Pekin – Świątynia Konfucjusza, Cesarska Akademia, Świątynia Lamy

Wyprawa na ślubny kobierzec czyli co działo się w Pekinie i Dalian – Chiny 2013

Kartki z dziennika podróży …

Dzień czwarty – wtorek

16 lipiec 2013 r.

Obudziło nas słoneczko i upał, które wdzierały się z rana niemiłosiernie do mieszkania mojej siostry i przyszłego szwagra. W przeciwieństwie do wczorajszego dnia – dzisiaj pogoda zapowiadała się znakomicie. A jeśli tak – to cóż nam pozostało innego, jak ruszyć się z domu i zacząć poznawać to ogromne miasto.

Zaczęliśmy od tradycyjnego śniadania – znaczy się Gosia przygotowała tosty i po ogarnięciu chłopaków (każdy z nich ma przecież własne potrzeby) ruszyliśmy na podbój Pekinu.

Dotarliśmy w kierunku najbliższej stacji metra (SHUANGJING) i ruszyliśmy w kierunku północnych Hutongów, gdzie mieszkają nasi bliscy. Dzisiaj podróżujemy z wózkiem dziecięcym, co może nastręczać pewnych problemów podczas użytkowania metra, ponieważ nie wszystkie wejścia i przejścia na stacjach przesiadkowych wyposażone są w schody ruchome, a ruch w pekińskim metrze, niezależnie od pory, jest niestety ogromny. Cóż jednak było zrobić – komfort Piotrusia jest dla nas bardzo ważny, więc ruszamy. Nawet udaje się nam całkiem sprawnie dotrzeć (z dwiema przesiadkami – korzystamy kolejno z linii nr 10, 1 i 2) do stacji YONGHEGONG, w pobliżu której mieszkają nasi rodzice. Spacerkiem ruszamy w kierunku – jak się nam zdaje – zielonego przyczółka w tej dzielnicy.

To, co wydawało się nam formą parku było wejściem do zabytkowego kompleksu, na który składały się Świątynia Konfucjusza oraz Cesarska Akademia. Całość kompleksu nie jest specjalnie dobrze widoczna z zewnątrz, otaczają je bowiem mury do których przylega szereg kramów i sklepików, więc można je niechcący przegapić. Przypuszczam jednak, że w te rejony rzadko zapuszczają się nieświadomi turyści, którzy mogliby nie wiedzieć jakie perełki się tu znajdują. Wstęp jest płatny, koszt to ok. 30 juanów, ale na liczbę atrakcji, jakie oferuje to miejsce, to nie wydaje się być specjalnie wygórowana cena. Nasze zwiedzanie my zaczynamy od części świątynnej – cały kompleks wygląda jakby całkiem niedawno powstał – jest to efekt gruntownej restauracji, która miała miejsce krótko przed pekińską olimpiadą. Bardzo ciężko słowami opisać to, co zobaczyliśmy. Cała świątynia i wszystkie przynależne do niej obiekty to przykłady klasycznego chińskiego budownictwa, pomiędzy kolejnymi obiektami znajdują się piękne, wiekowe cyprysy, które pięknie komponują się z otoczeniem i oferują pożądany cień w upalne, słoneczne drzwi.

Jedno z najciekawszych drzew, zwane Morwą w Cyprysie, ma ciekawą historię powstania – otóż po kilku wiekach życia cyprys uschnął, następnie został wydrążony i wypełniony śmieciami. Po wielu latach, prawdopodobnie przypadkowo jakiś ptak przyniósł nasionko morwy, która wykiełkowała w wydrążonym pniu starego drzewa. Dzisiaj jest to już imponujące drzewo, które wyrasta z pnia starego cyprysa. Nie będę się specjalnie rozpisywał o kompleksie świątynnym – to trzeba po prostu zobaczyć.

Kolejnym punktem zwiedzania była akademia cesarska, która przylega bezpośrednio do świątyni. Akademia, która słynęła z piekielnie trudnych egzaminów, które przez wiele stuleci były gwarantem osiągnięcia sukcesu w cesarskiej administracji. Dzisiaj jest to piękny park, z imponującym budynkiem umieszczonym na sztucznej wyspie.

Upał zaczął nam już dość mocno doskwierać, a to dopiero połowa dzisiejszego planu. Mój tato, który już był w Pekinie kilka lat wcześniej wrócił do hotelu odpocząć, a my ruszyliśmy w kierunku Yonghe Gong, czyli Świątyni Lamy. Dawny pałac książęcy został już w XVIII w przekształcony na buddyjski klasztor. Dzisiaj jest to kompleks bardziej turystyczny niż religijny, nie mniej jest to w dalszym ciągu ważne miejsce dla buddystów. Klasztor wybudowany jest w układzie szeregowym, tj. kolejne świątynie zawierające kolejne posągi Buddy znajdują się jedna za drugą, wychodząc z jednej świątyni wchodzi się na dziedziniec następnej. Cały kompleks sprawia wrażenie dość przytulnego, jest wiele miejsc gdzie można się zaszyć
i odpocząć (nawet przed upałem). Z drugiej strony – jest to miejsce odwiedzane masowo przez turystów i pielgrzymów.

Po zwiedzeniu świątyni ruszyliśmy na spacer po sąsiadujących z nią hutongach (dawnych dzielnicach mieszkaniowych, które dzisiaj wprawdzie jeszcze pełnią swoje dawne funkcje, ale coraz częściej nastawione na obsługę turystów, zwłaszcza tych nisko budżetowych). Kilkadziesiąt minut kluczymy po zaniedbanych, ale oferujących sporo cienia, wąskich uliczkach, poszukując jakiegoś fajnego miejsca na kolację. I w końcu znajdujemy mały lokalik, należący do chińskich wyznawców islamu, którzy serwują nam ucztę jak się patrzy. Za stosunkowo niewielką kwotę (ok. 200 juanów) najadło się 8 dorosłych osób i Tomek. Jedynie Piotruś musiał obejść się ze smakiem. Posiłek podany został zgodnie z lokalną tradycją, tzn. dania podawane były wspólnie na stół, a cała nasza grupa próbowała je z półmisków podjadać za pomocą pałeczek. Tutaj warto wspomnieć jeszcze o pewnym udogodnieniu dla turystów. Te najbiedniejsze lokale, które oferują wspaniałą domową kuchnię (chociaż pewnie panie z polskiego SANEPID-u na widok ich lokali złapałyby się za głowy), mają dość specyficzne menu – jest to rodzaj karty zapisany jednak wyłącznie znakami chińskimi – na szczęście większość oferowanych potraw jest pokazana również w formie apetycznie wyglądających obrazków. Dzięki temu zamówienie nie stanowiło aż tak wielkiego problemu, jak mogłoby się to wydawać.

Po sutym posiłku ledwo doczłapaliśmy się do hotelu naszych rodziców, gdzie autor wraz z młodszym synem ucięli sobie zasłużoną, poobiednią drzemkę.

Wieczorem pozostało nam tylko dotrzeć do domu, korzystając z pekińskiego metra (nota bene – Pekin posiada chyba największą i najbardziej rozległą sieć metra na świecie, a w dodatku w dalszym ciągu ją rozbudowuje). Niestety – wieczorną podróż metrem dość kiepsko zniósł Piotrek, a także nasi współpasażerowie. Nie obyło się niestety bez krzyku naszego małego szkraba, a że głos ma donośny to o jego trudnościach wiedział cały skład. Warto tutaj również wspomnieć o dwóch aspektach podróżowania metrem w Pekinie – Chińczycy w metrze zapominają jak należy się zachowywać
i wsiadanie / wysiadanie z wagonów przypomina walkę w dżungli o przetrwanie. Jest to chyba dość poważny problem, bo kilka linii nawet ma zrobione specjalne szklane ściany oddzielające perony od wagonów. Z drugiej strony – zaskakujące jest to, że w momencie, gdy zobaczą dziecko na rękach, natychmiast kilka osób oferuje miejsca siedzące i pomoc. Cóż – co kraj to obyczaj

WIĘCEJ O NASZEJ PODRÓŻY PO CHINACH MOŻNA ZNALEŹĆ TUTAJ:

RELACJA Z PODRÓŻY:

Wyprawa na ślubny kobierzec czyli co działo się w Pekinie i Dalian Chiny 2013

Więcej zdjęć:

ŚWIĄTYNIA KONFUCJUSZA

AKADEMIA CESARSKA

ŚWIĄTYNIA LAMY