślałem, że to nie nasz, ale plamy były zbyt świeże. Wizyta pod samochodem uwidoczniła usterkę - pęknięty wąż hydrauliczny wspomagania kierownicy. No pięknie.
Przy pomocy obsługi hotelu został znaleziony i wezwany mechanik samochodowy, który po około godzinie wziął się do pracy. Pierwsze próby połatania węża nie zostały zakończone powodzeniem, więc mechanik zdemontował wąż i zadeklarował się, że rano przyjedzie z nowym i naprawi. Pożyjemy - zobaczymy. Na razie nasze plany się mocno skomplikowały. Dziewczyny poszły do pokoju, a ja zostałem z mechanikiem na dworze. W międzyczasie miałem przyjemność poznać starszego pana, który przedstawił się jako Ghishar, z którym wdałem się w pogawędkę na temat Iranu, podróży i naszej pracy. Zostałem również przez niego zaproszony na herbatę i na pogawędce czas nam szybko uciekł. Do pokoju dotarłem późno - ok. 2.30.

Dziewczyny


Dzień trzydziesty piąty - wtorek - 03.06.2008 r.

Iran - Shiraz - twierdza Karim Khani. Dzień rozpoczął się w hotelowej restauracji, gdzie ponownie spotkaliśmy się - tym razem już w trójkę, z Gisharem. Niestety - nasz mechanik nie dotarł o umówionej godzinie.
Jest przed południem, a my nie specjalnie wiemy co ze sobą zrobić. Mimo wielkiego upału i informacji od naszych przygodnych znajomych, że w dniu dzisiejszym (ze względu na ważne święto - o ile dobrze zrozumieliśmy jest to rocznica śmierci Chommeiniego), wszystko będzie pozamykane. Nie mniej - z nudów ruszamy zwiedzać Shiraz. Dzisiejsze oblicze miasta jest zgoła odmienne od dotychczas nam znanego. O tej porze miasto wygląda na wymarłe.
Rzeczywiście, prawie wszystko jest pozamykane. Na szczęście dla nas niektóre sklepy spożywcze są czynne, więc na bieżąco możemy uzupełniać nasze strategiczne zapasy płynów. Przy okazji - w Iranie jest bardzo popularny nie gazowany sok z kawałkami owoców, marki RANI, sprzedawany w puszkach. Tak nam przypadł do gustu, że pijamy go po kilkanaście puszek dziennie każdy. Rewelacyjny, zwłaszcza dobrze schłodzony.
Iran - Shiraz - medresa Khan. Opuszczając hotel zakładaliśmy, że chociaż obiekty turystyczne oraz meczety będą otwarte. Z tym założeniem dotarliśmy na plac Shohada, przy którym znajduje się jeden z największych i najlepiej zachowanych zabytków - twierdza Karim Khani - niestety - zamknięta. Ruszyliśmy spacerem w kierunku nieczynnych bazarów, które musieliśmy obejść bocznymi uliczkami. Ale spacer pustymi zaułkami również jest bardzo przyjemny, zwłaszcza, że możemy robić zdjęcia praktycznie bez ograniczeń. Zupełnie przypadkowo docieramy do medresy Khan. Przeciętnie wyglądający budynek wzbudza nasze zainteresowanie zdobionymi elementami wokół bramy, która, jak się okazało, była nawet otwarta. Nieśmiało zajrzeliśmy do środka, a chwilę później zostajemy zaproszeni do zwiedzenia tego miejsca. A w środku to już zupełnie inna bajka. Budynek medresy został zbudowany na planie prostokąta, wszystkie pomieszczenia znajdują się w zewnętrznych ścianach a wewnątrz wygospodarowano miejsce na zacieniony gaj drzewek cytrusowych i niewielką sadzawkę. W cieniu i spokoju mieliśmy chwilę oddechu od wielkiego upału. Zwiedzane miejsce jest czynną do dzisiaj medresą, czyli szkołą koraniczną. Ta jest nawet dość duża, przeciętnie ma ok. 100 uczniów.
Iran - Shiraz - mauzoleum szacha Cheragh. Kierujemy się na południowy zachód i po jakimś czasie docieramy do placu Ahmadi, gdzie znajduje się jeden z najważniejszych obiektów w Shiraz - mauzoleum szacha Cheragh - miejsce bardzo ważne, pewnie nawet kultu religijnego, do którego wpuszczani są praktycznie wyłącznie muzułmanie, chociaż przewodnik nasz opisuje możliwość turystycznego zwiedzania obiektu. Nasza trójka nie spodobała się chyba specjalnie strażnikom, więc mieliśmy okazję zobaczyć mauzoleum tylko zza płotu.
Troszkę zdegustowani ruszyliśmy w drogę powrotną - chcieliśmy zobaczyć jeszcze stary karawanseraj oraz meczet Masjed-e Vakil. Z zewnątrz obydwa obiekty prezentują się okazale, natomiast środki zamknięte były w dniu dzisiejszym na cztery spusty. Nie pozostaje nam nic innego, jak tylko wrócić do hotelu, zbliża się bowiem kolejna umówiona godzina spotkania z mechanikiem - 14.00. Zanim jednak wróciliśmy, robimy sobie krótki spacer po okolicznych hotelach - musimy nasz opuścić (brak miejsc na kolejną noc - ze względu na święto, wszystkie pokoje były już wcześniej zarezerwowane). Dziewczyny obejrzały wiele hoteli, ale były tak Iran - Shiraz - most nad wyschniętą rzeką Khoshk. zdegustowane klasą budżetową, że wróciliśmy w rejon naszego hotelu, w pobliżu którego znajdują się inne hotele podobnego standardu. Nocleg znaleźliśmy w hotelu Hadish - jest to wygodny apartamentowiec. Kilka minut po godz. 14.00 wróciliśmy do naszego hotelu, gdzie zastaje nas informacja, że nasz mechanik ponownie nie dotarł - miła pani w recepcji ponownie dzwoni do tego nie słownego człowieka, który tym razem informuje nas, że będzie gotowe gdzieś na godz. 19.00. Szlag mnie mało nie trafił, ale co zrobić? W międzyczasie do Shiraz docierają Janusz z Ewą. Po krótkim odpoczynku ruszamy ponownie do centrum, by wspólnie zwiedzać miasto. Mimo, że część miasta obudziła się do życia, otwarło się troszkę więcej sklepów i pojawili się ludzie na ulicach, to wszystkie odwiedzone przez nas wcześniej obiekty były w dalszym ciągu zamknięte.
Po chwili zastanowienia ruszamy w kierunku zabytkowego mostu na rzece Khoshk. Most znaleźliśmy, ale po rzecze ani śladu. Zaraz za mostem znajduje się ciekawy obiekt. Z zewnątrz niepozorny. Na wewnętrznym dziedzińcu właśnie rozwijano dywany, pewnie są to przygotowania na jutrzejszy dzień (to złe święto - jak je określił jeden z recepcjonistów w hotelu, trwa dwa dni), co wcale nie przeszkadza nam w zwiedzaniu tego miejsca - a jest to grobowiec Hamze (pełna nazwa brzmi Imamzadeh-ye Ali Ebn-e Hamze). Zostajemy zaproszeni przez Imama do wnętrza świątyni. A tutaj wielka niespodzianka. Budynek wewnątrz jest imponujący. Wszystkie ściany są wyłożone drobną mozaiką wykonana z tysięcy drobnych lusterek - w połączeniu z delikatnym, zielonkawym oświetleniem daje to efekt zapierający dech w piersi. Poza tym - wewnątrz jest bardzo chłodno, co pozwala nam w całkiem przyjemnych warunkach odpocząć i zapomnieć na chwilę o technicznych kłopotach, czekających na nas pod hotelem.
Iran - Shiraz - grobowiec Hamze (Imamzadeh-ye Ali Ebn-e Hamze). Po opuszczeniu grobowca rozdzielamy się - Janusz z Ewą wracają do hotelu, a ja z dziewczynami ruszamy taksówką na poszukiwanie kościoła ormiańskiego. Taksiarz podwozi nas w rejon placu Ahmadi, skąd spacerem ruszamy na poszukiwanie kościoła. Nie jest to wcale łatwe zadanie, bo co trochę gubimy się w wąskich uliczkach. Po kilkunastu minutach kluczenia docieramy do małego placyku, gdzie - jak nam wskazał lokalny sklepikarz - za białą bramą znajduje się kościół. Dzwonimy przez domofon i po chwili jesteśmy już na terenie przynależnym do kościoła.
Poznajemy opiekuna tego obiektu, młodego chłopaka o niemożliwym dla nas do zapamiętania imieniu, który oprowadza nas po tym miejscu, po czym zaprasza nas na herbatę do swojego mieszkania. Kościół jest zamknięty - zostaje otwierany tylko raz w tygodniu, w niedzielę, na nabożeństwo. Mieszkanie naszego przewodnika to tak naprawdę maleńki pokoik i mikroskopijna kuchenka. Bardzo skromnie wyposażone. Zostajemy poczęstowani herbatą i armeńskimi, domowymi ciastkami. Pycha, ale strasznie słodkie.
Po wizycie taksówką wracamy do hotelu, gdzie dowiadujemy się, że mechanik jeszcze nie dotarł, i że prawdopodobnie będzie zrobione to na rano, jak nam powiedział jeden z managerów hotelu - "mam nadzieję, że jutro rano wszystko będzie ok.". Ja mu odpowiedziałem, że nie wierzę.
Wróciliśmy do hotelu, w którym przez pół nocy kombinowałem, jak rozwiązać problem. Przejrzałem raz jeszcze wykaz części zapasowych i znalazłem na nim brakujący przewód. Rano postanowiłem przeszukać skrzynie raz jeszcze.
Z tą myślą w końcu udało mi się w końcu zasnąć. A było już dobrze po godz. 2.00.

Dzień trzydziesty szósty - środa - 04.06.2008 r.

Iran - Shiraz - serwis w naszym wydaniu. Dziewczyny zafundowały mi pobudkę krótko po 7.00. Byłem tak nieprzytomny, że nawet nie wiem, jak dotarłem na śniadanie. W przeciwieństwie do wczorajszego, wystawnego, dzisiejsze było bardzo, bardzo skromne. Mnie to nie przeszkadzało, bo byłem myślami na dachu Dyskoteki i przeszukiwałem już skrzynie, ale dziewczyny nieco marudziły. W końcu wszyscy zjedliśmy i ruszyliśmy do auta. Zacząłem rozgrzebywać skrzynie z częściami, a dziewczyny w międzyczasie przepakowały do wolnej skrzyni na dachu nasze pamiątki. Poszukiwania zostały zakończone sukcesem - rzeczywiście w skrzyni miałem przewód ciśnieniowy wspomagania, wprawdzie używka ale jest. Wróciliśmy do hotelu, gdzie przebrałem się w robocze ubranie i razem z Januszem poszliśmy założyć nieszczęsny przewód. Po godzinie pracy, uwalany jak święty turecki, wylazłem spod auta z szczęśliwą miną i oznajmiłem wszem i wobec - gotowe. W tym momencie Ewa mało nie wyszła z siebie. Chciała mi najpierw coś zasadzić, potem zmieniła plany - została kanibalem. Ale miała racje - dupa ze mnie i tyle. Mogłem wcześniej sprawę załatwić i tyle.
Iran - Shiraz - serwis w naszym wydaniu. Po naprawieniu samochodu poprosiliśmy recepcjonistę z naszego pierwszego hotelu o ostatni telefon do naszego mechanika z informacją, że auto jest sprawne i że chcielibyśmy odzyskać tylko nasz przewód i uregulować należność za nocną akcję.
Poskutkowało - godzinę później nasz mechanik czeka z naprawionym przewodem pod hotelem. Teraz pakujemy się do samochodów i możemy ruszać. Jest już dość późno, a po drodze jest jeszcze tyle atrakcji.
Wyjeżdżamy z Shiraz i kierujemy się na główną drogę w kierunku Esfahan. Tą drogą jechała do nas już nasza druga ekipa, stąd wiemy, że przynajmniej połowę drogi mamy do przejechania dobrą czteropasmówką.
Docieramy do Persepolis. Wielkie ruiny są dzisiaj - w przeciwieństwie do wielu innych miejsc - otwarte. Ale w związku z tym, że jest święto, w tym miejscu są tłumy. Tutaj już widać komercję na wielką skalę. Jest kilka miejsc bardzo dobrze zachowanych, zwłaszcza dwa grobowce skalne górujące nad całą okolicą, ale samo Persepolis to jedna wielka ruina. Pasjonaci archeologii i historii znowu będą zachwyceni. Nam też się podoba kilka miejsc - ujmują precyzją i rozmachem. Ale po prawdzie, to - przynajmniej dla mnie - zachowało się zbyt mało, by móc sobie coś wyobrazić. Do tego jeszcze dochodzą wysokie temperatury i słońce, które powodują, że tak naprawdę to koncentrujemy się na poszukiwaniu zacienionych miejsc. Z drugiej strony - to miejsce jest zdecydowanie lepiej zachowane i opisane, niż większość ruin, które mieliśmy okazję zobaczyć. Warto tu przyjechać, ale zdecydowanie w porze mniejszych upałów.
Iran - Persepolis. Doskonała droga prowadzi nas przez górskie przełęcze. Mimo, że specjalnie tego nie widać, to nasze Dyskoteki dostają ostro w ... (no, po podzespołach). Wspinamy się na wysokość 2559 m n.p.m. Ciekawe jest to, że są to tereny zamieszkałe, wokół jest sporo pól uprawnych. Na tej wysokości toczy się normalne życie, a jak przypomnę sobie nasze polskie góry - ot, w rejonie Babiej Góry, której wysokość ledwie przekracza 1700 m n.p.m. praktycznie rośnie tylko trawa.
Kilka km przed zjazdem na Yazd, znajduje się spora jednostka wojskowa, w rejonie której znaleźliśmy kilka ciekawych zabytków. Był to całkiem spory kompleks, z którego do dzisiaj zachowały się ruiny karawanseraju oraz hamamu, a także kilku budynków pomocniczych. Ze względu na obecność jednostki wojskowej, której nie wolno fotografować, obiekty zwiedzamy razem z obstawą, składającą się z dwóch żołnierzy.
Iran - opuszczony karawanseraj. Zjeżdżamy z głównej drogi. Teraz poruszamy się zdecydowanie wolniej. W jednym z miasteczek kupujemy cały worek brzoskwiń. Mam wrażenie, że po ich zjedzeniu przez długi okres czasu już na brzoskwinie nie spojrzymy.
Jest już późno. Robi się wieczór. Po raz kolejny przychodzi nam się zmierzyć z irańskimi kierowcami po zachodzie słońca. I po raz kolejny podczas atakowania górskiej przełęczy. Nie jest to łatwe zadanie, zwłaszcza, że w kulminacyjnym punkcie droga wspina się na wysokość 2637 m n.p.m. (co jest na razie nieoficjalnym rekordem wysokości, na jaką się wspięła nasza Dyskoteka).
W rejonie miejscowości Taft uzupełniamy nasze zapasy paliwa (znowu zatankowałem ok. 135 dm3 za równowartość 6 polskich złotych - niewiarygodne).
Późnym wieczorem docieramy do Yazd. Pierwszego napotkanego taksówkarza pytamy o upatrzony hotel Moshir-al.-Mamalek. Taksówkarz podprowadził nas pod hotel, po czym pomachał nam i odjechał bez jakiejkolwiek zapłaty.
Gdy Ewa poleciła nam hotel, w pierwszej chwili wystraszyliśmy się poziomu cenowego - ale na miejscu okazało się, że za całkiem rozsądne pieniądze trafił się nam nocleg w wyjątkowo pięknym miejscu.

Iran - Yazd - hotel Moshir-al.-Mamalek - pierzasty mieszkaniec hotelu. Iran - Yazd - hotel Moshir-al.-Mamalek - nieopierzony mieszkaniec hotelu. Iran - Yazd - hotel Moshir-al.-Mamalek - miejsce spoczynku ...


Dzień trzydziesty siódmy - czwartek - 05.06.2008 r.

Iran - Yazd - placu Amir Chakhmaq. Ewa jest nieprzejednana i nieprzyzwoita. Pora o której wyciągnęła nas z łóżek była okropna. Ale co robić? Idziemy na śniadanie, gdzie jedynym rozsądnym wyborem były jajka sadzone i normalne pieczywo. Po śniadaniu obserwujemy przez chwilę dwie hotelowe papugi, które coś podejrzliwie na mnie patrzą. Chyba dobrze zapamiętały sobie wczorajszą wieczorną sesję zdjęciową, podczas której wielokrotnie otrzymały flashem po oczach.
Dzisiaj dajemy wolne naszym Dyskotekom. Po Yazd zamierzamy podróżować taksówkami, co rozwiąże nam generalnie problem parkowania samochodów, a także umożliwi skoki z jednego miejsca w drugie bez konieczności wracania do samochodów. To nawet wygodne rozwiązanie. Taksówkami więc docieramy do placu Amir Chakhmaq, przy którym znajduje się kompleks o tej samej nazwie. Iran - Yazd - wieża zegarowa przy ulicy Chomeiniego i radiowóz marki Mercedes. Jest to imponująca budowla, z dwoma wieżami. W dniu dzisiejszym w jej obrębie panuje z rana spory ruch - spora ekipa sprząta po wczorajszych obchodach. Spacerujemy sobie ulicą Chomeiniego, przy której zwiedzamy dwa meczety oraz przyglądamy się wieży zegarowej (nie udostępnionej do zwiedzania, wewnątrz jest posterunek policji). Od wieży zegarowej docieramy do imponującego meczetu piątkowego. Zanim jednak znajdziemy się w środku, dziewczyny zaczynają kolejne zakupy w niewielkim sklepiku. Do mnie w międzyczasie podchodzi starszy pan, który po informacji, że jesteśmy Polakami wita nas swojskim "jak się masz". Okazuje się, że ma przyjaciół w Polsce, którzy od czasu do czasu odwiedzają go w Iranie. W jego towarzystwie zwiedzamy meczet piątkowy. Jest to specyficzna budowla, ponieważ robi wrażenie otwartej - główna część, przeznaczona do modłów jest niczym nie odgrodzona od zewnętrznego dziedzińca. W sumie wygląda to dziwnie, aczkolwiek sam meczet jest piękny. Po wizycie w meczecie ruszamy na poszukiwanie miejsca zwanego "więzieniem Aleksandra Wielkiego". Iran - Yazd - meczet piątkowy. Chcąc dotrzeć w to miejsce, musimy odbyć dość długi, ale w sumie bardzo przyjemny spacer po starym mieście. Cała zabudowa starówki w Yazd, z wyjątkiem frontów budynków przy głównych ulicach, przypomina nam zabudowę jaką widzieliśmy m.in. w Mopti w Mali. Wszystkie budynki zostały wykonane z błotnych cegieł suszonych na słońcu (podobnie jak w Afryce), a tynk robił wrażenie jakby został wykonany z mieszaniny błota ze słomą.
Zabudowania są tak ciasno rozmieszczone, że między kolejnymi murami są przejścia nieraz tylko metrowej szerokości (co troszkę przypomina Wenecję), a główne trakty pozwalają przeciskać się motocyklom. Auta mają tutaj bardzo ograniczone możliwości ruchu. Spora część uliczek jest przykryta zadaszeniami, podobnie zresztą jak tutejsze bazary, a takie miejsca mają ciekawie rozwiązaną wentylację. Ponad zabudowaniami starówki co jakiś czas wystają Iran - Yazd - Wieże Wiatru. "Wieże Wiatru". Są to najczęściej wieże o przekroju kwadratu z wykonanymi od każdej strony kanałami skierowanymi później do dołu - niezależnie od której strony wiatr nie wieje, wpycha strugę powietrza do zabudowań. Wewnątrz, w stropach, w różnych odstępach (najczęściej kilku, kilkunastometrowych) , wykonane są okrągłe otwory, którymi wypychany jest nadmiar powietrza. Średniowieczni budowniczy tego miasta mieli wyśmienity pomysł - Yazd należy do najgorętszych miast Iranu, a spacerując po starym mieście praktycznie się tego nie odczuwa.
Docieramy w końcu do placu Ziaee, przy którym jest najwięcej zabytków tego miasta. Przede wszystkim wzmiankowane już "Więzienie Aleksandra", w którego zabudowaniach dzisiaj mieszczą się sklepiki, kawiarenka i małą galeria, a także Grobowiec 12 Immamów. W pobliżu jest również zabytkowy rezerwuar wodny oraz piękny dom Khan-e Lari. Ten ostatni wart jest w szczególności zobaczenia. Pokazuje zupełnie inny obraz starówki, która z zewnątrz wygląda bardzo jednolicie, wszystkie ściany, tynki są podobne. Natomiast wnętrza zabudowań są przepięknie zdobione, drewniane drzwi i posadzki, kamienne wykończenia ścian, liczne witraże, wewnątrz zabudowań jest również mały dziedziniec z oczkiem wodnym i małymi drzewkami. To chyba w najlepszy sposób odzwierciedla mentalność Persów - na zewnątrz starają się być skromni, nie pokazywać swojego bogactwa, ale w domu, we własnym środowisku chcą się czuć jak najlepiej.
Iran - Yazd - Grobowiec 12 Immamów. Jest już dobrze po 13.00. Słonko zaczyna nam mocno doskwierać, a Asia narzeka jeszcze, że jest bardzo głodna. Ruszamy więc na poszukiwanie restauracji. Widzieliśmy jedną fajną, ale nie jesteśmy pewni, czy uda nam się do niej ponownie trafić. Mamy szczęście - znajdujemy to miejsce. Jest to restauracja hotelu Mehr, zlokalizowana w starych zabudowaniach hammamu. Klimat rewelacja. Wprawdzie można zjeść normalnie jak w restauracji przy stołach, nam jednak bardziej przypadł do gustu alternatywny wariant - jedzenie na rozłożonych na ziemi matach i dywanach. Z jednej strony - nie jest to może najwygodniejszy wariant, z drugiej, jak najbardziej tradycyjny oraz oryginalny. W czasie oczekiwania na zamówiony posiłek wypisujemy pierwsze zdobyte podczas tej podróży kartki. W krajach kaukaskich nie znaleźliśmy typowych widokówek, stąd nasi bliscy pewnie poczują się zawiedzeni, natomiast w Iranie, pierwsze ładne kartki znaleźliśmy dopiero tutaj, w Yazd. Po sutym posiłku ruszyliśmy w drogę powrotną do hotelu, by dołączyć do leniuchujących już naszych towarzyszy. Droga powrotna nam wypadła przez kryte bazary, które w znakomitej większości były jeszcze nieczynne - tutaj życie tak naprawdę zaczyna się dopiero po 17.00 i trwa do późnej nocy.
Iran - Yazd - dom Khan-e Lari. Wróciliśmy taksówką do hotelu i też poszliśmy poleniuchować.
Późnym popołudniem, całą piątką, wynajmujemy dwie taksówki i ruszamy na podbój pozostałych ciekawych miejsc, odległych nieco od centrum. Przy okazji, ceny taksówek są tu równie niskie, jak i pozostałych usług i towarów. Jednorazowy przejazd to wartość ok. 1 - 2 $, z kolei wynajęcie taksówkarza z samochodem na godzinę - to ok. 3 $. Są to tak śmiesznie niskie ceny, że nie warto nam się samym tłuc po nieznanym mieście, co z pewnością zajęłoby dużo więcej czasu. Należy jednak uważać - sporo taksówkarzy, zwłaszcza tych starszych, lubi naciągać turystów. Przekonaliśmy się już o tym w Shiraz. Innym problemem jest brak taksometrów w większości taksówek. W te ostatnie są wyposażone tylko odpowiednio oznakowane pojazdy. Najlepiej więc dogadać cenę jeszcze przed zajęciem miejsca w taksówce.
Iran - Yazd - obiad w restauracji zlokalizowanej w starym hammamie. Na pierwszy ogień bierzemy zabytki kultury Zoroastriańskiej. Ateshkadeh to świątynia ognia, ulokowana w stosunkowo nowym (bo z lat 30 XX w) budynku, w niczym nie przypominająca świątyni z Baku. Na trasie wylotowej w kierunku na Kerman, w odległości ok. 5 km od centrum Yazd, znajduje się cały kompleks pogrzebowy zoroastriański. Przede wszystkim są to dwa niewysokie wzgórza, na których znajdują się ruiny "Wież Ciszy" bądź "Wież Milczenia". Są to dwie wieże, na których do końca lat 60-tych odbywały się makabryczne obrządki pogrzebowe - mianowicie ciało denata zostawało pozostawiane na szczycie wieży sępom na pożarcie. U stóp wież znajdują się pozostałości różnych budynków, a nieopodal - nowy cmentarz, gdzie są chowani wyznawcy od czasu zaprzestania starego "obrządku".
Ostatnim punktem dzisiejszego "turystycznego" programu jest wizyta w świątyni zoroastriańskiej Ghal`eh-ye Asadan, położonej w okolicach parku Shohada, gdzie dowiadujemy się nieco więcej o tej kulturze (a właściwie wyznaniu).
Po tej wizycie wracamy do centrum, zwalniamy już naszych uczynnych taksówkarzy i ruszamy na podbój centrum handlowego - w końcu należy wydać nieco Riali i zapełnić wolne skrzynie pamiątkami z podróży. Na tej czynności czas nam bardzo szybko upłynął i do hotelu wróciliśmy późno.
Jeszcze tylko krótka wizyta w necie - w końcu to nasze jedyne okno na świat - i udajemy się na zasłużony odpoczynek.

Dzień trzydziesty ósmy - piątek - 06.06.2008 r.

Iran - przy drodze między Ardakan a Esfahan - ruiny karawanseraju. Rankiem jakoś nie specjalnie chcieliśmy opuszczać ten wygodny hotel. Nawet papugom daliśmy już spokój. Ale kolejny dzień miał przynieść nam kolejne wyzwania. Znowu zapowiada się bardzo długa droga. Ale co robić?
Spotkani wczoraj turyści w świątyni zoroastriańskiej polecili nam jeszcze jedno ciekawe miejsce związane z tym wyznaniem. Czak - czak, co w farsi znaczy tyle samo co kap - kap. Jest to jeszcze jeden kompleks świątynny, tym razem w znacznej odległości od innych siedzib. Jest to również miejsce wypoczynku wielu rodzin - podczas naszej wizyty wiele osób szykowało się do pikniku. Miejsce jest pięknie położone, na stoku jednej z gór wyrastającej niemalże z pustyni. Niestety, zostało oszpecone nieszczególną zabudową, które funkcjonalnością przypomina pueblo, natomiast architekturą raczej czasy późnego "Gierka". Wewnątrz świątyni wdajemy się w dyskusję z nauczycielem akademickim, która niestety zeszła na tematy polityczne. Nam jednak trudno prowadzić taką dyskusję, bo polityka to jest tak naprawdę jedyny punkt informacji o Iranie, który w całości pominęliśmy. Ale cóż zrobić - spotykani ludzie często chcą z nami wymieniać poglądy także w tej materii.
Iran - Esfahan - plac Imama - meczet piątkowy. Wracamy pustynną drogą do Ardakan, skąd już czteropasmówką zmierzamy do Esfahan. Mniej więcej w połowie drogi zatrzymujemy się na krótki postój - znowu trafiają się nam nieźle zachowane ruiny karawanseraju, wokół którego włóczy się samopas małe stado wielbłądów. Panujący upał zmusza nas jednak do kontynuowania jazdy, której nie przerywamy do samego Esfahanu. Na przedmieściach miasta pałeczkę przewodnika przejmuje Ewa - zna to miasto lepiej niż my, spędziła tu w końcu kilka dni. W ten sposób docieramy nad rzekę, nad którą znajduje się cała masa hoteli. Cóż jednak z tego, skoro żaden z nich nie może nam zaoferować noclegu w połączeniu z parkingiem. W jednym z hoteli dostaliśmy nawet bilet wjazdowy na parking, który okazał się wielopoziomowym budynkiem. Niestety - tu również nasze Dyskoteki nie miały czego szukać. Przejechaliśmy więc rzekę i - co dziwne - w pierwszym hotelu (MELAL) przyjmują nas pozwalając zostawić samochody z frontu.
Meldujemy się w hotelu, korzystamy też z możliwości odświeżenia się, po czym ruszamy na pierwszą wizytę w tym pięknym mieście.
Iran - Esfahan - plac Imama - bazary, sklep z dywanami. Popołudniową wizytę w centrum rozpoczynamy od imponującego placu Imama. Jest to kolosalny plac, który tak naprawdę jest jednym wielkim parkiem rozrywki otoczonym przez kompleks zabudowań, w których mieszczą się dwa meczety, okazały pałac a także ogromny bazar. Próbujemy dostać się do wewnątrz meczetów, ale w piątki niestety są one przeznaczone wyłącznie dla wiernych. Decydujemy się (ja z wielkim trudem) na wizytę na bazarze. Mamy małe plany co do pamiątek. Po krótkiej włóczędze trafiamy do sklepu z dywanami. I tutaj zaczyna się prawdziwa zabawa. Ewa i Janusz zrobili tu wcześniej zakupy, natomiast na nas ta przyjemność czekała do dzisiejszego wieczoru. A sprzedaż dywanów to wielki rytuał - Iran - Esfahan - plac Imama - nocą, meczet piątkowy. pierwszy krok to prezentacja zasobów, podczas których my zobaczyliśmy kilkadziesiąt dywanów, natomiast nasz rozmówca określa sobie nasze możliwości. Następny krok - to wybór odpowiednich dla nas wzorów i rozmiarów, który kończy się odłożeniem na bok 6 pięknych dywanów, z których docelowo decydujemy się na zakup 3 szt. Kolejny krok - to podanie ceny początkowej przez sprzedawcę i rozpoczęcie negocjacji. A te trwały długo. Ostatni krok, to sfinalizowanie transakcji (co ciekawe, tutaj można zapłacić kartą kredytową VISA bądź MasterCard) i przyjacielskie pożegnanie. W ten oto sposób zostaliśmy szczęśliwymi posiadaczami trzech pięknych dywanów. Po zakończeniu wizyty w sklepie dywanowym ruszamy na podbój dalszej części bazaru, a na zakończenie wracamy pod główne wejście do meczetu Imama, który o dziwo, jest otwarty, a nas nikt nie próbuje zatrzymać. Gdy jesteśmy już na dziedzińcu orientujemy się, że jest pora modłów, więc wycofujemy się po cichutku, z nadzieją, że jutro będziemy mieli więcej szczęścia.
Wracamy taksówkami do hotelu, przy czym nasz taksówkarz jeżdżący wieloletnim Paykanem, nie do końca nas zrozumiał i zawiózł nas do kompleksu hotelowego, ale nie naszego. Dopiero druga próba uwieńczona była sukcesem.
Po krótkiej przerwie decydujemy się na wieczorny spacer połączony ze zwiedzaniem i fotografowaniem esfahańskich mostów. Niestety - zmęczenie dało znać o sobie, więc po wizycie na jednym z mostów (Si-o-seh) i spożyciu posiłku wracamy do hotelu. W międzyczasie podziwiamy Irańczyków, którzy masowo rozłożyli się po obydwóch stronach rzeki na trawnikach, w celu organizacji wieczornych pikników. Troszkę inny sposób spędzania wolnego czasu.

Iran - Esfahan - most Si-o-seh. Iran - Esfahan - most Si-o-seh.

Dzień trzydziesty dziewiąty - sobota - 07.06.2008 r.

Iran - Esfahan - meczet piątkowy - wnętrza. Zaczyna się ostatni dzień pobytu w Iranie Asi i Ewy.
Motogrzybki znają już Esfahan, więc zamierzają sobie nieco odpocząć, natomiast dla naszej trójki zaczął się bardzo intensywny dzień. Zaraz po śniadaniu bierzemy taksówkę i ruszamy na podbój miasta. Tyle o nim czytaliśmy, że nie możemy sobie odpuścić. Na pierwszy rzut wybieramy meczet piątkowy - taksówkarz zawozi nas tam błyskawicznie, więc jesteśmy na miejscu przed 9.00. Wczoraj lokalni handlarze poinformowali nas, że dzisiaj wypada kolejny dzień świąteczny. I chyba się to potwierdza, bo przy głównym wejściu do meczetu mijamy świąteczną procesję, a brama niestety jest zamknięta. Zrezygnowani decydujemy się na obejście meczetu dookoła i pomyszkowanie po okolicznych zaułkach. Chociaż tyle będzie nasze.
Wąskimi uliczkami i krytym bazarem obchodzimy dookoła cały meczet i ponownie stajemy przed główną bramą, która o dziwo - jest otwarta. Okazało się, że pracownicy meczetu (który obecnie pełni raczej funkcję muzeum) zaczynają dopiero pracę o godz. 9.00, a my byliśmy przecież przed czasem.
Iran - Esfahan - plac Imama - Asia i autor. Meczet piątkowy to olbrzymi budynek z całkiem sporym dziedzińcem wewnątrz. Całość prezentuje się okazale. Dopiero wizyta wewnątrz sal, których sklepienia podparte są na kolumnach, pozwala odkryć drobne mankamenty. Otóż kolumny stoją jakby nie trafiały dokładnie w miejsca, które powinny podpierać. Niektóre też sprawiają wrażenie dość mocno odchylonych od pionu. Chociaż wygląda to na partaninę, stoi już od wielu lat. Może tak miało właśnie być?
Drugi punkt programu w dzisiejszym intensywnym zwiedzaniu Esfahanu to powrót na plac Imama. Taksówkarz zostawia nas przy fontannach, skąd pierwsze kroki kierujemy, a jakże, na bazar. Musimy uzupełnić skromne prezenty dla naszych bliskich, a to już tak naprawdę ostatnie miejsce w Iranie, gdzie możemy to zrobić. Spacerując po placu i myszkując po stoiskach z licznymi (i niestety dość tandetnymi) pamiątkami, zauważamy, że mimo święta, obydwa meczety mają otwarte bramy. Jesteśmy bliżej meczetu Szejka Lotfollaha, zwanego również meczetem kobiecym (informacja zasłyszana od miejscowego przewodnika, który uważa, że jest to wynik braku minaretów). Jest to niewielka budowla wewnątrz wyłożona piękną mozaiką. Na tablicy informacyjnej wewnątrz odczytaliśmy, że jest to jeden z najładniejszych meczetów w Iranie. Coś w tym jest.
Iran - Esfahan - plac Imama - bazary. Wczorajsza wizyta w meczecie Imama została zakończona niepowodzeniem - obowiązująca zasada mówi, że w czasie modłów świątyń się nie zwiedza, więc nie chcąc przeszkadzać wiernym rzuciliśmy tylko okiem na dziedziniec. Dzisiaj - to inna sprawa - po zakupie biletów mieliśmy możliwość zobaczenia całego meczetu. W przeciwieństwie do swojego sąsiada ten meczet jest wyjątkowo okazały. Wnętrza są obszerne i bardzo wysokie. Jedyne co szpeci, to rusztowanie podtrzymujące płócienne przykrycie na głównym dziedzińcu. Szkoda, bo nie można zobaczyć meczetu w pełnej okazałości, ale z drugiej strony - w czasie takich upałów, odrobina cienia wiernym jest niezbędna.
Po wizycie w meczecie wróciliśmy do ulubionej czynności dziewczyn - do zakupów. Po dłuższej chwili, obładowani jak nie wiem co, pakujemy się do kolejnej taksówki i jedziemy do hotelu, gdzie zostawiamy zakupy. Taksówkarz po chwili oczekiwania zawozi nas do dzielnicy Julfa (stara dzielnica ormiańska), gdzie czekają na nas (podobno) piękne kościoły. Ale nasz taksiarz jest jakiś lewy (cały czas, gdy on nas wozi po dzielnicy ja porównuję trasę z planem miasta), kluczy po zaułkach, uliczkach, skręca w niespodziewane miejsca, jedzie ostro pod prąd ulicą jednokierunkową, etc. W końcu jednak dociera w rejon katedry Vank gdzie oczekuje sowitej zapłaty. Tutaj jednak się zdziwił, nie dostał tyle ile chciał, chociaż dziewczyny i tak uważają, że zapłaciłem mu za dużo. Niech ma.
Iran - Esfahan - dzielnica ormiańska - Julfa - katedra Vank. Katedra Vank, to stara ormiańska świątynia, wewnątrz której znajdują się odnowione freski przedstawiające sceny biblijne. Część z obrazów jest dość niecenzuralna, żeby nie powiedzieć obrzydliwa. Tak widocznie artyści sobie wyobrażali poszczególne wydarzenia. W obrębie zabudowań urządzono również muzeum ormiańskie, w której prezentowane są lokalne rękodzieła, pamiątki po znanych Ormianach, płyty nagrobne i chaczakary. Osobną część poświęcono problematyce konfliktu Armeńsko - Tureckiego. Ormianie Turków traktują jak zbrodniarzy po wydarzeniach z początku XX w. Nam jednak te wydarzenia trudno oceniać.
Wychodząc z terenu katedry podziwiamy jeszcze wieże zegarową nad bramą. Spacerując dzielnicą ormiańską mamy wrażenie, że to jakby nieco inny Iran. Uliczki czyste i zadbane, wszędzie dookoła ładnie otynkowane zabudowania, małe ogródki. Wprawdzie mamy wiele sympatii do miejsc takich jak starówka w Yazd, ale to nam również się bardzo podoba.
A tak na marginesie - mieszkańcy Julfy są chyba miłośnikami starych samochodów z napędem na cztery koła marki Toyota - wszędzie ich pełno, a część doskonale odrestaurowana.
Docieramy do jeszcze dwóch ormiańskich kościołów, które jednak nie są czynne (nie są udostępnione do zwiedzania), nie mniej - na teren jednego z nich udaje się nam wśliznąć i mamy okazję podziwiać pięknie odnowiony dziedziniec tonący niemalże w roślinności.
Iran - Esfahan - dzielnica ormiańska - Julfa - dziedziniec jednego z ormiańskich kościołów. Została nam niespełna godzina. Decydujemy się na ostatniego taksówkarza i szybką wycieczkę po starych esfahańskich mostach.
Wróciliśmy do naszego hotelu, rozliczyliśmy się, zjedliśmy jeszcze ostatniego kebaba i ruszyliśmy w drogę. Zanim udało się nam znaleźć właściwą drogę wylotową z miasta na Teheran, objechaliśmy większość głównych dróg w Esfahanie. Byliśmy pod wrażeniem. Możemy tylko pozazdrościć (mnie natomiast szlag trafia, gdy podczas rozmowy z Irańczykami oni twierdzą, że mają kiepskie drogi - tutaj swobodnie można przyjechać sportowym wozem i gnać ile wlezie).
Po godzinie jazdy robimy małą przerwę. Zjeżdżamy na stację benzynową uzupełnić nasze zapasy (w aglomeracji nie mamy zamiaru stać w kolejkach za paliwem). Po zatankowaniu coś mnie tknęło i zajrzałem pod samochód - a tam niespodzianka - krzyżak przedniego wału w rozsypce. Trzeba było wejść pod samochód i nieco pod nim poleżeć. Asfalt był tak nagrzany, że nie szło na nim usiedzieć, a na dodatek wszystko pod samochodem rozgrzane do bólu. Niestety - ze względu na konieczność dojechania do lotniska w określonej porze, nie było czasu na czekanie, aż auto ostygnie. Po godzinie udało mi się uporać z problemem, ale byłem czarny i prawie usmażony. Ale mogliśmy ruszyć dalej.
Iran - lotnisko pod Teheranem - ostatnie wspólne zdjęcie przed wylotem dziewczyn. Dróg z Esfahanu do Teheranu jest kilka, wszystkie w dobrym stanie, wszystkie zatłoczone.
My poruszaliśmy się starą autostradą, płatną (za odcinek ok. 100 km płaciliśmy równowartość 50 groszy), za to mającą na całym odcinku min 3 pasy ruchu w każdą stronę. Niestety - poruszaliśmy się w tak wielkim tłoku, że właściwie nie było można się rozpędzić (nasze auta wymagają dość długich prostych, by osiągnąć właściwe prędkości podróżne). Za to mieliśmy świetne towarzystwo - bez przerwy byliśmy pozdrawiani przez kierowców i pasażerów mijających nas samochodów, niektórzy robili nam zdjęcia, ktoś nawet nas filmował. Czuliśmy się jak zwierzątka w ZOO, chociaż z drugiej strony to jest nawet przyjemne i zabawne.
Poza zatłoczeniem głównej drogi na Teheran zauważyliśmy jeszcze jeden problem - fotoradary - ich koncentracja na tej drodze jest większa niż na naszej "bezpiecznej 8". Na szczęście ograniczeń prędkości (do 120 km/h) nasze Dyskoteki nie były w stanie zignorować.
Dalszy przejazd w kierunku międzynarodowego lotniska (którego nie mieliśmy na żadnej z naszych map) minął bez większych przygód. No może z wyjątkiem jednej, gdy minęliśmy zjazd na lotnisko i musieliśmy się nieźle nakombinować, żeby wrócić na właściwą drogę. Ale to drobiazg.
Dotarliśmy na lotnisko, gdzie w lokalnym odpowiedniku McDonald`s spędziliśmy z naszymi dziewczynami ostatnie minuty. Kilka minut po 22.00 Ewa zarządziła pożegnania - chcąc nie chcąc wróciliśmy całą piątką do Dyskotek, z którymi zrobiliśmy sobie ostatnie zdjęcia, daliśmy dziewczynom im bagaż podróżny i po krótkim pożegnaniu ruszyliśmy w dalszą drogę - Ewa z Asią czekały na swój samolot na lotnisku, a Beata, Janusz i ja ruszyliśmy w dalszą drogę.
Skończył się kolejny etap naszej podróży.
Szkoda, że dziewczyny musiały wrócić, nas jednak czekają jeszcze różne przygody.
Pierwsza z nich właśnie nadchodziła. Przejazd przedmieściami stolicy Iranu. Z założenia zrezygnowaliśmy podczas tej wyprawy ze zwiedzania Teheranu - raz, że nie przepadamy za wielkimi miastami (no, przynajmniej nie wszyscy przepadają), dwa, poruszanie się samochodami po takiej aglomeracji to tylko strata czasu. Na celownik wybraliśmy więc miejscowość oddaloną o jakieś 40 km od stolicy - Karaj.
Jakimś cudem wytrzymaliśmy walkę z wieloma atakującymi na raz nasze Dyskoteki kierowcami i dotarliśmy do całkiem sympatycznego Hotelu Marmar, gdzie ponownie mamy kłopot z zaparkowaniem samochodów.

Dzień czterdziesty - niedziela - 08.06.2008 r.

Iran - Karaj - pod hotelem Marmar. Śniadanie mamy dzisiaj mniej niż skromne. Tak naprawdę jest tylko jajko na twardo i lokalne pieczywo. Do tego jeszcze herbata i sok. Ale wystarczy.
Podczas śniadania zaczepia nas starszy gość, mówiący całkiem nieźle po angielsku (nieźle = w sposób dla nas zrozumiały). Po chwili jesteśmy z nim w całkiem niezłej komitywie - wiemy, że jego babka była z Ukrainy, że on był kapitanem żeglugi wielkiej, że z bardzo przykrych powodów przybył do Karaj (o ile dobrze go zrozumiałem, 10 dni wcześniej ktoś zamordował jego brata, a on teraz dopełnia przykrych formalności). Nie wiemy ile w tym prawdy. Wymieniamy się namiarami, robimy pamiątkową fotkę i ruszamy w drogę.
Karaj jest jednym z ościennych miast Teheranu. Ruch drogowy jest tutaj straszny. Panuje totalny chaos. Na drodze nie ma tak naprawdę żadnych zasad, a policja próbująca sterować ruchem, światła sygnalizacyjne i znaki drogowe są raczej traktowane jak luźne wskazówki, a nie polecania. My sami starając się nie dopuścić do żadnego niebezpiecznego zdarzenia łamiemy przepisy jeden po drugim (co dziwne, przychodzi nam to z dziecinną łatwością). Czasem mamy tylko wrażenie, że na co poniektórym z kierowców - posiadaczy nowszych samochodów, robią wrażenie przednie zderzaki naszych pojazdów. Ale tylko czasami.
Jakimś cudem wyjeżdżamy na główną drogę wylotową w kierunku Qazvin, do przedmieść którego dojeżdżamy godzinę później. Zjeżdżając z autostrady widzimy zjazd na Alamut, szybka narada i decyzja - i chwilę później już jedziemy w tym kierunku. Nazwa brzmi znajomo, gdzieś w przewodniku wyczytaliśmy, że do zamku (bo to właśnie w Alamut jest najciekawsze) jest ok. 30 km. Ale nasze informacje okazują się dość nieprecyzyjne. Po przejechaniu ok. 30 km w małej miejscowości znajdujemy znak, że do Alamut jest jeszcze 60 km. Hmm - jest to zastanawiające i dość problematyczne, bo pierwsze 30 km przejechaliśmy ostro kręcąc po górach. Następne wcale nie wyglądają lepiej. W sumie - droga prześliczna, piękna pogoda, wokoło wysokie góry. Niestety - czasowo nie wystartowaliśmy dzisiaj dobrze i to teraz pokutuje.
Na stacji w doborowym towarzystwie. Po przejechaniu kolejnych kilkunastu km znajdujemy znak na jeden z okolicznych zamków. Jest to Hassan Saban. Ruiny starego zamku ulokowane są na wysokiej skale, co w zdecydowanym stopniu utrudnia nam jego zdobycie, zwłaszcza, że nikt nie przewidział drogi dla naszych maszyn. Jawna dyskryminacja, bo wąska ścieżka dla osiołków się znalazła. Ale co było robić? Ruszyliśmy więc z mozołem i wdrapaliśmy się z wielkim trudem na samą górę (tylko Beatce poszło coś bardzo gładko). Z zamku nie zostało zbyt wiele, za to poznaliśmy kolejną osobę żywo nami zainteresowaną. Tym razem jest to Ahmed - opiekun całego tego przybytku. Oprowadza nas po wszystkich zakątkach tego miejsca - dla niego musimy być nie lada rozrywką. Sam zamek nie jest może specjalnie interesującym obiektem, natomiast jego lokalizacja jest rewelacyjna. Podziwiamy piękne panoramy górskie i rozkoszujemy się całkiem przyjemnym chłodem, którego generalnie brak nam na co dzień w Iranie. Ale to jednak są wysokie góry - w końcu jesteśmy ponownie grubo ponad 2000 m n.p.m.
Iran - widok z  zamku Hassan Saban. Po wizycie na zamku i zejściu do samochodów jest już tak późno, że nie ma sensu dalsza jazda po górach w kierunku Alamut. Wracamy więc do Qazvin. W drodze powrotnej raz jeszcze zbaczamy z głównej drogi by dotrzeć do małego, górskiego jeziorka Oven. Kolejne bardzo urocze miejsce. Niestety - mieszkańcy pobliskiej wioski nie znają chyba jeszcze walorów tego miejsca, bo jedyne osoby spotkane przez nas w tej okolicy to młodzi chłopcy, myjący w wodzie motocykle. Na dodatek - zakaz kąpieli całkowicie nas zniechęcił do tego miejsca.
Dalsza droga powrotna upływa bez przeszkód. Iran - jeziorko Oven. Docieramy do Qazvin - to całkiem duże miasto. I jest w nim kilka hoteli. Centrum zlokalizowane jest wzdłuż ciągu ulic Talqani i Chomeini. Tutaj również znajdują się wszystkie hotele. Niestety dla nas - praktycznie żaden nie ma parkingu mogącego pomieścić nasze "gabloty" - tutaj popularne są parkingi podziemne bądź w bramach na tyłach budynków. Niestety - bramy najczęściej mają max 220 cm wysokości, co skutecznie uniemożliwia nam korzystanie z nich. W jednym z hoteli dowiedzieliśmy się, że jest jeden parking, ba - nawet nas tam zawieziono. Niestety - na parkingu mieszczącym w normalnych warunkach ze 20 samochodów tutaj zmieszczono ze 3 razy więcej. Zachodziła więc obawa, że w godzinach porannych możemy nie dać rady wyjechać z tego miejsca. To przeważyło i zdecydowaliśmy się na poszukiwania hotelu na obrzeżu miasta a nie w centrum. Trafiliśmy do hotelu MARMAR.
Wybraliśmy się jeszcze na małe zakupy, zjedliśmy sandwicza podobnego do przerośniętego hot-dog`a i wróciliśmy do hotelu.
W pewnym momencie odzywa się mój telefon - Asia napisała do mnie SMS`a informującego o wielkim wydarzeniu - dzisiaj grają Polacy z Niemcami na EURO. W tym momencie Janusz złapał za pilota i znalazł irański kanał transmitujący mecz biało - czerwonych na żywo.
Niestety - przegraliśmy, ale jeszcze nie wiemy ile ... Iran - nasi w telewizji - mecz Polska - Niemcy.

Dzień czterdziesty pierwszy - poniedziałek - 09.06.2008 r.

Iran - Qazvin - meczet piątkowy. Szybka pobudka, skromne śniadanie i wychodzimy z hotelu. Zebraliśmy się dzisiaj błyskawicznie. Taksówką (rozpasaliśmy się ostatnio strasznie) pojechaliśmy do centrum. Rolę przewodnika wzięła na siebie dzisiaj Beata - pierwsza jej propozycja to piękny dom Chechel Sotun - jest to budowla o konstrukcji mieszanej. Parter jest murowany, z pięknym sklepieniem, piętro to konstrukcja w zdecydowanej części drewniana - wrażenie robią przede wszystkim drewniane witraże. Wewnątrz zlokalizowane jest niewielkie muzeum. Po opuszczeniu muzeum, całkiem przypadkowo natrafiliśmy na pocztę, która co ciekawe - była czynna. W końcu udaje się nam wysłać pierwsze kartki z podróży. Ciekawe kiedy dotrą do adresatów. A przy okazji - na poczcie znajduje się okienko filatelistyczne, gdzie znaleźliśmy piękne znaczki - chcieliśmy rzecz jasna kupić na pamiątkę, ale uprzejma pani w okienku poinformowała nas, że nie jest to możliwe. Pomyśleliśmy, że może jest za wcześnie i postanowiliśmy wrócić tu w drodze powrotnej.
Iran - Qazvin - na bazarze. Poranny spacer po Qazvin jest całkiem przyjemny. Dzisiaj nie przywitał nas upał. Co więcej - wychodząc z hotelu mieliśmy wrażenie, że jest dość zimno. Wprawdzie dość szybko słoneczko dało znać o sobie, ale upału nie było. Poszliśmy więc na spacer po mieście, odwiedzając co ciekawsze miejsca. Minęliśmy wielką bramę miejską Ali Qapu, skąd dotarliśmy do meczetu piątkowego. Dzisiejszego poranka na terenie meczetu spotkaliśmy praktycznie tylko uczniów, wertujących swoje notatki, korzystając z cienia dającego przez nisze meczetu. Poza tym panował niczym niezmącony spokój. Tutejszy meczet piątkowy tak naprawdę nie odbiega konstrukcyjnie od innych tego typu odwiedzonych przez nas budowli, różni się tylko detalami wystroju. Takie przynajmniej odniosłem wrażenie.
Meczet opuściliśmy tylnym wyjściem i bocznymi uliczkami dotarliśmy na bazar. Po drodze minęliśmy całą plejadę motoryzacyjnych zabytków - stare Jeep`y, Citroeny, Nissany, Dodge`e, Chevrolet`y etc. Z obejrzanych przez nas dzisiaj samochodów można by zbudować całkiem spore muzeum motoryzacji. Niektóre z nich to okazałe modele. Z kolei miejscowy bazar nie różnił się niczym od odwiedzanych do tej pory. Nasz spacer zakończyliśmy przy budynku poczty, do którego wróciliśmy po znaczki. Tym razem rozmawiamy z szefem okienek, który nie powiedział nam nic innego. Nie sprzeda i koniec.
Wróciliśmy więc do hotelu, spakowaliśmy samochody i ruszyliśmy w drogę.
Iran - Lowshan - zabytkowy kamienny most. Wyjazd z miasta nie był prosty. Objechaliśmy Qazvin niemalże dookoła zanim udało się nam wyjechać. Ale tragedia czekała nas dopiero na drodze do Rasht. To co wyprawiali kierowcy na trasie, zwłaszcza jeden bałwan autokarem, przerastało wszystko co widziałem do tej pory. Na krętej górskiej drodze, kierowca kilkudziesięcioletniego autokaru mało nie zepchnął Dyskoteki Janusza z drogi, po czym, jak gdyby nigdy nic - powtarzał te manewry na kolejnych ofiarach - zgroza.
Dotarliśmy do Lowshan, gdzie musieliśmy zrobić małą przerwę techniczną. Janusz skontrolował układ wysprzęglania, a ja w tym czasie zrobiłem kilka fotek. W miejscowości znajduje się piękny, wykonany z cegieł, stary most.
Kilka km dalej diametralnie zmienia się pogoda. Zaczyna wiać bardzo silny wiatr i zacina deszczem. A im bardziej zbliżamy się do wybrzeża Morza Kaspijskiego tym jest coraz gorzej. Zresztą - ten teren chyba należy do bardzo wietrznych, bo w jednej z kolejnych miejscowości, Manjil, obserwujemy potężne pole, na którym pracuje kilkadziesiąt wiatraków. Tutaj jest też spore sztuczne jezioro, za którym znajduje się potężna zapora.
Przed Rasht pogubiliśmy się nieco. Nie mogliśmy odnaleźć drogi na Fouman, skąd wiedzie droga do Masuleh. Po kilku próbach w końcu udaje się nam odnaleźć dobrą drogę. Mimo, że pogoda jest niespecjalna, czujemy się wyśmienicie. Duża wysokość plus duża wilgotność plus piękne, zielone lasy sprawiają, że czujemy się prawie jak w polskich górach.
Wjeżdżamy do Masuleh. Jest to mała miejscowość, w której budynki są budowane na wielu poziomach. W ten sposób powstała jedna wielka konstrukcja, w której dachy dolnego poziomu są tarasami dla wyższego. Całość została wybudowana bardzo przypadkowo, a teraz jest troszkę zaniedbana. Duża część tarasów zagospodarowana jest na bary i palarnie fajek, a w wielu domach są sklepy z pamiątkami. To wszystko powoduje, że wizyta w Masuleh jest niezapomnianym przeżyciem.


Iran - Masuleh - górski potok. Iran - Masuleh - wielopoziomowe, górskie miasteczko. Iran - Masuleh - restauracje. Iran - Masuleh - piekarnia.


Dyskoteki we mgle. Do miejscowości dochodzi tylko jedna droga asfaltowa. Pozostałe drogi są szutrowe i ciągną ostro w górę. My nie chcemy wracać się przez Fouman (dookoła), więc idąc za radą jednego z mieszkańców ruszamy ostro w górę po szutrowej drodze. Droga wspina się ostro, jest wąska i cały czas wiedzie wzdłuż przepaści. Na nasze szczęście przez zdecydowaną większość podjazdu jest gęsta mgła, więc nie widzimy tego co po boku. Do przejechania - wg pytanego - po szutrowej drodze jest tylko 15 km, co w rzeczywistości daje dobrze ponad 60 km. Ale co tam, ważna jest frajda. Jak tylko osiągnęliśmy najwyższą przełęcz na drodze, diametralnie zmienia się pogoda. Przestaje padać, mgła się rozmywa, słoneczko przygrzewa. Za to, podczas naszego przejazdu, wzbijamy samochodami tumany kurzu, co od razu widać na naszym lakierze. Wczesnym wieczorem dotarliśmy do Khalkhal, gdzie znaleźliśmy skromny, ale sympatyczny hotel. Podczas, gdy moi towarzysze dokonują formalności meldunkowych, ja podjeżdżam do pobliskiego warsztatu, gdzie za dosłownie parę złotych mechanicy od ręki wymieniają krzyżaki w moim wale. Ja w tym czasie zajmuję się nieco moją Dyskoteką (wymieniam filtr, kilka spalonych żarówek, no i robię w końcu troszkę porządku w środku).

Dzień czterdziesty drugi - wtorek - 10.06.2008 r.

Dzisiejszy dzień z założenia przeznaczony miał być tylko na tranzyt w rejon tureckiej granicy. Niestety - nasz czas przeznaczony na Iran dobiega końca i trzeba już myśleć poważnie o powrocie do domu. A droga przed nami jeszcze długa.
Wyjeżdżamy z Khalkhal i górskimi drogami, pomalutku przebijamy się do Miyanech, skąd już dobrą, ale zatłoczoną drogą jedziemy do samego Tabriz.
Iran - rzeka Araz - pogranicze Republiki Nachichewańskiej (Azerbejdżan). Mijamy dość szybko Tabriz, następnie Marand. Tutaj decydujemy się na zmianę kierunku - skoro tak szybko dotarliśmy aż tak daleko, to możemy zobaczyć jeszcze dzisiaj coś ciekawego, zwłaszcza, że w tej części Iranu jest co oglądać. Decydujemy się na przejazd przez Jolfę - jest to miejscowość przygraniczna, z przejściem granicznym do Republiki Nachichewańskiej (terytorium Azerbejdżanu). Tutaj musimy jechać wzdłuż granicy, którą na tym odcinku stanowi rzeka Araz. Trasa biegnie pięknym wąwozem, który o tej porze jest przepięknie oświetlony. Dodatkową atrakcję stanowią ruiny zniszczonego mostu, kilku ciekawych kościołów i karawanseraju. Kiedy zbliżamy się do mostu, z wieży strażniczej ostro wykrzykuje do nas żołnierz - zrozumieliśmy to jako zakaz, więc zrobiliśmy kilka fotek i wróciliśmy do samochodów. W największym spokoju podjechaliśmy do karawanseraju, gdzie przyglądaliśmy się robotnikom prowadzącym rekonstrukcję obiektu, po czym podjechaliśmy do ruin pierwszego z kościołów - Choopan. Kiedy zwiedzaliśmy to miejsce na motorze podjechał do nas żołnierz z policji wojskowej i zaczął dość niesympatyczną rozmowę, z której wynikało jednoznacznie, że tą drogą wolno nam tylko jechać, bez zatrzymywania i robienia zdjęć. Po kontroli dokumentów i zrobieniu z naszej strony kilku niewinnych, aczkolwiek dość głupawych min, żołnierz w poczuciu swojej wyższości odjechał. My pojechaliśmy dalej w swoją stronę, nic sobie nie robiąc z zakazów.
Iran - rzeka Araz - pogranicze Republiki Nachichewańskiej (Azerbejdżan) - ruiny kościoła Choopan. W ten sposób dojechaliśmy do jednego z najważniejszych zabytków tego rejonu - do kompleksu klasztornego św. Stefana. Zlokalizowany u stóp wysokich gór warowny klasztor robi ogromne wrażenie. Mimo, że w dużym stopniu właśnie poddawany jest renowacji. Wewnątrz murów znajduje się stary kościół, patio i stare zabudowania klasztorne, które obecnie adaptowane są chyba na pokoje noclegowe.
Najkrótsza droga do granicy tureckiej wiedzie w dalszym ciągu przy rzece i przy granicy azerskiej. Podróżując tą drogą mamy mieszane uczucia. Niby rzeka stanowi naturalną barierę, ale wzdłuż linii kolejowej (po stronie azerskiej) wybudowane zostało ogrodzenie z drutu kolczastego. Przypominają się dawne czasy, gdy i u nas można było coś takiego zobaczyć.
Docieramy do całkiem sporej zapory, na której zlokalizowane są dwa bloki turbin, a droga w tym miejscu odbija od granicy. Po drodze spotykamy chłopaków, z których jeden mówi płynnie po rosyjsku i angielsku. Od słowa do słowa i już mam towarzysza na przejazd do granicy. Bez większych problemów docieramy do przygranicznego miasteczka Bazargan, w którym zamierzamy uzupełnić zapasy paliwa i zorganizować ostatni nasz nocleg w Iranie. Pierwsza przykra niespodzianka - na stacji otrzymujemy informację, że nie sprzedadzą nam paliwa, i że najbliższa stacja która może nam sprzedać znajduje się w odległym o kilkanaście km Maku (przez które przejeżdżaliśmy z godzinę wcześniej). Co robić - jesteśmy sknery, więc decydujemy się na powrót do Maku. Tutaj odwiedzamy kilka stacji i na każdej otrzymujemy tą samą informację - obcokrajowcom paliwa tutaj się nie sprzedaje. W ten sposób docieramy na przedmieścia Maku, gdzie przy zjeździe na obwodnicę znajduje się wielka stacja do której ustawił się wielki ogonek TIR`ów. Tutaj od szefa stacji dowiadujemy się, że możemy zatankować tylko po 30 litrów na samochód. Mało mnie szlag nie trafił. Ale co zrobić. Tankujemy i rozeźleni wracamy do Bazargan.
Tutaj kolejna przykra niespodzianka - w pierwszym napotkanym hotelu nikt nie chce z nami rozmawiać. Mamy wrażenie, że Iran na koniec robi się cokolwiek niesympatyczny. Na szczęście w drugim hotelu było zdecydowanie lepiej. Dostajemy skromny pokoik, meldujemy się i po chwili wyruszamy na poszukiwanie knajpki na nasz ostatni irański posiłek. Gdy tak sobie spacerujemy po mieścinie zaglądając w różne jej zakątki i podziwiając ośnieżony Ararat, podchodzi do nas pracownik kafejki internetowej i zagaduje do nas po angielsku, oferując (bezinteresownie) - jak to wszyscy w Iranie mają w zwyczaju - swoją pomoc. Pytam go o lokal, w którym możemy coś zjeść, w tym momencie on zostawia swoje obowiązki i proponuje wspólny spacer. Czas nam mija na miłej pogawędce i w końcu nasz nowy znajomy przyprowadza nas do przeciętnie wyglądającego lokalu, który serwował za to wyśmienite jedzenie. Tyle, że na koniec nieco się wygłupiliśmy - chcieliśmy wydać wszystkie nasze Riale, więc wygrzebywaliśmy coraz to bardziej podniszczone banknoty, aż kelner patrząc z politowaniem stwierdził, że mu wystarczy.

Koniec części V.
Część VI

Autor: Cyprian Pawlaczyk

Uczestnicy wycieczki:
I załoga: - Joanna Zapęcka - niestety tylko do 07.06.2008 r.
- Beata Nowak
- autor
- Land Rover Discovery "Dyskoteka", 1996 r.

II załoga - Ewa Jankowska - niestety tylko do 07.06.2008 r.
- Janusz Grzybowski
- Land Rover Discovery


Więcej zdjęć z wyprawy:

GALERIA ZDJĘĆ - IRAN


STRONA GŁÓWNA RELACJE Z PODRÓŻY