STRONA GŁÓWNA RELACJE Z PODRÓŻY
Powrót do części I
Powrót do części II
Powrót do części III
Powrót do części IV
Powrót do części V
Kwiecień - Czerwiec 2008 r.
W poszukiwaniu Jedwabnego Szlaku !!!!
Część VI - Powrót do domu.
Turcja, Bułgaria, Rumunia, Węgrym i Słowacja.
Dzień czterdziesty trzeci - środa - 11.06.2008 r.
Od rana jesteśmy nieco nerwowi. Doświadczenia z przekraczaniem granicy irańskiej przy wjeździe nie nastrajają nas optymistycznie. Zwłaszcza obawy o prawidłowe wypełnienie CDP (chcielibyśmy w sumie odzyskać kaucję pobraną przez PZMot) przyprawiają nas o dreszcze. Wcześnie rano wjeżdżamy na teren przejścia granicznego i zaczynamy bieganinę po terminalu. Tutaj jest to bardziej uporządkowane niż w Astarze, ale jest to również główny terminal tranzytowy dla TIR`ów. Ku naszemu zdziwieniu, wszystko po stronie irańskiej idzie błyskawicznie. Urzędnicy są sympatyczni, spokojni i pomocni. Nie minęła nawet godzina i przekraczamy podwójną bramę.
Jesteśmy w Turcji. Jeden z celników informuje Beatkę, że tu, za płotem, może już zdjąć długą bluzę i chustę z głowy. No a nasz rodzynek z radością to realizuje.
Potem formalności. Pierwsze - wiza, drugie - policja, trzecie - cło, czwarte - brama wyjazdowa z terenu terminala granicznego. I tu się zaczynają schody. Urzędnik autorytatywnie stwierdza, że coś u celników jest nie tak, nasze nr samochodów nie wyświetlają się na jego komputerze i cofa nas. Wracamy więc do celników, którzy z kolei twierdzą, że u nich jest ok. i odsyłają nas z powrotem. Na końcowej bramce jednak nic nie jest w porządku, ale oficer daje nam człowieka, z którym zaczynamy naszą wycieczkę po wielkim terminalu. Jeździmy od punktu do punktu, aż w końcu (chyba nie wiedzieli co z nami zrobić) odstawieni zostaliśmy do punktu detekcji pojazdów na obecność materiałów niebezpiecznych. Tak to przynajmniej z zewnątrz wyglądało, ale w sumie okazało się, że jest to chyba zwykły (no może nie zwykły, a raczej ogromny) rentgen do prześwietlania samochodów. I tu zaczęła się nerwówka. Urzędnicy cały czas powtarzali "no problem" i "only five minutes". Niestety, nie było to takie proste. Wpierw kazano nam wypakować bagaże z samochodu, później prześwietlono samochody, nie spodobało się również paliwo w kanistrze na dachu (które zdjęliśmy i zaczęliśmy przelewać do mojego zbiornika w samochodzie, w tym momencie celnicy powiedzieli, że już nie trzeba, że jest ok., ale jak już zaczęliśmy to też skończyliśmy dopiero jak całe przelaliśmy). Po kilku godzinach i nerwowej wymianie zdań, w końcu stwierdzili, że wszystko jest w porządku i puścili nas.
Opuściliśmy zniesmaczeni turecki terminal. Spodziewaliśmy się kłopotów po irańskiej stronie. Turcy zaskoczyli nas bardzo.
Po opuszczeniu terminala ruszyliśmy w kierunku Dogubayazit. Po drodze mijamy wielkie jednostki wojskowe, wiele wojskowych posterunków. Na trasie mijamy bądź wyprzedzamy generalnie tylko pojazdy wojskowe, których zdecydowana większość to Defendery i Unimogi. Wyprzedzamy nawet dwa czołgi. Po chwili sobie uświadamiamy, że będziemy się poruszać po tureckim Kurdystanie, który w chwili obecnej do najspokojniejszych nie należy. Docieramy do miasta, w którym dużą część także zajmują tereny wojskowe. Wygląda to tak, jakbyśmy trafili w środek działań wojennych, tyle że strony mają krótką przerwę.
Dogubayazit warto odwiedzić ze względu na Ishakpasa Saray - ruin pięknego pałacu. Na parkingu przed pałacem spotykamy pewnego starszego Niemca, podróżującego wraz z psem wielkim kamperem zbudowanym na starym samochodzie ciężarowym (marki Mercedes). Chwilę później mamy kolejną niespodziankę - z pałacu wychodzi grupa osób mówiących po polsku - trafiliśmy na całą polską wycieczkę autokarową.
Podczas zwiedzania ruin na dworze diametralna zmiana. Rozpętała się burza z piorunami. Niebo zaciągnęło się prawie na czarno. Fatalnie, bo znowu nici ze zdjęć. Fajnie, bo pioruny pięknie biją ...
Po drugiej stronie zbocza znajdują się ruiny dwóch meczetów. Nie docieramy do nich, ponieważ deszcz i wiatr są już tak silne, że nie ma sensu opuszczać samochodów. Zjeżdżamy więc do centrum miasteczka, gdzie lokujemy się w restauracji (Beata wybiera dla nas miejsca siedzące na podłodze) i spożywamy nasz pierwszy dzisiejszy posiłek. Pycha. Nazw potraw nie znamy, ale jest to podobno typowe kurdyjskie jedzenie. Niestety - z tego samego względu nie mogę liczyć w tym miejscu na moje ulubione tureckie "setlaki". Mam jednak nadzieję, że dalej będzie lepiej i że przed powrotem do domu jeszcze parę razy będę miał okazję skosztować tego specjału.
Przed wizytą w restauracji poznajemy nastolatka, który oferuje nam pomoc w znalezieniu lokalu oraz zaprasza nas na wizytę w pobliskim sklepie z dywanami. Jako że i tak planowaliśmy tam zajrzeć, przyjmujemy zaproszenie i chwilę po obiedzie zaglądamy do sklepu. Tutaj rytuał jest dokładnie taki sam, jak w Esfahanie. Beata tym razem jest bardziej zdeterminowana, więc przeglądamy dywany. W końcu nam wszystkim w oko wpadł jeden stary piękny dywan. No i zaczynają się targi. Wytargowaną cenę przemilczę, powiem tylko tyle, że udało się nam zbić ją ponad dwukrotnie. Podczas prezentacji sprzedawca pokazał nam inną ciekawostkę, która z kolei mnie wpadła w oko. Jest to, wykonana z tkaniny takiej samej jak kilimy, kurdyjska kołyska dla niemowlaków. Jest piękna i ja ją kupuję bez specjalnych targów. Kolejna ciekawa pamiątka z podróży.
Kierunek - Van Golu. Zanim jednak do niego dotrzemy musimy pokonać kilka górskich przełęczy w bardzo ciężkich warunkach pogodowych. Temperatura tak spadła, że bez ogrzewania nie sposób wysiedzieć w Dyskotece, a na dworze rzęsisty deszcz oraz grad. Podczas kulminacyjnych opadów trafiamy na jeden z posterunków żandarmerii wojskowej, gdzie skrupulatnie kontrolują nasze dokumenty. Żal mi było tylko żołnierza, który biegał od samochodów do budki i z powrotem.
Po przejechaniu kolejnej górskiej przełęczy zaczyna się nieco rozpogadzać. Przestaje padać, a chmury są coraz rzadsze. Miejscami nawet widać błękitne niebo. W pewnym momencie mijamy drogowskaz na Muraliye Selalesi. Decydujemy się w tym miejscu na małą przerwę i zjeżdżamy z głównej drogi zobaczyć, cóż to za ciekawostka kryje się za brązową tablicą (w Turcji takimi drogowskazami oznacza się miejsca turystyczne). Janusz wjeżdża pierwszy na parking, ja chwilę później. Podczas przejazdu mijam SUV`a na belgijskich numerach, którego kierowca zatrzymuje mnie na pogawędkę. W ten sposób poznajemy Filipa i Weronikę, którzy podróżują po Turcji podobnie jak my. Chłopak był zachwycony jak zobaczył nasze dwie Dyskoteki. Wymieniamy informację, chwilę rozmawiamy o podróżach, a także zapisujemy sobie wzajemnie nasze namiary, no i każdy rusza w swoją stronę. My - podziwiać z wiszącego mostu niewielki, ale śliczny wodospad.
Końcówka dzisiejszej trasy wypada nam wzdłuż brzegu jeziora Van. Jest to całkiem spory zbiornik, o powierzchni przekraczającej 3000 km2 i - jak przynajmniej z daleka się nam wydawało - lazurowej wodzie. W ten sposób późnym popołudniem docieramy do miasta Van, skąd początkowo chcieliśmy zrobić jeszcze wycieczkę w kierunku opisanych w przewodniku ruin, ale w sumie skończyliśmy na spacerze po centrum miasta i sutej kolacji.
Dzień czterdziesty czwarty - czwartek - 12.06.2008 r.
Van to całkiem spore miasto. Centrum miasta jest raczej mało interesujące. Może nawet jest nowoczesne, jest tu sporo hoteli, wykorzystywanych głównie przez biznesmenów, ale nie wykorzystuje swoich walorów turystycznych. Lokalizacja nad pięknym jeziorem w wysokich górach nie jest chyba tutaj wystarczającym argumentem do zorganizowania centrum turystycznego. Zwłaszcza to dziwi, że poza lokalizacją miasto ma również sporo ciekawych miejsc do zaoferowania.
Nad brzegiem jeziora, w odległości ok. 3 km od centrum, znajduje się wysoka góra, na której wybudowana została okazała twierdza. Dzisiaj z niej pozostały jedynie okazałe ruiny. Na parking pod głównym wejściem podjechaliśmy naszymi samochodami, które w momencie zostały otoczone zaczepiającymi nas dzieciakami. Dziwiło nas tylko to, że nie są w szkole. Po wykupieniu biletów zajął się nami ochroniarz, który z pękiem kluczy ruszył z nami w górę. Miało to dobre strony - po pierwsze natrętne dzieciaki zostały na dole, po drugie - pokazał nam jedną z największych atrakcji tego miejsca - historię wyrytą na skałach przy użyciu pisma klinowego. Przyglądając się poszczególnym znakom odkryłem, że jeden znak jest całkiem znajomy. Na szczycie wzgórza postawiony został wysoki stalowy maszt, na którym majestatycznie powiewa turecka flaga. Da się zauważyć, że Turcy są bardzo przywiązani do symboli, zwłaszcza do własnej flagi.
U stóp wzgórza znajdują się ruiny pojedynczych zabudowań starego miasta. Są w kiepskim stanie, a cały teren wokół nich jest mocno zaniedbany. Nie mniej przy odrobinie chęci można wyobrazić sobie, jak stare miasto wyglądało. Całość ogrodzona jest płotem z drutem kolczastym, a wewnątrz znajdują się jeszcze dwa, w całkiem dobrym stanie, meczety.
Przed wizytą w kompleksie starego miasta podjechaliśmy do brzegu jeziora. W Van wybrzeże to obraz nędzy i rozpaczy. Plaża ma czarny piasek, co wygląda nawet bardzo intrygująco. Gorzej, że na całej jej długości okoliczni mieszkańcy urządzili sobie wysypisko śmieci. Smutne, ale pozostaje nadzieja, że w przyszłości również tutaj odkryte zostaną walory turystyczne tych miejsc.
Ruszamy główną drogą wzdłuż wybrzeża. Za miastem zatrzymujemy się na jednej ze stacji benzynowych. Ceny na afiszu są bardzo atrakcyjne, niestety, na dystrybutorze są diametralnie inne. Dużo wyższe. Zauważyliśmy, że wiele stacji w ten sposób oszukuje klientów. Nasza była jeszcze na tyle problematyczna, że mimo deklaracji nie mogliśmy uregulować płatności kartą. W ten sposób za jednym razem pozbyliśmy się całego zapasu gotówki. Niestety - ceny paliwa w Turcji nie są tak przyjazne, jak w Iranie, za którym już pomalutku zaczynamy tęsknić.
Mijamy małą, wypoczynkową miejscowość Edremit, gdzie wypłacamy gotówkę z bankomatów (w Turcji jest ich pod dostatkiem) i robimy małe zakupy.
Następny postój robimy na przystani motorówek pływających na wyspę Akdamar. Zamierzaliśmy odwiedzić to miejsce. Niestety - właściciele motorówek nie specjalnie są chętni na kurs bez kompletu pasażerów. Musimy więc poczekać. Poznajemy trzy dziewczyny podróżujące po Turcji - jedną amerykankę i dwie holenderki. W ich towarzystwie oraz kilku przygodnych osób, które dość szybko się pojawiły, ruszamy motorówką w kierunku wyspy. Przeprawa trwa tylko ok. 20 min. Na drugim brzegu umawiamy się z właścicielem, że godzina nam wystarczy i ruszamy na włóczęgę po wyspie. Na wyspie czeka nas kilka atrakcji. Najcenniejsza to stary ormiański kościół p.w. Świętego Krzyża. Na wyspie są również tereny lęgowe różnego ptactwa, więc mam okazję do zrobienia kilku zdjęć. W międzyczasie załamuje się nieco pogoda. Zaczyna wiać silny wiatr, więc szukamy miejsca do schronienia. W sumie kończy się nasz czas, pora ruszać do przystani. A tu niespodzianka - przykra tym razem. Motorówka zamierzała wrócić bez nas, na szczęście ochroniarz wezwał ją z powrotem przez radio.
Droga powrotna to również była przygoda. Na jeziorze prawie sztorm. A Janusz jeszcze wymyślił, żebyśmy wleźli na nadbudówkę. Tam dopiero się działo. Beata mieniła się wszystkimi kolorami tęczy. Ze mną wcale nie było lepiej, za to Janusz - stary morski wyga - miał z nas niezły ubaw. Szczęśliwie jednak docieramy do brzegu.
Nasza droga ciągnie się prawie cały czas wzdłuż brzegu jeziora. Niestety, brzydka pogoda uniemożliwia nam podziwianie okolicznych wysokich gór. Docieramy do Tatvan - kolejnego, brzydkiego, nijakiego miasteczka o wspaniałej lokalizacji. Zatrzymujemy się na chwilę w centrum, nasze żołądki coraz mocniej domagają się strawy. Trafiamy do baru prowadzonego przez kilku młodych chłopców. Kucharz, chłopak raptem trochę ode mnie młodszy, mówi całkiem nieźle po rosyjsku. Zamawiamy posiłek - pyszna zupa oraz kebab z kurczaka dla moich towarzyszy i pide dla mnie. Po podaniu obiadu nasz kucharz się przedstawia (ma na imię Saddam) i dosiada się do naszego stolika. Towarzyszy nam do końca wizyty w lokalu, zabawiając nas rozmową. Próbujemy się od niego dowiedzieć, jak dotrzeć do Nemrut Dagi, niestety - jedyna informacja jaką nam udziela, jest niepomyślna - droga jest nieprzejezdna. My jednak decydujemy się spróbować dojechać do tego miejsca.
Zanim jednak ruszymy w kierunku Nemrut Dagi wybieramy się jeszcze na krótką wycieczkę do Ahlat. Nie jest to specjalnie daleko, a w miasteczku znajduje się kilka ciekawych miejsc związanych z kulturą seldżucką. Przede wszystkim są to spore grobowce oraz bardzo duży cmentarz. Tutaj czeka nas nie do końca przyjemna przygoda. W chwili, gdy zatrzymujemy się przy Ulu Kumbet, zostajemy otoczeni przez gromadę dzieciaków potrafiących wołać po angielsku tylko "money". Jak niepyszni musimy się ewakuować i ruszamy w kierunku cmentarza. Tutaj mamy spokój. Możemy bez nerwów i opędzania się od natrętnych dzieciaków pospacerować po cmentarzu, skąd docieramy do kolejnych grobowców. Niestety, pogoda nie jest sprzyjająca, jest pochmurno i dość chłodno.
Na celownik bierzemy teraz Nemrut Dagi. Nasz GPS wskazuje miejsce, gdzie pogoda wydaje się być najgorsza. Widać tylko ciemne chmury. Wg drogowskazów do celu mamy ponad 30 km. Droga jest raczej kiepska, wąska i prowadzi przez kurdyjskie, dość biedne, wioski. Za drugą z mijanych wiosek kiepski asfalt ustępuje miejsca jeszcze gorszej nawierzchni szutrowej. Stan dróg sugeruje, że nie wiele pojazdów się tutaj zapuszcza. Wygląda to coraz lepiej, zwłaszcza, że spodziewaliśmy się raczej normalnego, tureckiego, kompleksu wypoczynkowego.
Po przejechaniu kolejnych kilkunastu km wjeżdżamy do wnętrza krateru wulkanicznego (o czym dopiero później się przekonaliśmy). Jest tutaj cisza, spokój. Robimy rundkę po okolicy szukając miejsca na obozowisko. Znajdujemy dwa kempingi, ale całkowicie opuszczone. Żywej duszy. Rozbijamy się w pobliżu opuszczonego namiotu, przygotowujemy kolację i ognisko. Dzisiaj jest dość zimno - temperatura oscyluje koło 12 stopni, co po irańskich upałach wygląda niespecjalnie zachęcająco. Dla wygody - rozbijamy tylko jeden namiot - w trójkę będzie nam cieplej. Podobno, bo mnie przez całą noc i tak było gorąco.
Dzień czterdziesty piąty - piątek- 13.06.2008 r.
Bardzo chłodna noc spędzona w namiocie to jest to.
Zwłaszcza, jeżeli spędza się ją w takim pięknym miejscu jak to. Dzisiejszy poranek wita nas piękną pogodą. Wręcz wymarzoną. Tyle, że po wczorajszym wieczornym ognisku nie chciało mnie się w ogóle z namiotu wychodzić. Janusz z kolei wstał bardzo wcześnie, ale dał nam fory i zaczął w spokoju grzebać w swojej Dyskotece. Moja musi poczekać na lepsze czasy, ja wolę się powylegiwać.
Wszystko dobre ma swój koniec, więc wygrzebujemy się w końcu z namiotu i powolutku zabieramy się za zwijanie obozu. W międzyczasie Beatka robi dla nas śniadanie, a ja ruszam na krótki spacer z aparatem.
Rzeczywiście trafiliśmy na przepiękne miejsce. I wyjątkowe. Góra Nemrut Dagi to tak naprawdę wygasły wulkan, w którego kraterze utworzyły się z biegiem lat piękne jeziora. Nad jednym z nich mieliśmy przyjemność się dzisiaj rozbić. Sam krater jest olbrzymi, na oko, ma dobrze ponad 2 km średnicy. Prowadzą do niego dwie drogi (a przynajmniej tyle udało się nam znaleźć), krótsza to ok. 15 km karkołomnej jazdy, więc nie wiele osób tu dociera. To pozwala temu miejscu zachować swoje walory.
Po zwinięciu obozu ruszamy w górę. Z krateru wracamy drugą (alternatywną) drogą. Wjeżdżamy dość wysoko i teraz mamy dopiero widoki. Nie dam rady tego opisać, obawiam się również, że zdjęcia nie oddadzą tego piękna i tej atmosfery. Mogę dopisać tylko tyle, że z góry mamy widok na niemalże cały krater z jednej strony, z drugiej strony podziwiamy jezioro Van. Zjeżdżając do Tatvanu trafiamy na ... żółwie, spacerujące sobie spokojnie po drodze. Niestety na nasz widok się zestresowały i chowały się w skorupkach.
Po niecałej godzinie docieramy do Bitlis. Dziwne miasto. Bardzo chaotycznie wybudowane, na stokach górskich. Na dodatek nie ma obwodnicy, więc cały tranzyt przechodzi przez centrum. Zanim zaczęliśmy zwiedzać zatrzymujemy się w małej knajpce na śniadanie. Pierwsze miejsce to stara ale piękna medresa. Ihlasiye, bo tak się nazywa, to piękna budowla, w której urządzona była wystawa fotografii. Wokół medresy, w małym parku, znajduje się kilka okazałych grobowców.
Zjeżdżamy w dół miasteczka, gdzie na niewielkim wzgórzu widzimy ruiny starego zamku. Znalezienie miejsca parkingowego graniczy z cudem, więc zanim możemy odstawić samochody i ruszyć na spacer robimy chyba ze trzy pętelki. W końcu parkujemy samochody na boisku szkolnym i ruszamy pod górkę, na zamek. Tutaj, Beatę dorwał dziennikarz lokalnej gazety i zrobił jej sesje zdjęciową. Z góry mamy widok na całe miasto. Z góry dobrze widzimy różne ciekawostki, m.in. to, że sporo domów zostało wybudowanych nad kanałem.
Czeka nas długi przelot. A piękna pogoda nas dobija, w samochodach ciężko wytrzymać. Na dodatek, teren Kurdystanu nie jest spokojny, więc na drodze często pojawiają się wojskowe patrole. Niektóre nas zatrzymują. Co więcej - po głównej drodze zdarza się nam wyprzedzać wojskowe wozy bojowe czy czołgi. Patrząc na tą koncentrację sił wojskowych w tym rejonie czujemy się dość nieswojo, mimo, że wszyscy są do nas przyjaźnie nastawieni.
W połowie drogi, między Tatev a Diyarbakir trafiamy na piękny stary most na rzecze Melabadi, który chyba nawet niedawno został odrestaurowany. Niestety przy samym moście znajduje się jednostka wojskowa, więc możliwości fotograficzne nam ograniczono. Szkoda, bo przy moście również znajduje się spora zapora.
W końcu docieramy do Diyarbakir. Stolica tureckiego Kurdystanu to całkiem spore miasto. Ponad 700 tyś. mieszkańców. To samo za siebie mówi. Dotarcie do centrum zajmuje nam sporo czasu. Tutaj mamy podobny problem co w Bitlis. Parkingów jak na lekarstwo, w końcu jednak znajdujemy dwa miejsca na ulicy. Ruszamy na spacer po starym mieście. Cała starówka mieści się praktycznie wewnątrz starych murów. Spacer rozpoczynamy od wizyty w starych zabudowaniach zamkowych, gdzie jest m.in. meczet Hazreti Suleyman, a także stary kościół św. Grzegorza. Stąd spacerem ruszyliśmy po wąskich uliczkach zamieszkiwanych przez niezbyt zamożnych Kurdów. W centrum, po krótkiej wizycie na bazarze docieramy do Ulu Camii - bardzo skromnego, wręcz surowego meczetu. Wprawdzie meczet w niczym nie przypomina żadnego z dotychczas odwiedzonych, ale jego surowość i prostota powoduje, że ma swój klimat. Pomalutku przemieszczamy się po starówce i docieramy do monumentalnej bramy Urfa, skąd przez mały park wracamy do samochodów. Po drodze zaglądamy w zakątki murów obronnych, a także odwiedzamy jeden z grobowców sufickich.
Zrobiło się dość późno, decydujemy się na pozostanie na noc w mieście, zwłaszcza, że mimo wszystko mamy obawy i wieczorna jazda oraz dzikie biwakowanie w tym rejonie nie jest specjalnie dobrym pomysłem. Beata z Januszem ruszyli na poszukiwanie noclegu. Po obejrzeniu kilku miejsc wybierają hotel z pokojem na 5 piętrze. Wariaci. Ale co zrobić?
Po zakwaterowaniu i przeparkowaniu samochodów ruszyliśmy na wieczorny spacer, który miał być połączony z kolacją. Diyarbakir nie jest jeszcze miastem turystycznym, więc o godz. 20.00 prawie wszystkie sklepy i bary zostały zamknięte. Jak niepyszni, ale za to z wielkim arbuzem pod pachą, wróciliśmy do hotelu.
Dzień czterdziesty szósty - sobota- 14.06.2008 r.
Na parkingu czeka nas przykra niespodzianka. Janusz zauważa wyciek z mojego samochodu. Nie wiemy którędy, ale zauważyliśmy ubytek płynu hamulcowego. Teraz dolewka, a podczas dnia koniecznie obserwacja.
Ruszyliśmy z impetem z przyhotelowego parkingu i od razu mylimy drogę. Wjeżdżamy na stare miasto, co po chwili skutkuje koniecznością wykonania nawrotki, co w ciasnej kurdyjskiej zabudowie wcale nie jest łatwe.
Kilka km za centrum znajduje się Gazi Kosku - park z domem należącym w przeszłości do Ataturka, a jeszcze kawałek dalej - piękny, dziesięciołukowy most kamienny wybudowany na rzece Tygrys. Tutaj chwila zadumy - znajdujemy się w końcu w widłach dwóch rzek o wielkiej historii - Eufrat i Tygrys.
Dzisiaj podróżujemy w kierunku południowo - zachodnim. Naszym celem jest zapora Ataturka. W drodze nad jedna z największych zapór rzecznych na świecie zatrzymujemy się w Hilvan na późne śniadanie. Później mijamy jeszcze Bozovan i docieramy do zapory. Wprawdzie nie jest to obiekt atrakcyjny turystycznie, nie mniej warto go zobaczyć, chociażby dlatego, żeby docenić rozmach budowy. Szokujące są również informacje o wielkości nawadnianych dzięki powstaniu tego kompleksu terenach. Stoimy na platformie widokowej i wspólnie się zastanawiamy jak to powstało i do czego poszczególne elementy służą. Podziwiamy również rzekę Eufrat o niezwykle turkusowej wodzie.
Ruszamy w dalszą drogę. Trasa nasza wiedzie niemalże dookoła jeziora powstałego po wybudowaniu zapory. Podziwiamy piękne jezioro i jego okolice, gdy nieśmiało rzucam pomysł - a może by się tak wykąpać? O dziwo - moi towarzysze się do niego zapalili i już po chwili zjeżdżamy z trasy, by przez maleńką wioskę dojechać do samego brzegu jeziora. Szybko się przebieramy i po chwili jesteśmy już w wodzie. Co za rozkosz. Chłodna woda w upalny dzień - to jest to. Coś bardzo się rozleniwiliśmy, ale co tam. W końcu raz się żyję. Po kąpieli w czystej wodzie jeziora przyszedł czas na kąpiel słoneczną - rozkładamy kocyk i przez blisko pół godziny (ja zgłupiałem już do reszty) prażymy się na słoneczku.
Odświeżeni i wypoczęci możemy ruszać w dalszą drogę. Naszym celem dzisiejszej podróży jest Nemrut Dagi (już druga góra o tej samej nazwie w Turcji). To miejsce poza nazwą nie ma nic wspólnego z odwiedzonym przez nas wcześniej wulkanem. Co wcale nie znaczy, że nie jest interesujące. Wręcz przeciwnie - jest to część wielkiego Parku Narodowego Nemrut Dagi. Ostro gonimy, zamarudziliśmy troszkę za długo nad wodą, a chcę zdążyć przed zachodem słońca - podobno widok zachodu ze szczytu góry jest przepiękny (jest to jedna z atrakcji tego miejsca), poza tym figury na szczycie wtedy są najładniej oświetlone. Zdążyliśmy - jesteśmy na miejscu jakieś pół godziny przed zachodem. Na parkingu tak mocno wieje, że mamy problem z utrzymaniem drzwi we właściwej pozycji. Możliwie szybko przebieramy się, ja nasuwam na głowę wełnianą czapkę, i ruszamy w górę. Narzuciliśmy tak ostre tempo, że w połowie drogi miałem taki zjazd, że myślałem, że dalej nie dam rady.
Dotarliśmy na sam szczyt - niestety, na górze na zachód czekał spory tłum ludzi. W połączeniu z silnym wiatrem nie było to nic przyjemnego. Skoro jednak weszliśmy to zdecydowaliśmy się poczekać do końca. Warto było - zachód nad górami był prześliczny.
Wróciliśmy się do parkingu, zaglądając na chwilę do kompleksu, w którym miał być pokój do wynajęcia. Rzeczywiście jest tam takie miejsce, z ośmioma łóżkami, ale standard mocno odbiega od tego co można zobaczyć w polskich schroniskach górskich. Zdecydowaliśmy się na zjazd samochodami do pierwszego z pensjonatów, które widzieliśmy po drodze. Był to bardzo dobry wybór - pensjonat Cesme oferuje skromne ale przyjemne pokoiki, a do tego ma rewelacyjnego kucharza. Z wielkim smakiem zajadaliśmy się potrawką z kurczaka z ryżem.
Dzień czterdziesty siódmy - niedziela- 15.06.2008 r.
Poranek planowaliśmy zacząć bardzo wcześnie. Niestety życie weryfikuje nasze plany - nie byliśmy wstanie wcześniej podnieść się z łóżek. Poranna toaleta też była nieco problematyczna, ale chłopaki nie płaczą, więc znaleźliśmy na dworze toalety i zrobiliśmy co trzeba. W międzyczasie obudził się właściciel naszego pensjonatu, drzemiący w jadalni pod drzewem (które zostało obudowane budynkiem) i zaprosił nas na śniadanie za 10 min. Rozsądnie. Śniadanko upłynęło w radosnej atmosferze, nawet było smaczne, po czym się pożegnaliśmy i ruszyliśmy z powrotem w górę. Ponownie dojechaliśmy na wielki parking, gdzie zostawiliśmy Dyskoteki, i ponownie w towarzystwie silnego wiatru ruszyliśmy na szczyt - tym razem na taras wschodni, a nie jak wieczorem na zachodni. Mamy śliczną pogodę, na niebie nie ma ani jednej chmurki, możemy więc w spokoju podziwiać okolicę. Co więcej - jesteśmy na stoku sami, nie jak wczoraj w tłumie turystów. Docieramy na miejsce - tutaj, na tarasie wschodnim, zostały całe postacie na postumencie. No, może prawie całe, bo bez głów, które pięknie się prezentują poniżej. W tym miejscu zostajemy chwilkę, robimy sesję zdjęciową i podziwiamy kunszt wykonania rzeźb. Ruszamy dookoła wzgórza, chcemy dotrzeć na taras zachodni, na którym byliśmy wczoraj w tłumie ludzi. Dzisiaj tutaj również jest święty spokój. Pozwalamy sobie na małą samowolkę, omijamy ogrodzenie i robimy sobie wspólne zdjęcia. Niestety, w tym momencie z góry wydarł się na nas ochroniarz (skądinąd całkiem słusznie), więc jak niepyszni musieliśmy opuścić to miejsce. Zeszliśmy do kompleksu, gdzie w małej kafejce zamówiliśmy sobie po kawie. Tak zamówiliśmy, otrzymaliśmy jednak coś innego, niestety nie potrafię tego nazwać.
Zjeżdżamy z góry, tym razem jednak wybieramy boczną drogę, która ma nas doprowadzić do kilku innych atrakcji tego Parku Narodowego. Początkowo droga jest brukowana (nowa kostka), ale już po kilku km ustępuje naszym ulubionym szutrom. Docieramy do Eski Kale (zwanej również Arsameia) , gdzie udajemy się na spacer po okolicznych wzgórzach. Znajduje się tu kilka posągów oraz dwa tunele. Jeden dość krótki, natomiast drugi - jak wynika z informacji naszego przewodnika - miał ponad 180 m. Nie mieliśmy ze sobą latarek, więc po kilkudziesięciu metrach schodzenia w dół stwierdziliśmy, że należy zrobić odwrót. U wejścia do tunelu znajdowała się kamienna płyta z greckimi inskrypcjami. Przy parkingu znajduje się mała kafeteria, gdzie robimy krótki popas (uzupełnienie elektrolitów). Po chwili dosiada się do nas młody turecki lekarz, z którym ucinamy sobie miłą pogawędkę.
Kilka km dalej znajduje się Eski Kahta - Yeni Kale, czyli nowy zamek. No, może niezupełnie nowy, bo tak naprawdę są to ruiny zamku, który widzieliśmy już wcześniej. Podjeżdżamy na parking, gdzie zaczepia nas właściciel kolejnej knajpki. Informuje, że jeśli chcemy wejść na zamek, to on ma klucze. Bez problemów i opłat udostępnia nam klucz i zaprasza na herbatę po powrocie. Ruszyliśmy więc znowu w górę (kolejny już dzisiaj spacer). Okazałe ruiny rozciągają się po całym wzgórzu, więc przejrzenie wszystkich zakamarków zabiera nam troszkę czasu. Jest to bardzo przyjemne, zwłaszcza, że okolice są przepiękne i z góry mamy piękne widoki. Po zejściu na parking odwiedzamy wspomnianą knajpkę, gdzie chronimy się przed upałem.
Droga nasza prowadzi wzdłuż koryta prawie wyschniętej rzeki. Koryto bardzo szerokie, ale płynąca nim rzeka to ledwie strumień. Docieramy do Cendere, gdzie znajduje się pięknie odrestaurowany kamienny most z czasów rzymskich. Postój nad wodą pozwala nam nabrać energii do dalszej podróży - tutaj jest zdecydowanie chłodniej, chociaż żar z nieba leje się w dalszym ciągu. Zastanawiamy się z Januszem nad przeprawą przez rzekę, ale nie mamy odwagi - za dużo ludzi się kręci i z wjazdu Dyskotekami do wody mogłaby się zrobić niepotrzebna afera. Objeżdżamy więc bród dookoła, nowym mostem i jedziemy dalej. Na dzisiejszy dzień w planach mieliśmy jeszcze jedno miejsce, które udało się nam nawet znaleźć. Jednakże Karakus Tumulus to gratka wyłącznie dla miłośników (pasjonatów) archeologii. Znaleźliśmy tutaj trzy kolumny i jedną figurę - ot wszystko.
Pozostała część dnia to tylko przejazdy. Warto wspomnieć tylko obiad - zatrzymaliśmy się w przydrożnej restauracji, której standard był nieokreślony, ale za to zaserwowała nam doskonałe danie z koziny (za co policzyli nas prawie jak w restauracji hotelu Sobieski w Warszawie). Minęliśmy m.in. Golbasi, Elbistan i Afsin. Na nocleg zatrzymaliśmy się w Pinarbasi, gdzie udało się nam znaleźć hotel pracowniczy. Ale nie jest źle. Odcinek drogi między Golbasi a Pinarbasi to przejazd pięknymi górskimi drogami. Połowa trasy to nowa szosa asfaltowa, połowa - to szutry.
Dzień czterdziesty ósmy - poniedziałek - 16.06.2008 r.
Noc była ciężka. Znowu trafiliśmy na jakąś zabawę turecką, bo podobnie jak w Amasaya przez prawie całą noc jeździły samochody z flagami i klaksonami. Tak więc, nie mogąc spać zrobiliśmy sobie z Januszem "nocne rozmowy". Tym razem o polskim jedzeniu. Potem całą noc burczało mi w brzuchu. A rano zapłaciliśmy za to frycowe.
Na dzień dzisiejszy zaplanowaliśmy wizytę w Kapadocji. Dzieli nas od tego miejsca stosunkowo niewielka odległość, ale przejazd wypada górskimi drogami, więc pewnie troszkę nam zejdzie.
Kierujemy się na Tomarza, jedziemy bocznymi drogami, które po raz pierwszy od wielu dni wypada nam przez tereny mocno zurbanizowane - mijamy wioskę za wioską, przez co droga nam się nieco dłuży. W końcu, musimy się na chwilę zatrzymać - mój brzuszek odmówił współpracy i zaczął się bardzo głośno domagać pożywienia. Śniadanko, w górskich plenerach, nad rzeczką - to jest to. Byłoby niemalże idealnie, gdyby nie stada much atakujące nas ze wszystkich stron.
W Develi podejmujmy decyzję o zmianie kierunku jazdy. Na horyzoncie pojawiła się bowiem piękna, ośnieżona góra - Erciyes Dagi. Z Develi mamy do miejscowości o tej samej nazwie około 20 km. Erciyes to właściwie nie jest miejscowość - to jeden wielki kurort, pełen hoteli i restauracji. Jest tu również wyciąg krzesełkowy - jest to bowiem tureckie centrum sportów zimowych. Dopytujemy się właściciela jednej z kafejek, czy możemy spróbować wjazdu naszymi autkami na szczyt - wobec braku sprzeciwu ruszyliśmy ostro do góry.
Droga nie była specjalnie ciężka, praktycznie cały czas wiodła między słupami wsporczymi kolejki, na całym odcinku była wysypana kamieniem. Jedyny kłopot to stromizna. Minęliśmy wpierw pierwszą stację pośrednią wyciągu, następnie drugą i dotarliśmy do pięknej polanki u stóp wielkiej, ośnieżonej góry.
Tutaj próbowaliśmy nasze auta w śniegu oraz nasze możliwości w jeździe na trawersie. Nie obyło się również bez krótkiego spaceru po górach, sesji fotograficznej i małej wojny z Beatą. Ale to już inna historia. Zjazd był równie atrakcyjny co wiazd.
Następny krok to już Kapadocja. To już inny świat. Krajobraz niemalże bajkowy (chociaż może i księżycowy). Formacje skalne i pomysły ludzkie na ich adaptacje są tutaj nie do opisania. Przed Goreme - centrum Kapadocji, zjeżdżamy z głównej drogi i docieramy do miejsca opisanego jako "punkt widokowy". Jest to parking, z którego można wybrać się na długi spacer po uroczych dolinach. My wybraliśmy się na spacerek Czerwoną Doliną, a droga powrotna wypadła nam Doliną Róż. Spacer wśród skalnych formacji (stożków, skał i tuneli) zajął nam prawie 2,5 godz. Zrobiliśmy 8,7 km pieszo. Nie obyło się bez komentarzy. Wszyscy troje byliśmy jednak zgodni co do tego, że warto było odwiedzić tak piękne miejsce. W wielu formacjach wykonane były kościoły i kafejki.
Po spacerze przyjechaliśmy do wioski (czy raczej miasteczka) Goreme. Tutaj jest duży wybór noclegów, my jednak postanowiliśmy znaleźć dowolny hotel z dopiskiem CAVE przy nazwie. W tych miejscach pokoje gościnne są wydrążone w skalnych stożkach. Pierwsza próba - niestety spalona - była w hotelu, w którym nocowałem podczas mojej pierwszej wizyty w Kapadocji. Druga - udana - to hotel, a właściwie pensjonat o nazwie PERI. Wyposażony we wszystko, co nam może być potrzebne (włącznie z Internetem). Beata z Januszem, w trybie przyspieszonym, pojechali zwiedzać skansen w Goreme, ja w tym czasie oddałem się dość prozaicznym czynnościom. Po ich powrocie pojechaliśmy jeszcze na krótką wycieczkę po okolicy. Przy wyjeżdżaniu z hotelowego parkingu moja Dyskoteka miała kontakt z krawężnikiem, z którego zjeżdżała - efekt - 3 krawężniki wyrwane, a kolejne 2 naruszone. Na szczęście autko wyszło z opresji w całości.
W hotelu poznaliśmy Słowaczkę - Weronikę, podróżującą po Turcji.
Dzień czterdziesty dziewiąty - wtorek - 17.06.2008 r.
Wstajemy wcześniej niż obsługa naszego hotelu. Janusz robi nam kawę, z którą siadamy przy stolików. To motywuje chłopaka z kuchni do wstania. I do zakupów - coś mi się widzi, że z jedzeniem w naszej kuchni było krucho. Z drugiej strony mamy gwarancję, że to co podane zostanie do stołu będzie świeże.
Zanim jednak obsługa naszego hotelu dała radę przygotować śniadanie, my już spakowaliśmy samochody, a w międzyczasie zastanawialiśmy się, czy przypadkiem nie wybrać się na lot balonem. Niestety - ceny, jakie podał nam manager hotelu były dobijające.
Śniadanie minęło nam w wesołej atmosferze, mieliśmy towarzystwo - jadły z nami Weronika i jej mama. Okazało się, że są to Słowaczki na stałe mieszkające w Kanadzie. Jedyny problem polegał na tym, że ptaszki chciały porwać mi jajko z talerza (a właściwie omleta).
Wyjeżdżamy z hotelu i ruszamy ponownie do Zelve. Tutaj poświęcamy chwilkę na wizytę w otwartym muzeum. Po raz kolejny włóczymy się między skalnymi stożkami. I zaglądamy do kolejnych skalnych kościołów. A właściwie małych pustelni. W porannym oświetleniu miejsce wydawało się jeszcze bardziej bajkowe jak wczoraj.
Niestety, nasze wakacje małymi kroczkami zmierzają ku końcowi, więc na większość dnia zaplanowaliśmy jednak przejazd samochodami w kierunku zachodnim. Po drodze zatrzymujemy się jeszcze w Kaymakli, gdzie zwiedzamy piękne, podziemne miasto. Jest to wielopoziomowy podziemny kompleks wydrążony w skale. Zwiedzanie polega na przeciskaniu się wąziutkimi korytarzami.
Przed głównym wejściem znajduje się wiele stoisk z pamiątkami, gdzie z Januszem kupujemy sobie po typowym tureckim fezie.
Mniej więcej w połowie drogi robimy sobie przerwę - mały piknik w wulkanicznym kraterze nad jeziorkiem. Niestety Acigol w niczym nie przypomina Nemrut Dagi. Tutejszy krater jest niewielki, a prawie całe wnętrze zajmuje małe, brudne jeziorko. Po szybkiej kawie ruszamy dalej.
Około 21.00 docieramy do Kutahya.
Dzień pięćdziesiąty - środa - 18.06.2008 r.
Rano ruszamy naszymi samochodzikami po sutym śniadaniu do centrum miasta. Tutaj jest kilka ciekawostek. Nad starym miastem góruje wielka twierdza, a raczej jej pozostałości. Widzimy ją już z daleka, ale pierwsza czynność jaką nam przychodzi wykonać to znalezienie miejsc do zaparkowania samochodów. W ciasnej zabudowie starej części miasta nie jest to wcale takie proste.
Ruszamy na spacer wąskimi uliczkami. Włócząc się między otwartymi już (mimo wczesnej pory) sklepami i kramami docieramy do Ulu Camii (wielkiego meczetu). Zarówno z zewnątrz jak i wewnątrz prezentuje się wspaniale. Niestety środek podziwiamy tylko przez zamknięte okno, ponieważ meczet o tej porze nie jest jeszcze otwarty ani dla wiernych ani dla turystów. Wczesne wstawanie i zwiedzanie ma swoje zalety - nie jest jeszcze upalnie, jest nawet przyjemnie chłodno, no i nie ma jeszcze tłumów, ale ma również wady - nie wszystko jest dostępne.
Meczet przylega do starej zabudowy Kutahya, która w przeciwieństwie do pięknie utrzymanej świątyni jest w katastrofalnym stanie. Piękne, stare domy tworzą klimat miasta, ale również stanowią wielkie zagrożenie - duża część nadaje się wyłącznie do rozbiórki. Szkoda, bo niektóre z nich są naprawdę przepiękne.
Beatka przejęła dowodzenie. Jak się później okazało, oddanie jej dowództwa to był nasz wielki błąd. Wymyśliła sobie (nam zresztą też, chociaż Janusz proponował oczekiwanie na jej powrót na dole) wycieczkę na zamek, położony na wysokim wzgórzu. Nie byłoby w tym pewnie nic złego, gdyby wybrała normalną drogę, a nie ścieżkę dla kozic. Cośmy się naklęli. Jakoś się jednak wdrapaliśmy, ku wielkiej uciesze robotników pracujących przy renowacji twierdzy. Na górze odsapnęliśmy chwilkę w małej kawiarence. Zaprzyjaźniliśmy się w drodze z kilkoma różnej wielkości żółwiami. A mieszka ich w tym miejscu całkiem sporawa ilość.
Powrót na szczęście przebiegał normalnymi, brukowanymi ulicami. Zeszliśmy do centrum bez większych strat.
Kutahya słynie przede wszystkim z wyrobów ceramicznych. Nie tylko ozdobnych ale również przemysłowych. Glazura, rury ceramiczne czy naczynia to tutaj codzienność. Największą atrakcją miasta są jednak drobni rzemieślnicy, którzy w małych ulicznych warsztatach trudnią się wyrobem ozdobnych ceramicznych naczyń i gadżetów. Trafiliśmy do jednego z takich warsztatów, gdzie mieliśmy przyjemność poznać tajniki wyrobu i podziwiać kunszt rzemieślnika. Glinka tańczyła mu w rękach - przyglądanie się jego pracy było prawdziwą przyjemnością. Po zakończeniu prezentacji zakupiliśmy kilka drobiazgów. Odwiedzony przez nas warsztat produkował wyłącznie surową ceramikę bez zdobień - zdobieniami zajmują się inni rzemieślnicy.
W Tavsanli po raz ostatni (przynajmniej mamy taką nadzieję) uzupełniamy zapasy paliwa w Turcji - na szczęście, bo litr oleju napędowego w Turcji kosztuje dużo więcej niż u nas, a porównać z Iranem w ogóle się nie da. Tutaj koszt 1 litra to ok. 5,80 PLN. Zgroza.
Teraz droga znacznie się zwęża i zaczyna się wić niczym wąż wśród średniej wysokości tureckich górek. Jedziemy całkiem przyjemną doliną, wzdłuż rzeki. W pewnym momencie Janusz sygnalizuje "zgon", w związku z czym rozpoczynamy poszukiwania miejsca na piknik kawowy. Wybieramy miejsce w pobliżu niezwykłego mostu. Most chyba to jednak zbyt dużo powiedziane. Ale dziwne - stoi i nawet udało się nam po nim przejść. Do przejazdu się jednak nie nadaje, więc wybieramy drogę wiodącą prawie pod mostem, za to wpław - nam w to graj. Tutaj chwilkę odpoczywamy w cieniu drzew (później Janusz powiedział, że w tym miejscu jego termometr pokazał 45 st. C).
Następny odcinek, mimo pięknych okolic, jest tylko przelotówką. Mijamy kolejne miasta, m.in. Dursunbey, Balikesir, Yenice, Can, Biga. Tak docieramy do Lapseki, w którym znajduje się przystań promowa. Przed wjazdem na prom i pożegnaniem się z azjatycką częścią Turcji, pozwalamy sobie na małe szaleństwo - jemy ostatniego azjatyckiego sandwicza.
Pół godziny na promie to czas na rozprostowanie kości i dyskusję o możliwościach manewrowych statków na Bosforze. Na ląd zjeżdżamy w Galipoli.
W szybkim tempie, już po europejskiej stronie, docieramy do Kesan. Po zakwaterowaniu się ruszamy na spacer po miasteczku. Ot, zwykłe, niespecjalne miasto. Znajdujemy za to cukiernie, gdzie jemy mój ulubiony sutlac.
Dzień pięćdziesiąty pierwszy - czwartek - 19.06.2008 r.
Wczesnym rankiem opuszczamy Kesan. Na wybranej trasie, w Turcji, zostało nam już tylko Edrine. Miasto przygraniczne leżące u zbiegu trzech granic - tureckiej, greckiej i bułgarskiej. Edrine to miejsce tętniące życiem. Tranzyt i główne przejście graniczne między Turcją a Europą powoduje, że jest tu cały czas gwar. Nawet dzisiejszy poranek nie jest wyjątkiem. Mimo dość wczesnej pory mamy problem z zaparkowaniem samochodów. W końcu udaje się nam ta sztuka i na dodatek prawie przy samym meczecie. Beata zauważyła rzemieślnika - szewca, pracującego w maleńkim warsztacie przy naszym parkingu. W końcu udało jej się oddać ulubione sandały do naprawy - jej ulubione buty nie wytrzymały trudów podróży.
Główną atrakcją miasta jest meczet Selime. Piękna, okazała budowla sułtańska, wyróżniająca się wśród innych okolicznych meczetów czterema minaretami. Większość meczetów ma tylko jeden minaret, tylko co ważniejsze mogą się poszczycić większą ilością, przy czym cztery to naprawdę rzadkość. Do meczetu przylega również niewielki kryty bazar z pamiątkami, którego główną atrakcją są sztuczne owoce. Nie dość, że są paskudne, to jeszcze horrendalnie drogie - ale popyt jest, bo wiele stoisk je oferuje. Nas nie skusiło nic na bazarze, może dlatego, że podczas naszej wizyty nie było prądu i tylko niektóre ze stoisk były oświetlone lampami gazowymi. Udaliśmy się do meczetu. Mamy szczęście - jest otwarty. Wnętrze jest bogato zdobione i bardzo obszerne. Jest tu również przyjemnie chłodno.
Po wizycie w meczecie wróciliśmy się na bazar, gdzie prąd już włączyli - ujawniła się straszna bazarowa tandeta. Nie mniej - zrobiliśmy małe zakupy.
Żegnamy się już z Turcją. Korzystając z okazji wybraliśmy się na ostatni turecki kebab. Na pożegnanie trafia nam się chyba niespecjalnie - nie mogłem go dokończyć, zresztą Beata i Janusz chyba również nie mogli, oni zjedli tylko po pół.
Kilkanaście km za miastem jest główne przejście graniczne. Kolejka TIR`ów zaczyna się już kilka km wcześniej. My na szczęście nie musimy stać w tej ogromnej kolejce (moje dziecięce marzenia o zostaniu kierowcą wielkiego TIR`a na szczęście nie spełniły się). Mamy za to swoją kolejkę. Podjeżdżamy w żółwim tempie do pierwszego okienka, a dalej jest jeszcze gorzej. Policjant z łaską wstawia nam pieczątkę do paszportu, celnik wcale nie jest lepszy ale po jakiejś godzinie dojeżdżamy do miejsca, gdzie jest już ostatnie tureckie okienko. I tu utknęliśmy na kolejną godzinę. Nie wiemy dlaczego, ale przez bramkę w tym czasie nie przejechał żaden samochód. Ot, tak sobie. A na dworze żar, że w aucie ciężko wysiedzieć, klima się nieźle musiała napocić. W końcu udaje się nam przejechać na bułgarską stronę. Jesteśmy już w Unii. Tutaj idzie dużo sprawniej, załatwiamy prawie wszystko, z wyjątkiem podbicia CDP. Na przejściu granicznym bułgarscy celnicy sprawiali wrażenie, jakby pierwszy raz ten typ dokumentu widzieli. Spróbujemy ponownie na rumuńskiej granicy. Chcielibyśmy odzyskać kaucję.
Planowaliśmy przejazd przez Nową Zagorę do Swisztowa nad Dunajem, gdzie jest przeprawa promowa. Niestety - główna droga ze Swilengradu do Nowej Zagory była w remoncie, więc w sumie zmieniliśmy trasę i przez Starą Zagorę dotarliśmy do Kazanłyka. Beata znalazła w przewodniku informację, że w tym mieście znajdują się trackie grobowce wpisane na listę UNESCO. Poszukujemy tego miejsca, ale oznakowanie jest znikome. Po wielu próbach w końcu docieramy do szumnie nazwanego Parku Etnograficznego, gdzie znajdują się grobowce. Tak naprawdę są tam dwa grobowce - z jednego został tylko szkielet, z kolei drugi - bardzo cenny, został obudowany i zabezpieczony, ale niestety nie jest udostępniony do zwiedzania. Dla zadowolenia turystów, kilkadziesiąt metrów dalej wykonano kopię grobowca. Ale to już nie to samo ... Z punktu widzenia historii jest to pewnie miejsce bardzo ważne, turystycznie nie zachęca jednak do odwiedzin.
Wyjeżdżamy po wielkich trudach z miasta i ruszamy drogą nr 5 i docieramy do miasteczka Szipka. Z daleka jest już widoczna cerkiew - pomnik, świecąca złotymi kopułami. Miejsce postawiono dla upamiętnienia wydarzeń wojny rosyjsko - tureckiej, w której z Rosjanami brali udział w walkach Bułgarzy. Kolejne miejsce pamięci tych wydarzeń znajduje się kilkanaście km dalej nad przełęczą Szipka. Tutaj wystawiono na szczycie wzgórza monumentalny pomnik. Na drodze dojazdowej do tego miejsca spotkaliśmy policjanta pilnującego szlabanu. Początkowo nie chciał nas wpuścić, ale po chwili dał nam prawie pół godziny na zobaczenie tego miejsca. Chcieliśmy się sprężyć, więc ostro ruszyliśmy. Z parkingu pod pomnik prowadzi jeszcze spora ilość kamiennych schodów. Tutaj podpuściłem Beatę (sam nie wiem dlaczego) na mały wyścig - kto pierwszy wbiegnie po schodach. Nie wiem jakim cudem, ale wbiegłem bez zatrzymania na sam szczyt. Tam jednak mało nie zszedłem z tego świata - serducho nie chciało się uspokoić. Za to udało się nam wrócić do przyjaznego policjanta przed czasem.
Przejazd przez przełęcz Szipka jest wielkim wyzwaniem. Wprawdzie droga rzeczywiście jest kręta, przypomina jednak wiele górskich przejazdów, które zaliczyliśmy. Z tą różnicą, że tutaj do ruchu dopuszczone są wielkie ciężarówki, co przy brawurze bułgarskich kierowców jest naprawdę niebezpieczne. Udało się nam jednak zjechać i przed samym Gabrowem zjeżdżamy w bok i po kilkunastu minutach docieramy do monastyru Sokolskiego. Tutaj oglądamy stare zabudowania i cerkiew. Beata organizuje nocleg w monastyrze, a ja - małą sesję lokalnych kociąt.
Jeszcze tylko "romantyczna" kolacja (przy latarce) i udajemy się na spoczynek.
Dzień pięćdziesiąty drugi - piątek - 20.06.2008 r.
Wprawdzie moje łóżko nie należało do specjalnie bezpiecznych, odrutowane było również w sposób dość specyficznych, ale w ciszy i spokoju tego miejsca udało się mi dobrze wypocząć. Warto czasem zjechać z utartych szlaków i zamiast w tłumie ludzi odpocząć na łonie przyrody. Niemalże. Bo w sumie, mimo, że obiekt jest zabytkowy, to oferował prawie wszystkie niezbędne wygody.
Poranek przywitał nas piękną, aczkolwiek nieco chłodną pogodą.
Poniżej Sokolskiego monastyru znajduje się ciekawy skansen. Etyra jest wprawdzie sztucznie, ale wiarygodnie odtworzonym miasteczkiem rzemieślniczym. Jest tu wiele zabytków techniki, w tym sporo urządzeń zasilanych wodą takich jak młyny czy tartaki. Warto również to miejsce odwiedzić, ponieważ w dalszym ciągu działa tu kilka warsztatów rękodzielniczych. Można podejrzeć kunszt pracy rzemieślników, jak również uzupełnić swoje "pamiątkowe" zapasy. Jedyne z czym mieliśmy problem to zakup biletów w kasie - nie byliśmy przygotowani z lokalną walutą (a możliwość zapłaty kartą bądź Euro - o tym raczej można zapomnieć). Wdzięk Beaty czyni jednak cuda, więc przekonała kasjerkę i zostaliśmy wpuszczeni na teren kompleksu bez biletu (chociaż i tak kosztowało nas to 5 Euro).
Między naszym "hotelowym" monastyrem a skansenem uwidoczniła się kolejna drobna (na szczęście) usterka w moim samochodziku. Padł prędkościomierz i licznik kilometrów. Była to dla mnie o tyle uciążliwa usterka, że nieczynny jest również wskaźnik paliwa. Nie pozostało więc nic innego jak tylko położyć się pod samochodem i szukać przyczyny. Prawdopodobnie była to tylko wilgoć na stykach, bo po wizycie pod samochodem i kontroli przewodów prędkościomierz ruszył.
Na szczęście.
Kierujemy się na miejscowość o swojskiej nazwie - Polski Trambes. Niestety, nie ma tu polskich śladów, a nazwa znaczy mniej więcej tyle co "polny Trambes" - takie wyjaśnienie nazwy otrzymaliśmy od poznanej po drodze Polki, mieszkającej na stałe w Neseberze. Od niej również dowiedzieliśmy się, że w miejscowości Świstow, w której zamierzaliśmy przekroczyć granicę z Rumunią, nie ma ani przejścia granicznego, ani przystani promowej. Ja jednak jestem z kategorii niedowiarków, więc skoro na mapie mam w tym miejscu promowe przejście graniczne to pewnie gdzieś w okolicy jest. Niestety - nie ma. W związku z czym zmuszeni jesteśmy do zmiany planów - najbliższe pewne przejście graniczne znajduje się w miejscowości Ruse. Jest to też jedyne miejsce, w którym Dunaj można przekroczyć podróżując drogą (jest tu ogromny most drogowo - kolejowy), a nie promem. Niestety kosztuje nas to troszkę czasu i nadłożonej drogi, ale tak czasem w podróży bywa.
Przekroczenie granicy nie nastręcza nam większych problemów i po kilku minutach jesteśmy w Rumunii. Na przejściu znajduje się większy urząd celny, w którym składamy wizytę z zamiarem podbicia naszych karnetów (CDP). Niestety - okazuje się to ponownie niemożliwe, co więcej - celnik autorytatywnie twierdzi, że jest to obowiązek do zrealizowania na pierwszej granicy unijnej, czyli na granicy turecko - bułgarskiej, gdzie ta czynność nam się nie powiodła. Na granicy mamy jeszcze jeden kłopot - nie możemy kupić winiety drogowej. Ot - nie ma gdzie.
Bocznymi drogami omijamy Bukareszt i docieramy do Gaesti, gdzie lokujemy się w restauracji i spożywamy późny obiad. Po raz kolejny mamy okazję się przekonać, że kuchnia rumuńska to nie jest to. Raz, że komunikacja z kelnerem jest prawie niemożliwa, dwa - nie żebyśmy byli specjalnie wybredni, ale lokalne rolady nie przypadają nam do gustu.
Planujemy dzisiaj przenocować gdzieś w górach, na Trasie Transfogaraskiej. Niestety - w Pitesti utknęliśmy na prawie godzinę w ogromnym korku. Straciliśmy tutaj tyle czasu, że nie było sensu pchać się na trasę - w końcu to miejsce przede wszystkim widokowe, a po ciemku wiele się nie zobaczy. Nie ma jednak tego złego co na dobre nie wychodzi - stojąc w korku nawiązaliśmy wpierw łączność radiową z kierowcami polskich TIR`ów (mogliśmy się w końcu odezwać do kogoś spoza naszego kręgu), a następnie poznaliśmy polskich turystów z Dąbrowy Górniczej podróżujących podobnie jak my samochodami po Turcji, Bułgarii i Rumunii. Zresztą wspólnie dotarliśmy również do Curtea de Arges, gdzie razem zakwaterowaliśmy się w jednym hotelu i spędziliśmy bardzo miły wieczór na podróżniczych pogawędkach.
Skończyliśmy późno. Nawet bardzo późno.
Dzień pięćdziesiąty trzeci - sobota - 21.06.2008 r.
Dzisiejszy poranek nie należał do najłatwiejszych. Planowaliśmy wyjechać bardzo wcześnie, udało się koło godziny 9.00, ale nasze kondycje są mizerne. No, z wyjątkiem Beaty, która poszła wczoraj spać z kurami i dzisiaj jako jedyna jest przytomna. Ja i Janusz zabawiliśmy prawie do 4.00 rano, więc poranek rzeczywiście był ciężki.
Ruszyliśmy w drogę i po ok. pół godzinie dotarliśmy do Cetatea Poenari. Jest to rodowa siedziba Vlada Draculi. Nie podróbka a oryginał. Ja to miejsce miałem przyjemność poznać podczas pierwszej podróży na Bliski Wschód, więc skorzystałem z okazji i zostałem dla relaksu na dole, przy samochodzie. Beatka z Januszem twardo wybrali się na wycieczkę po niezliczonych schodach. Zajęło im to prawie godzinę. W międzyczasie nasi nowi znajomi swoimi osobówkami przemknęli do góry - cóż, ich samochody są dużo szybsze, więc i turystyka jest szybsza.
Po powrocie z zamkowego spaceru po schodach ruszamy dalej. Droga wspina się dość ostro, w pewnym momencie mijamy tunel i wjeżdżamy na drogę biegnącą wzdłuż brzegu bajkowego jeziora. Mijamy je i po drodze o dość wątpliwej jakości nawierzchni jedziemy cały czas w górę. Mijamy mały kompleks turystyczny i po kilku km docieramy do schroniska (czy hotelu), przy którym to kilka lat temu zakończyła się nasza próba przejechania tej trasy. A dzisiaj - piękne, zielone stoki i tylko pojedyncze łaty śniegu w żlebach - piękne widoki, które zostały oszpecone tą drogą. Z drugiej strony - bez tej drogi musielibyśmy pieszo się wspinać, co pewnie również byłoby bardzo przyjemne ...
Kilkaset metrów wyżej zatrzymujemy się przy pięknym wodospadzie. W letniej scenerii prezentuje się jeszcze bardziej okazale niż w zimowej. Po krótkiej sesji zdjęciowej dojeżdżamy do tunelu, którym przedostajemy się na północną część trasy. Zaraz za tunelem znajduje się kompleks Balea Lac - hotel, restauracja, stacja kolejki linowej, parking i tłumy ludzi. To ostatnie burzy spokój i klimat tego miejsca, więc po krótkiej przerwie na kawę ruszamy w dalszą drogę. Po północnej stronie dość gwałtownie zmienia się pogoda. O ile przed tunelem słoneczko dość mocno przygrzewało, o tyle po tej stronie chmury są dość nisko, jest mgliście, chłodno i troszkę mży. Zjazd drogą transfogaraską to też emocje, zwłaszcza, że są tu tłumy niedzielnych kierowców, a śnieg miejscami na trasie zalega i bywa dość ciasno.
Po chwili docieramy do miejsca, w którym byliśmy ponad miesiąc temu - do szczytu zabrakło nam wtedy raptem kilku km.
Ale tym razem udało się nam trasę przejechać, mimo informacji, że jest w dalszym ciągu zamknięta.
Dalsza część dnia to tranzyt. Mijamy Sibiu, Sebes, Alba Iulia - miejsca, które odwiedzaliśmy na początku podróży. Mijamy piękne okolice z zamiarem powrotu w te strony. Może nawet jeszcze w tym roku.
Późnym popołudniem jazda i upał daje nam tak w kość, że decydujemy się na wcześniejszy postój i nocleg przed Oradea.
Znowu mamy szczęście - jeszcze nie zdążyliśmy wysiąść z samochodów, a podchodzi do nas młoda dziewczyna i wita nas po polsku. Z Moniką spędziliśmy piękny i długi wieczór wymieniając się wrażeniami z naszej podróży i jej życia w Rumunii. My to mamy szczęście.
Dzień pięćdziesiąty czwarty - niedziela - 22.06.2008 r.
Podczas porannego pakowania samochodów, ktoś nas po polsku pozdrawia. Przyglądam się dobrze i widzę samochód na chorzowskich numerach. Na dodatek - takie samo BMW Kombi jakim przed kilkoma laty sam podróżowałem. Łezka w oku się zakręciła. Ale również bardzo przyjemne spotkanie.
Wczesny wyjazd, Oradea mijamy prawie bez zatrzymania - z małym wyjątkiem na krótką sesję pięknego Forda. Docieramy do granicy, którą przekraczamy niemalże bez zatrzymania. Po węgierskiej stronie zatrzymujemy się w pierwszym barze na kawę i małe co nieco (dla zainteresowanych - chodzi wyłącznie o śniadanie).
Przejazd przez Węgry to istna przyjemność. Doskonałe drogi (a jedziemy tylko bocznymi), przyjemne kolorowe miasteczka. Spory kontrast w porównaniu do tych, które widzieliśmy w podróży, zwłaszcza do bułgarskich. W jednym z miasteczek zatrzymujemy się pod jednym z czynnych marketów i po chwili wracamy do samochodów taszcząc z jednej strony butelki Tokajów, z drugiej - naręcza doskonałego węgierskiego salami.
Wjeżdżamy na pusztę i docieramy do małego miasteczka - Tiszafured, słynącego z gorących źródeł i kąpielisk. Nie możemy sobie takiej atrakcji odpuścić, więc sami wybieramy się na basen. Zażywamy zarówno kąpieli w basenie z czystą, chlorowaną wodą jak również w takiej dość ciepłej, brązowawej mazi, po której nasze zapachy mają zupełnie inną barwę ...
W Tiszafured zatrzymujemy się również na przydrożnym bazarze, gdzie kupuję oryginalny żeliwny kociołek - na pewno się mojemu tacie przyda podczas działkowych imprez.
Docieramy do Egeru. Przypominam sobie, że w pobliskiej miejscowości Egerszalok znajduje się miniatura Pammukale. Docieramy do supernowoczesnego kompleksu wybudowanego przy malutkich trawertynach wapiennych. Przyglądamy się również, jak w tym miejscu próbują stworzyć sztuczne trawertyny.
W Egerze zatrzymujemy się na obiad, który jednak odchorowaliśmy. Coś tym razem węgierska kuchnia nam nie spasowała.
Późnym popołudniem docieramy do Bahreve, gdzie boczną drogą przekraczamy granicę słowacko - węgierską. Nawet nie zauważyliśmy kiedy wjechaliśmy do Słowacji. Po kilku km wszystko było już jasne - Słowacja jest dużo biedniejsza i zaniedbana w porównaniu do Węgier. Niestety.
Kilka km przed Breznem, w jednej z wiosek zatrzymujemy się na nasz ostatni wspólny nocleg.
Dzień pięćdziesiąty piąty - poniedziałek - 23.06.2008 r.
Ostatni dzień podróży to przejazd przez Słowację. Wybieramy nieco dłuższą drogę przez Chyżne, gdzie - przynajmniej tak zakładaliśmy - znajduje się Urząd Celny, w którym planujemy ponowić próbę zamknięcia naszych karnetów. Przekraczamy granicę polską i udajemy się do urzędu. Co ciekawe - celnicy nie powiedzieli nie. Kazali tylko napisać podania i poczekać godzinkę. Ten czas spędziliśmy w pobliskim barze, gdzie skusiliśmy się na polski posiłek. Rewelacja.
Po godzinie odbieramy potwierdzone karnety (kamień z serca) i przez Zawoję ruszamy do domu. Mimo akcji protestacyjnej kierowców ciężarówek dojeżdżamy wczesnym wieczorem na Śląsk. Kończymy naszą wyprawę w Połomi.
Miłe spotkanie z przyjaciółmi i plany kolejnej wyprawy.
Ta właśnie dobiegła końca.
Najważniejsze, że wróciliśmy szczęśliwie - na przekór niedowiarkom.
PODSUMOWANIE:
Odwiedziliśmy kawał świata.
Nasza trasa wiodła przez Słowację, Węgry, Rumunię, Bułgarię, Grecjęm Turcję. Tak naprawdę wielkie zwiedzanie zaczęło się w Gruzji, później była Armenia, Azerbejdżan i Iran. No i droga powrotna przez Turcję, Bułgarię, Rumunię, Węgry i Słowację.
Przez 55 dni pokonaliśmy dystans
km
Mój samochód skonsumował
dm3 oleju napędowego, co dało średnie zużycie na poziomie
dm3 / 100 km.
Koniec części VI - ostatniej.
Autor: Cyprian Pawlaczyk
Uczestnicy wycieczki:
I załoga:
- Joanna Zapęcka - niestety tylko do 07.06.2008 r.
- Beata Nowak
- autor
- Land Rover Discovery "Dyskoteka", 1996 r.
II załoga
- Ewa Jankowska - niestety tylko do 07.06.2008 r.
- Janusz Grzybowski
- Land Rover Discovery
Więcej zdjęć z wyprawy:
GALERIA ZDJĘĆ - TURCJA PO RAZ DRUGI